Bezpowrotna podróż do Grochowa

W ramach cyklu "Wyciągnięte z zakurzonego regału" pisze Szymon Piegza

Tym razem Stasiuk zabiera nas w otchłań wyłącznie nieznaną, metafizyczną, ostateczną, może dlatego tak trudno z niej powrócić. Powrócić tą samą drogą.

Już zdążyliśmy przywyknąć, że wraz z kolejną książką Andrzej Stasiuk zabiera nas w fascynującą podróż wzdłuż ciągnącego się, wydłużającego w nieskończoność krajobrazu. Najpierw pajęczyną szutrowych, zapomnianych dróżek, by w końcu numerowaną asfaltową dotrzeć do południowo, lub wschodniego przejścia granicznego, a dalej już tylko przed siebie, tam, gdzie oczy wiodą, zacierając linię horyzontu – tego znanego i nieznanego. Tym razem zabiera nas w otchłań wyłącznie nieznaną, metafizyczną, ostateczną, może dlatego tak trudno z niej powrócić. Powrócić tą samą drogą.

Zbiór czterech opowiadań Grochów to również podróż, z tą różnicą, że jej zasadnicza część odbywa się w innym wymiarze: wymiarze czasowym. Stasiuk ogranicza poruszanie się, w znaczeniu dosłownym, do minimum, co bezpośrednio wiąże się ze zmianą perspektywy, z jakiej jest pisany ten zbiorek;tutaj przede wszystkim dominuje perspektywa retrospekcji. Autor wprowadzając czytelnika w swój własny świat, sam do niego powraca. Coraz to daje wyraz niedokładności ludzkiej pamięci, choć w finale udowadnia, jak ważne jest pamiętanie, konstatując, że to jedyne, co zostaje po śmierci. To właśnie śmierć jest jednym z głównych bohaterów opowiadań. Opowiadań poszczególnych, każdego z osobna, ale również całości opowieści, która zostaje z nami jeszcze długo po lekturze tekstu. Śmierć, która w tym przypadku jest początkiem, oraz końcem, również literalnie. Trzeba zaznaczyć przecież, że asumptem do stworzenia tych opowieści była faktyczna tragedia, śmierć bliskiego przyjaciela, któremu poświęcone jest tytułowe opowiadanie. Od niej się wszystko zaczyna i wraz z jej przyjściem wszystko się kończy, ale czy na pewno?

Grochów otwiera najkrótsze opowiadanie zatytułowane „Babka i duchy”. Podobnie, jak w większości partiach tekstu narrator prowadzi retrospekcję, odkurza swoją pamięć, wyszukuje w niej czasy, kiedy był kilkuletnim chłopcem i odwiedzał dziadków. W tym przypadku osobę narratora możemy utożsamić z autorem. Znamiennym dla Stasiuka jest to, że jego proza bezpośrednio wyrasta z własnego życia, to opisywanie tego, co przeżyte, doświadczone fizycznie i duchowo. Dzięki pierwszoosobowej narracji prowadzonej oczami dziecka poznajemy świat przedstawiony: zabobonną, choć równocześnie magiczną, wyciągniętą jakby z bajki, wieś, baśniową postać babki, jej spirytystyczne przeżycia, oraz mistyczną śmierć. Śmierć, która towarzyszy od małego i która jest tutaj bohaterem na równi z babką. Na równi nie tylko ze względu na jej obecność w tekście- pierwsze zdanie postawione przez Stasiuka brzmi: „Moja babka mieszkała na Podlasiu”- czas przeszły mimowolnie już zdradza jej obecność, ale przede wszystkim fakt, że pomocą rozmowy babki z duchami metafizyczne łączy się z cielesnym, sacrum z profanum, baśniowość z rzeczywistością. Osoba babki jest pomostem, między tymi kontrastującymi światami, a historie poświadczające o jej wyjątkowości autor podaje mnogo. To również dzięki niej autor pierwszy raz w życiu namacalnie spotyka się ze śmiercią, jej śmiercią, choć dokładnej daty nie pamięta – „Babka umarła jesienią. Byłem zbyt mały, by zapamiętać dokładną datę”. Myślę, że przemierzając razem z autorem przez ten ni to prawdziwy, ni zmyślony świat rodzą się naturalne wątpliwości co do sensu przywoływania tych wspomnień, oraz mimowolna tęsknota za prozą na miarę pióra Stasiuka. I na te pytania pisarz daje, choć może częściowo, odpowiedź w podsumowaniu opowiadania- będącym refleksją, już człowieka dojrzałego, doświadczonego, Stasiuka – pisarza nad przemijaniem, oraz bezpowrotnym odejściem metafizycznego świata razem z odejściem pokolenia babek.

