Buszując w sondażach

Kamila Dorbach

Mam od pewnego czasu taką zasadę, żeby nie rozmawiać bez wyraźnego powodu z tzw. fundamentalistami prawicowymi. W zdecydowanej przewadze to wyznawcy PiSu, ale nie tylko. Rzecz dotyczy także zagorzałych fanów kościoła katolickiego oraz tych, którzy niewiele rozumiejąc  w ogóle, powtarzają slogany, że wszyscy kradną. (Być może dlatego nie rozmawiam z tymi ostatnimi, że w jakiś magiczny sposób czasami trudno mi się z nimi nie zgodzić).

1. Zdawać by się mogło, że jestem w pozycji dość dobrej z punktu widzenia socjologicznego. Mieszkam w centrum dużego europejskiego miasta, pracuję w rozrywkowych mediach, większość moich znajomych również nie przeżyła ekstazy na perspektywę 500+. W przeważającej większości ci moi znajomi to geje, samotne, wyzwolone kobiety z kotem lub bezdzietne pary, których łóżkowe szaleństwa przypominają raczej snucie planów o emigracji niż o prokreacji.

2. Chodziliśmy więc na marsze kodu, na czarne protesty, zapijając je do białego świtu lampką prosseco, ciesząc się nad życie, że to MY jesteśmy tym pokoleniem, które nareszcie się zbuntowało. Szał niesionych transparentów, wieszaków, nadziei. Niby sami intelektualiści, dziennikarze, aktorzy, kalka przedwojennej „Ziemiańskiej”… A tyleśmy wygrali! Weto! Weto!

W tle ekscytacji pozostawał jednak zawsze jakiś niedopowiedziany ferment, zajebiście mała łyżeczka dziegciu, że to nic nie zmieni, że nie, że to nic nie znaczy. Pozostawieni sami sobie, świadomi że „opozycja sejmowa” podejmuje tylko złe decyzje, że nie jest z nami – że nie jest nami. Jest matriksem, który nawet ciężko zobaczyć z naszej pozycji – małomieszczaństwa, wszelkiego mieszczaństwa, Europejczyków, z pozycji placu Zbawiciela, Krytyki Politycznej, Fundacji Bęc Zmiana i innych. Byli bandą głupków, którzy rzekomo mieli nas uchronić, sami nie wiedzieli tylko dokładnie przed czym.

Politycy, tak obcy naszemu środowisku jak i swojemu (politycznemu), nie posiadający ani wizji ani żadnych spektakularnych cech. Tak bardzo fałszywi z pragmatycznego punktu widzenia, przewracający się o własny chodnik, nie rozumiejący własnego wyborcy, z pretensją porzucenia, z wieczną manierą obrażonych. I nawet Pan Frasyniuk na białej kasztance, w którego tak bardzo wierzyłam, a którego tak nieelegancko wyprowadzano za nogi i ręce z Krakowskiego Przedmieścia, okazał się prowadzonym na resentymentach, dość bladym członkiem ruchu białych zapalonych świeczek. Pan Prezydent „czegoś tam” nie podpisał, sukces był, chuj bombki strzelił.

3. Utuczeni zatem niewypowiedzianym szczęściem zaczęliśmy przecierać oczy ze zdumienia na widok sondaży. Nie mająca nic wspólnego z dobrą etykietą polityka międzynarodowa, wykrwawiające budżet populistyczne decyzje centralnego planowania, wyświechtany do mdłości zamach smoleński, niby piekielnie inteligentne zaplecze ministra obrony narodowej i bystre jak sto chujów media publiczne. Ale dwa lata minęły jak jeden dzień, a im stuknęła prawie 50-tka w TNS OBOP. A myśmy durnie wierzyli, że po protestach w obronie „wolnych” sądów (choć wszyscy dość powszechnie zgadzaliśmy się do tego, by jednak proces decyzyjny był w sądownictwie szybszy niż wolniejszy) większość postępowych katolików dołączy do nas. Że oni  połączą swój światopogląd katolicki z zaangażowaniem w budowę systemu anty–pisowskiego. I że jak kiedyś Tadeusz Mazowiecki, którego odwrót od socjalizmu nastąpił po wydarzeniach Marca ’68, tak i Oni się litościwie nawrócą. Tak żeśmy myśleli.

