Anna Dymna: byłam panią z ekranu

Katarzyna Chudzik

Nigdy nie wiedziałam, czy ludzie są dla mnie mili, bo po prostu są, czy dlatego, że grałam Pawlaczkę i Marysię Wilczur. Teraz jestem stara, to mnie już tak często nie rozpoznają, ale kiedyś zawsze byłam tą panią z ekranu. A moi podopieczni mnie z tego ekranu nie znają. Jestem dla nich człowiekiem.

 

O pomaganiu, przeciwnościach losu, determinacji i o tym, co daje siłę, by żyć Katarzynie Chudzik, opowiada aktorka i szefowa fundacji „Mimo Wszystko”, Anna Dymna.

Dla mnie pomaganie jest odruchem, jak oddychanie. Nawet jeśli zajmowałabym się w życiu czymś innym, to jedno pozostałoby niezmienne. Mama mnie nauczyła, że zawsze najważniejsze jest, żeby komuś pomóc. Jak szłam z nią ulicą i leżał pijany człowiek na śmietniku, to nigdy nie mówiła: „Fuj, jaki brzydki”, tylko: „Małgosiu, zobacz – bo Małgosiu do mnie mówiła – zobacz, ten pan jest taki biedny”. I pytała, jak mu może pomóc, czego potrzebuje. Ona nie dzieliła ludzi na brzydkich, ładnych, bogatych, biednych. Jak człowiek leży, to może trzeba go podnieść. Jak jest głodny, to trzeba go nakarmić. Po prostu. I już! Czasem mnie boli, że  ludzie mówią na mnie: „Och, Matka Teresa”. I traktują to, co robię, jako coś podejrzanego albo niezwykłego.

424558_10150532521429620_829186815_nAnna Dymna z jedną ze swoich podopiecznych, fot. (fot. bogdankrezel.com)

Jasne, że to jest ciężka praca. Mam fundację, którą trzeba organizować, mam kilkudziesięciu pracowników i dwa ośrodki. A ciągle przecież uprawiam zawód. Nikt mnie nie zwolni z moich obowiązków, muszę poza tym z czegoś żyć. Odkąd mam fundację, mam tysiąc razy więcej pracy… i jednocześnie tysiąc razy więcej siły. Uczę się jej od moich podopiecznych. Przestałam narzekać, tracić czas, nudzić się.  Musiałam oczywiście zrezygnować z wielu drobnych przyjemności. Brakuje mi na przykład codziennego pływania w basenie. Ale wstaję o 6 rano, wracam do domu o 23 , więc kiedy mam sobie popływać? Brakuje mi takich dwóch godzin w ciągu dnia, żebym mogła bardziej zadbać o siebie. Ale może przyjdzie taki czas, że będę mogła to robić. Tę stratę rekompensuje mi  kontakt z podopiecznymi. I to, że spotykam się z niezwykłymi ludźmi, z prawdziwymi cudami, światłami, z okruchami życzliwości. A to jest największy skarb.

Najgorsze jest to, że co chwilę zmieniają się opcje polityczne, władze, poglądy… I co chwilę wszystko trzeba od nowa tłumaczyć. Takie zawirowania okropnie przeszkadzają.  Mamy takie wieloletnie projekty jak np. Festiwal Zaczarowanej Piosenki, który odbywa się od 12 lat – niezależnie od tego, kto sprawuje władzę. Dlatego jestem całkowicie apolityczna.  Robię swoje. I jeżeli dzięki temu ktoś dzisiaj uśmiechnie choć raz, to już warto żyć.  Niektórzy zarzucają mi, że Festiwal Zaczarowanej Piosenki powstał, żeby gwiazdy się promowały. To największy absurd jaki słyszałam. Gwiazdy swoją obecnością i talentem wspierają niepełnosprawnych wokalistów. Namawiam wszystkich, żeby „promowali się” przez pomoc innym. Jeśli to promocja – to najpiękniejsza na świecie. Pomaganie jest bowiem najwspanialszą rzeczą, jaką można robić w życiu.

600011_10150944798774620_299583518_n

Fot. M. Kowalski/facebook

Ja moich podopiecznych nie wybierałam, to chyba oni mnie wybrali. To był przypadek, zostałam zaproszona na przegląd teatralno-muzyczny ludzi niepełnosprawnych intelektualnie do Radwanowic. Tam byli podopieczni ze schroniska księdza Isakowicza-Zaleskiego. Pierwszy raz w życiu widziałam takich ludzi, byłam przerażona. Kiedy stamtąd wracałam, bolała mnie głowa, było mi niedobrze –  okropnie to przeżyłam. Po 5 minutach nagle się zorientowałam, że jestem w jakimś innym świecie. W świecie ludzi, którzy mnie potrzebują i kochają nie dlatego, że jestem aktorką. Bo nigdy nie wiedziałam, czy ludzie są dla mnie mili, bo po prostu są, czy dlatego, że grałam Pawlaczkę i Marysię Wilczur. Teraz jestem stara, to mnie już tak często nie rozpoznają, ale kiedyś zawsze byłam tą panią z ekranu. A moi podopieczni mnie z tego ekranu nie znają. Jestem dla nich człowiekiem.

Poczułam, że mogę im pomóc, bo oni potrzebują przede wszystkim obecności i miłości. Poza tym aktorzy chyba mają taką umiejętność nawiązywania kontaktów – również w sposób pozawerbalny – w związku z czym po chwili  okazało się, że mam kilkudziesięciu nowych przyjaciół. Zaczęłam do nich jeździć na rowerze,  tak niby przypadkowo, na mszę czy wycieczkę.  Zaprzyjaźniłam się z nimi, zaczęłam pomagać im robić spektakle. A potem, gdy działa im się krzywda i potrzebowali pomocy, po prostu otworzyłam fundację. Nie miałam czasu, by spokojnie się zastanowić, co mnie czeka i czy dam radę. Ale jakoś dajemy radę i ani przez chwilę nie byłam zniechęcona. I nie żałowałam mimo wszystko , że odmieniłam swoje życie. I mam nadzieję, że nigdy nie zdążę! Bo to ma największy sens. 

(fot. bogdankrezel.com)