Chmury ponadustrojowe

Bogdan Miś

Nie tylko oblicze współczesnej szkoły determinuje znaczenie i potrzebę popularyzacji nauki. Otóż, obok wielu pozytywów transformacja ustrojowa przyniosła ze sobą pewne zagrożenia; paradoksalnie, w tym i takie, które bezpośrednio wynikają z jej zalet.

Witam Państwa.

Zapewne zdumieli się Państwo tym powitaniem, chyba mało pasującym do okoliczności i zapewne w witrynie internetowej nieco staroświeckim; ale cóż innego powiedzieć należy, wchodząc do cudzego domu, czyli właśnie do tej witryny – i to w charakterze autora? Zatem raz jeszcze: witam Państwa.

Być może niektórzy z Czytelników mnie pamiętają. W swoim czasie – w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – cieszyłem się niejaką popularnością z racji występowania w telewizji i prowadzenia tam wielu programów. Były ich setki, a ówczesny monopol najpierw jednego, potem zaś dwóch jedynie programów dawał występującym na małym ekranie popularność czasami zgoła niezasłużoną. Choć, z drugiej strony… Nasza widownia sięgnęła 2 mln dopiero pod koniec lat sześćdziesiątych. Więc z tą popularnością, porównując się z dzisiejszymi celebrytami – nie przesadzajmy.

Fakt faktem: debiutowałem pierwszym tekstem o nauce w roku 1961 i zaraz potem zacząłem działać w telewizji. Uprawiam więc zawód popularyzatora nauki od z górą 55 lat; sądzę, że to niezły wynik – zwłaszcza, że jeszcze trzy lata temu zdobyłem godność popularyzatora roku; mniemam więc, że nie do końca zardzewiałem.

No, a teraz – dobiegając osiemdziesiątki – rozpoczynam przygodę z tą witryną. Mam nadzieje, że jej Czytelnicy zechcą mnie zaakceptować, zaś moje staroświeckie pisanie wyda się Państwu interesujące. Tyle wprowadzenia.

W ciągu ponad półwiecza uprawiania popularyzacji nauki dokonałem kilku obserwacji – i właśnie nimi chciałbym się teraz z Państwem podzielić. Ujmę to w formie kilku pytań i próby na nie odpowiedzi.

Pytanie pierwsze, zasadnicze. Czy popularyzacja nauki jest jeszcze dziś komukolwiek potrzebna?

Moja odpowiedź jest twierdząca. Jest potrzebna – z paru względów bardziej niż kiedykolwiek przedtem.

W ciągu ostatniego półwiecza, a już specjalnie po polskiej transformacji ustrojowej, zasadniczo zmieniła się szkoła i programy nauczania. Nie ukrywajmy, że dzisiejsza szkoła – nastawiona na sparametryzowane oceny działalności i nauczanie „pod testy” – nie jest miejscem, które dostarczałoby uczniom szeroko pojętej erudycji.

Nie jest też – sądzę – poza nielicznymi wyjątkami wynikającymi z wspaniałej pracy pewnej grupy nauczycieli – miejscem, które by skłaniało przeciętnego ucznia do twórczego myślenia. A twórcze racjonalistyczne myślenie i wszechstronna erudycja – to nie tylko specyficzne właściwe podejście do problemów cywilizacyjnych, technicznych czy naukowych, ale też cecha pożądana wszędzie; także w królującym nam dziś biznesie, choć nie wszyscy zapewne sobie z tego zdają sprawę.

W dodatku ostatnie – za przeproszeniem – deformy, związane z tzw. dobrą zmianą w oświacie sytuację dramatycznie pogarszają. O proponowanych w tym względzie przez obecnie rządzących rozwiązaniach – wręcz nie warto mówić. Są kretyńskie, proszę mi wierzyć na słowo.

Dobra, rozbudzająca zainteresowania poznawcze młodych inteligentów – a tylko tacy mnie interesują – popularyzacja nauki, jest dobrem bezcennym. Zaryzykuję tezę, że bez tej popularyzacji nie byłoby dziś w ogóle nauki – w tym sensie, że liczba ludzi, wybierających karierę naukową byłaby bez niej znacznie mniejsza i, jak sądzę, niewystarczająca wobec potrzeb cywilizacyjnych.

Nie tylko oblicze współczesnej szkoły determinuje jednak znaczenie i potrzebę popularyzacji nauki. Otóż, obok wielu pozytywów transformacja ustrojowa przyniosła ze sobą pewne zagrożenia; paradoksalnie, w tym i takie, które bezpośrednio wynikają z jej zalet.

Jedną z takich niekwestionowanych (do niedawna…) zalet jest wolność słowa i wypowiedzi. Także więc wolność głoszenia bredni i poglądów z nauką nic wspólnego niemających. A że te brednie są dobrze sprzedającym się towarem – z jednej strony, zaś często są także motywowane ideologicznie i światopoglądowo – więc jest ich w obiegu publicznym coraz więcej.

Niekiedy stanowią one praźródło zjawisk czy działań groźnych społecznie, jak zakończony sukcesem ruch oporu przeciw obniżeniu wieku inicjacji szkolnej z siedmiu do sześciu lat. Objawem niewątpliwej zbiorowej choroby umysłowej pewnej części społeczeństwa są też takie zjawiska, jak akceptowanie homeopatii, oficjalne wykorzystywanie różdżkarzy czy jasnowidzów w praktyce, na przykład, kryminalistycznej, czy wreszcie ocierający się o zbrodniczy obłęd pęd do upowszechnienia tzw. egzorcyzmów.