Kolejny tekst to krótki opis zażyłej znajomości pomiędzy dwoma pisarzami, krótkiej przyjaźni, która zaczęła się od wspólnych zainteresowań podczas konkursu literackiego. Ponownie retrospekcja: autor już w pierwszym zdaniu używa czasu przeszłego i od pierwszej strony znowu ta osobliwa atmosfera śmierci – „odór szpitala, gwar gdzieś z korytarza i lęk, że to wszystko przypomina jednak śmierć”. Stasiuk wprowadza czytelnika do miejsca, w którym odbywa się proces umierania, co jest tym bardziej ciekawe, że sam autor boi się tego miejsca, chce od niego uciec, z ulgą wychodzi po spotkaniu ze szpitalnej sali, opuszcza białe korytarze.Czuje strach i bezradność, ale, paradoksalnie, nie do końca ma na te uczucia jakikolwiek wpływ. Jego naturalna witalność, zew życia kontrastują z apatią pogrążonego w chorobie przyjaciela, sterylnością tego miejsca. Miejsca, do którego ludzie przychodzą umierać i nie ma w tym nic dziwnego. Uwagę czytelnika zwraca kreacja Augustyna – osoby, która zamknęła się na świat zewnętrzny, stworzyła wokół siebie kokon ochronny, zgorzkniała, mamy wrażenie, że stała się obojętna na życia i na śmierć. Jednak w postawie Augustyna można też doszukiwać się czegoś więcej – jest przykładem, jak wiele w dzisiejszym przegadanym świecie znaczy słowo. Jedno, pojedyncze, w swojej pierwotnej, prymitywnej formie, dlatego Augustynowa odpowiedź na wszystko: „Kurwa mać. Tragedia” nabiera znacznie szerszego kontekstu.

Trzecie opowiadanie zatytułowane „Suka” to dokładny, czasem naturalistyczny w swojej dokładności, opis umierania zwierzęcia, z którym dzieliło się każdą chwilę. Śmierć towarzyszy nam od pierwszego zdania, znowu występuje obok, jakby egzystowała na równi z żyjący, czai się, jakby czekała na odpowiedni moment, aby to żyjące zastąpić. Autor znowu przybiera rolę obserwatora- podglądacza, mamy wrażenie, że w momencie, w którym stawia litery ma przed oczami dokładnie ten sam obraz- „Teraz widzę ją, jak leży na werandzie w plamie zimowego słońca”. W tym opowiadaniu skupił się jednak na samym procesie umierania: długim, mozolnym, męczącym, odrażającym. Umieranie to utrata zmysłów. Umieranie to całkowity zanik instynktów. Umieranie to utrata sprawności fizycznej. Umieranie to brzydota: „Cuchnie. Zwyczajnie śmierdzi starością. Ciałem, które przestaje się poruszać”. Gdzieś w połowie tekstu do głosu znowu dochodzi autor-filozof, którzy wyjaśnia, dlaczego zamiast reportażowej prozy podróżniczej tym razem serwuje nam, momentami infantylny, opis umierania psa. Okazuje się, że ma bardzo prosty i oszczędny argument, bez skomplikowanych metafor, obrazowych porównań – tak zresztą stworzony jest cały cykl opowiadań, pisze: „Bo przecież uczestnicząc w śmierci innych ludzi, w śmierci bliskich, sami trochę umieramy, sami stajemy się trochę bardziej śmiertelni.” Dalej roztacza apokaliptyczną wizję śmierci całego miasta, „współczesnej metropolii”, w której mieszkańcy umierają w szklanych blokach, na najwyższych piętrach, samotni, „z poświatą neonów gasnących w źrenicach”. To zdecydowanie najgorsza śmierć, jaką Stasiuk mógłby sobie wyobrazić, upiorna wizja człowieka skonsumowanego przez miasto- moloch.