4. Łapali się za głowy z chłopaki z publicystyki, eksperci od politycznego gówna, kręcąc się na swoich hockerowych krzesłach studiów telewizyjnych. A ileż to było mądrości, ileż samouwielbienia, ileż filozoficznej pochwały. Doświadczenie i dowodzenie kazało im wskazywać dwa, z mojego punktu widzenia prostackie i dość lekceważące, powody sukcesu sondażowego. Powody, które co do zasady, nie bardzo też przekonywały ludzi obytych i na poziomie, choć były dość proste. Niespodziewanie jednak, prędzej czy później, znacząca większość z nas zaczęła nimi szafować jak prawdą objawioną.

Ja jednak prawdy tej nie uważam za słuszną, a tym bardziej objawioną. Wręcz przeciwnie – uważam za kłamliwą i prowincjonalną. Za gówno-prawdę. . Na wstępie powiem, że nie wiem jaka jest prawda, nie wiem co powoduje że „Polcy i Polacy” tak bardzo PiSowi wierzą i że wywód mój jest zbyt szczery by mógł być uczciwy.

5. Po pierwsze odrzucam przekonanie, że wyborcy „sprzedali się za 500 plus”. To bardzo mało. Wiem, że niektórzy nie wstają z łóżka za dwa zera więcej, ale to wciąż niewiele. Nawet przy gawiedzi w liczbie trzech. Nie posiadam potomstwa, ale wyobrażam sobie, że jak ktoś ma czworo, to te dwa tysie z państwowego garnka też mu tam szału nie zrobią.

Powiedźmy to inaczej: ile trzeba było biedy, żeby się ludzie mogli sprzedać za te pięćset złotych polskich. Biedy miarowej jak piekło, gdzie należy odmawiać dzieciakowi kolonii w Ustce, bo inaczej się nie da. Gdzie zapalenie płuc leczy się mlekiem z miodem i gdzie to mleko trzeba rozwadniać, żeby na rano zupy starczyło dla wszystkich.

Wstyd się przyznać, że towarzystwo w kraju UE chodzi niedożywione, że publiczna służba zdrowia na wsiach to dno, a i w Warszawie nie jest lepiej. I nawet jeśli te pięć stów ma stanowić podstawę alkoholowego planu dla ojca (lub matki i ojca), to i tak jest lepiej niż było.

Więc mnie to osobiście jakoś nie wkurwia, choć i tak nie mam dzieci. Przecież z MOICH PODATKÓW, płacę też za in vitro, i za autostrady i daję na fundusz kościelny – choć nie mam z tym nic wspólnego, poza planami wypróbowania kiedyś skuteczności wszystkich trzech. Tak – może to zuchwałe, ale nie byłoby praw człowieka bez tego całego chrześcijańskiego biadolenia. A zatem niech się to polskie plemię rozwija jak najlepiej. Nawet jeśli jest tu wina zaniedbania ekipy poprzedniej, to jest i kara.

Druga sprawa to barbarzyństwo porównywania prezesa Kaczyńskiego do Putina. Nikomu nie chce odbierać emocji, ale chodzi mi raczej o brak dobrego smaku. Porównania do Orbana czy śp. Piłsudskiego to już mesjanizm, ale Putin? Oburza mnie to tak samo jak wtedy, kiedy po raz pierwszy o sfałszowanych wyborach regionalnych zaczął krzyczeć PiS. Że Polska to Białoruś, że druga Ukraina, że trzecia Rosja. Jeśli szczerze nie znoszę polskich dziennikarzy, to właśnie za to, że nie potrafią nam opowiedzieć o tym, co dzieje się obok. Nie mówię tu o jakichś Jagielskich czy innych Tochmanach (mówię o nich zawsze z ogromnym szacunkiem!), bo Jagielscy czy Tochmany to inna liga. Mówię o tych pismakach, którzy nie potrafią nam zamknąć gardła dość jasnym, choćby tylko newsowym, przekazem. Jaka jest dziś Rosja, jaka jest Białoruś? Czy te porównania z dupy mają  w ogóle rację bytu?