Nie mogę się oprzeć tu przed nazwaniem po imieniu ciemniactwa, lansowanego coraz silniej w telewizji publicznej; i nie mam na myśli tylko szerzenia kołtuńskiego religianctwa, ale i np. oburzających bredni tzw. antyszczepionkowców; ruchu sprzeciwu wobec szczepień dzieci, który już spowodował skutki zagrażające powrotem dawno już – zdawałoby się – zwalczonych chorób i jest oczywiście działaniem przestępczym.

W walce z tymi zjawiskami popularyzacja nauki jest orężem niezbędnym.

Tyle – bardzo skrótowo – o potrzebie popularyzacji nauki. Teraz dwa słowa próby odpowiedzi na pytanie o kondycję tej dziedziny pisarstwa i dziennikarstwa.

Odpowiedź ta jest krótka: kondycja ta jest marna. Większość gazet i czasopism zrezygnowała z prowadzenia odrębnych działów nauki, a jeżeli – jak w znakomitej pod tym względem „Gazecie Wyborczej” –jest taki dział, i to prezentujący poziom wybitny, to sensacja naukowa nawet i tam trafia na pierwszą stronę nader rzadko. Ostatnio zresztą – wobec trudności finansowych „Gazety” –ten właśnie dział został dodatkowo ograniczony. Znamienne: ilość miejsca na sport, jak się wydaje, nie zmalała.

Oile wiem, tylko jedna stacja radiowa – TOK FM, też zresztą związana z wydawcą „Gazety Wyborczej” – ma audycje popularnonaukowe, nadawane jednak poza primetime.

Z mediów – jako tako wywiązujących się z obowiązku szerzenia prawdziwej wiedzy – da się wymienić jeszcze dwa tytuły: „Newsweeka” i „Politykę”. Jak się wydaje, nie przypadkiem są to media znienawidzone przez prawicę, szczególnie tę związaną z Rydzykiem.

W telewizji publicznej sporo jest programów religijnych, szczególnie tych obliczonych na indoktrynację dzieci, ale w odniesieniu do nauki obowiązuje pogląd, wygłoszony ku mojej zgrozie publicznie przez jednego z jej wysokich urzędników, jakoby „nauka była niereklamonośna”; co może i w naszej rzeczywistości jest i prawdą, ale to prawda troglodyty. Programy religijne zresztą też nie wydają się w tym względzie wybitnie dochodowe, ale zapewne tu się bierze pod uwagę inne okoliczności, wśród których chęć utrzymywania co najmniej poprawnych stosunków z wpływowymi purpuratami, szczególnie zaś z biznesmenem z Torunia, jest nie bez znaczenia.

Nieco lepiej wygląda popularyzacja nauki na półkach z książkami. Wydaje się sporo niezłych tytułów, jednakże w nakładach, które w początkach mojej kariery publicystycznej uznane byłyby za humorystyczne. W dodatku pisanie tego typu książek stało się zajęciem totalnie nieopłacalnym; kiedy wspominam, że wydana przed półwieczem średniej objętości książka popularnonaukowa zapewniała wówczas autorowi mniej więcej roczną niezłą egzystencję, to – proszę o wybaczenie – nachodzą mnie myśli dalekie od zachwytu tym, co mamy dzisiaj.

Nie ulega kwestii, że nad popularyzacją nauki wiszą także od dawna chmury ponadustrojowe. Jak przed laty, tak i dzisiaj – popularyzacja nauki, która w moim głębokim przekonaniu obok pracy badawczej i dydaktyki powinna być trzecim zasadniczym obowiązkiem uczonego, jest na uczelniach i w instytucjach naukowych lekceważona. Nie tylko nie przynosi zysku, ale również nie liczy się w dorobku, nie stanowi argumentu w uzyskiwaniu grantów czy kolejnych stopni awansu naukowego. W tej sytuacji zajmują się nią głównie pasjonaci rozumiejący swą misję.

Popularyzatorów nauki nikt przy tym nigdy nie szkolił. Ani przed półwieczem, ani w nowych warunkach ustrojowych. Nie słyszałem o specjalizacji z popularyzacji nauki na żadnym wydziale dziennikarstwa jakiejkolwiek uczelni; w każdym razie polskiej. Jest dla mnie smutnym znakiem czasu, że po transformacji na wielu uczelniach, nie tylko prywatnych, pojawiły się na tych wydziałach całe specjalności z tak – powiedziałbym – żenująco użytkowych i w niektórych wypadkach etycznie wątpliwych dyscyplin, jak marketing czy – jeszcze gorzej – marketing polityczny i tak zwany „pi-ar”, nie pojawiło się zaś nic związanego z nauką; nawet seminarium magisterskie czy choćby proseminarium dla przyszłych licencjatów.

W świetle braku zapotrzebowania na kwalifikowanych popularyzatorów nauki w mediach – jest to zjawisko dość zrozumiałe. W dodatku mógłbym pewno na palcach policzyć ludzi, którzy byliby zdolni do prowadzenia ze studentami zajęć na odpowiednim poziomie; ale na jedną czy dwie porządne uczelnie chyba by takich wystarczyło; niekoniecznie myślę tu zresztą o wydziałach dziennikarskich, ale o zajęciach uzupełniających na „regularnych” kierunkach studiów, specjalnie ścisłych, przyrodniczych i ekonomicznych.

Może więc warto spróbować?

* Bogdan Miś jest dziennikarzem, matematykiem, popularyzatorem nauki. W przeszłości był związany m.in. z TVP, „PC Magazine” oraz „Wiedzą i Życiem”. W portalu „Polska ma Sens” publikuje felietony poświęcone głównie nauce.