I w końcu „Grochów”, który rozpoczyna się znamienną dla Stasiuka wędrówką. Opowiadanie najdłuższe i najciekawsze. Opowiadanie charakterystyczne dla tego tomiku i charakterystyczne dla twórczości Andrzeja Stasiuka. Wyrosłe z prawdziwego, traumatycznego doświadczenia, przez co, za pomocą dedykacji, ociekające w autentyzm i szczerość pisarza. Jest niejako odkryciem się, obnażeniem wartości najważniejszych, ostatecznych. Czytając opowiadanie „Grochów” ma się wrażenie, że jest jakby podsumowaniem całości tekstu, ale też trochę podsumowaniem twórczości autora. Powodem takiego rozliczenia może być oblicze śmierci jako rzeczy ostatecznej, obowiązkowej i równającej sobie wszystkich. Śmierć najbliższego przyjaciela. W tym tekście znajdujemy wszystkie motywy, których Stasiuk używa wcześniej: motyw przemijania, motyw śmierci, motyw drogi, jako metafory życia ludzkiego. Właśnie z tego powodu mam nieodparte wrażenie, że autor tym opowiadaniem rozpoczął pracę nad tą książeczką. Potrzebował mocnego impulsu, bodźca, który poruszy w nim ten typ wrażliwości, otworzy oczy na rzeczy, których wcześniej nie widział, albo, parafrazując samego pisarza, był jak Augustyn- „to były jego oczy, ale nic nie widział. W „Grochowie” swoje reminiscencje Stasiuk rozpoczyna od czasów najdalszych, do których pamięć, choć już z trudem, jeszcze sięga czasów dzieciństwa spędzonego na peryferiach Warszawy. To tam wszystko się zaczęło.Opowiada tym razem z pozycji nie tylko obserwatora, ale czynnego uczestnika. Daje wyraz bliskości, zażyłości pomiędzy bohaterami. Dzięki swoim opowieściom, Stasiuk pozwala nam zauważyć, że tylko dzięki pamięci możemy ocalić przeszłość. Opowiadanie kończy się rozpaczliwymi próbami ucieczki przed śmiercią, potrzebą nieśmiertelności, przetrwania, oszukania tego, co ostateczne. W tym kontekście można przypuszczać, że w autorze pozostał żal do przyjaciela, który poprzez kremację nie zostawił po sobie niczego, co „namacalne”, co można dotknąć, nad czym można zapłakać.

Książka Grochów to zdecydowanie ważna pozycja w twórczości jednego z ciekawszych prozaików polskich. Jest niejako osobistym rozliczeniem i pochyleniem się nad sprawami ostatecznymi, o której zwykle się nie myśli przemierzając Europę. Pisana jest językiem bardzo oszczędnym, co w przypadku Stasiuka nie jest częste. Celowe porzucenie wyszukanej, rozbudowanej metafory, obrazowej parareli, zmysłowej alegorii łączy się bezpośrednio z tematem. To pisanie prostym językiem o trudnych sprawach. Dostępnym dla każdego odbiorcy. Grochów to jednak nie tylko treść. Ten na pozór ograniczony język ubarwiony jest tajemniczym, z lekka metafizycznym obrazem autorstwa Kamila Targosza. Choć tekstu i obrazu to zaledwie 94 strony, ciężko ugryźć to „na raz” i dobrze przetrawić.

Grochów

Andrzej Stasiuk
„Grochów”
Z ilustracjami Kamila Targosza
Czarne, Wołowiec 2012, premiera – 28 marca 2012
125 x 195 mm, ss. 96, twarda oprawa
ISBN: 978-83-7536-288-6