Bo drogie Panie i Panowie, dziś Polska posła Kaczyńskiego to nie jest Rosja Putina. Upieram się. Bez względu na to, jak bardzo opozycja chciałaby w to wierzyć, bo wówczas miałaby łatwiej. Rosja to Rosja upokorzonej Nadii Szewczenko i zamordowanej Anny Politkowskiej. Rosja rasistowska, czerwona, czarna, Rosja wojny na Ukrainie i krwawej Czeczenii. Rosja, w której prawa człowieka i w ogóle prawo, to tylko swoisty wolny rynek stworzony na potrzeby władzy lub po to, by Zachód ciągle jej tym zawracał dupę. Rosja więzionych oligarchów i Rosja rządzona przez oligarchów. Rosja bogatych Ruskich i Rosja krytycznego ubóstwa Wołgogradu.

Ale tym bardziej nie zgadzam się na zrównywanie z nią Polski Kaczyńskiego. Tak jak  postkomunizm, to nie jest putinizm. Boję się tej Polski, boję się jej społecznej depresji jakiej dostała po wyborach, nie pociąga mnie i zasmuca, ale domagam się, by przy całym międzynarodowym blamażu jakim się ostatnio popisali Kozacy z MSZ, przestano o niej mówić jak o „izmie” w jakiejkolwiek postaci.

Idę i idę, pogrążając się w jakimś nowym fatum, że długo jeszcze nic się nie zmieni. Szukam jakiejś mądrej pointy na zakończenie, cytatu z mądrych ludzi. Zamykam okiennice na noc i nie otwieram ich rano, bo obawiam się, że usłyszę, że Prawo i Sprawiedliwość ma już więcej poparcia niż złoty chłopak z Korei Północnej w Korei Północnej. Inna sprawa, że pewnie to Kim Dzong Un o wszystkim zdecyduje w naszym życiu, mając tak szałowego przeciwnika jak Donald T. (Trump!).

Nie chcę tu nikomu udzielać lekcji, ale odnoszę wrażenie, że te jęczenia o brak ruchawości opozycji znamy już na pamięć. Jednak jako osoba niezdatna ani do posłuszeństwa, ani do rządzenia, czyli jako przeciętny Polak, namawiam polityków do skromności, a nie do pogardy. Namawiam do niedzielenia Polaków, bo my – wyborcy – sami to robimy na co dzień i świetnie nam wychodzi.

Namawiam też polityków do zrozumienia, że ani nie wzniecą w nas rewolucji, ani nie wymuszą przywiązania, obrzucając gównem tych, którzy na nich nie zagłosowali. Niech zrozumieją, że smutna nonszalancja wobec obywateli mających odmienne zdanie, ale i prawo wyborcze, doprowadziła do klęski już Wielką Brytanię, Stany Zjednoczone i o mały włos – Francję.

Być może mamy w duszy coś z „Wielkiej Polski”, może jesteśmy mentalną Jałtą i bliżej nam do wschodniej krowy niż do zachodniego bezlaktozowego mleka w puszcze.  Ale to my nawzajem możemy się nie trawić, nawet nie znosić, ale polityk ma mówić inaczej. Ma opinię publiczną przekonać, że wie, że rozumie. Nie może prowadzić kampanii na jakichś miłostkach do „tego co było”, na odgrzewanych kotletach Donalda T. (Tuska!), na wydumanych historiach zagrożenia.

Bo po przegranych wyborach społeczne status quo zawsze zostaje złamane i trzeba się odrobinę zaniepokoić, koledzy z opozycji, by je odbudować.

Kamila Dorbach