Cudze chwalicie, swego nie znacie

Marysia Rutkowska

Kelnerzy w kąpielówkach (obcisłych!) i w czapkach Mikołaja podawali nam piwo i szaszłyki z grilla, w głośnikach Mariah Carey. Było 30 stopni ciepła i teoretycznie niczego mi nie brakowało, ale jakoś tak delikatnie pokłuło w sercu. Wtedy pomyślałam sobie, że super jest coś takiego przeżyć, ale tradycja chyba jednak jest fajna. I Polska chyba też.

Mamy Święta, a jak Święta, to tradycja – karp pluska w wannie, mama lepi pierogi, a mój kot bije choinkę. Zeszłoroczne Boże Narodzenie spędziłam w zupełnie innym klimacie. Kolację wigilijną jedliśmy w restauracji na plaży, wyczerpani po kilkugodzinnym nurkowaniu (though life). Kelnerzy w kąpielówkach (obcisłych!) i w czapkach Mikołaja podawali nam piwo i szaszłyki z grilla, w głośnikach Mariah Carey. Było 30 stopni ciepła i teoretycznie niczego mi nie brakowało, ale jakoś tak delikatnie pokłuło w sercu. Wtedy pomyślałam sobie, że super jest coś takiego przeżyć, ale tradycja chyba jednak jest fajna. I Polska chyba też.

Po Bożym Narodzeniu przyszedł styczeń i moja 4-tygodniowa tęsknota do kiszonej kapusty. Myślałam, że zwariuję. Codziennie podczas śniadania a’la Tajlandia (czyli sok z mango, świeże owoce, super kawa i te sprawy), ja miałam w głowie kiszoną kapustę. Po kilku atakach paniki, że to ciąża (i do tego chłopiec, no bo ta kapusta), zorientowałam się, że chyba tęsknię za domem. Tęskniłam za moimi przyjaciółmi, za rodziną, za moim grubym kotem. Brakowało mi nawet zimna – tropiki są super, ale ileż można się opalać. Śniły mi się kromki normalnego polskiego chleba, z normalnym masłem i normalnym żółtym serem. No i śniła mi się ta nieszczęsna kapusta, od której się wszystko zaczęło.

Wigilia w Azji

Nigdy nie tęskniłam za domem bardziej, niż będąc w raju na drugim końcu świata. Mimo, że było mi tam naprawdę dobrze, poznałam niesamowitych ludzi i widziałam rzeczy, które wcześniej mogłam oglądać jedynie w National Geographic, to jednak co jakiś czas wzdychałam sobie do normalności i takiej codziennej rutyny. Chciało mi się pracować, sprzątać, zajmować domem i takie tam. Śpiąc codziennie w innym hotelu, żyjąc „z plecaka” i jedząc na mieście, moim jedynym zmartwieniem było wybranie kolejnego miejsca do zwiedzenia. Takie życie w beztrosce i bez obowiązków jest super, ale po jakimś czasie zaczyna męczyć.

Od zawsze lubiłam narzekać, więc jak tylko wróciłam do domu na Śląsk to było mi znowu za zimno, za szaro, jakoś tak nijako, ale jednocześnie byłam przeszczęśliwa , że śpię u siebie w łóżku, chodzę z koleżankami na kawę, idę na targ po warzywa, jajka i KAPUSTĘ KISZONĄ. Azja była niesamowita i jestem pewna, że wrócę tam kiedy tylko to będzie możliwe. Będę odkrywać nowe miejsca, poznawać nowych ludzi i będę też tęsknić. Za kiszonkami i za Polską.

* Opowieści Marysi będziemy przedstawiać w ramach cyklu „Świat ma Sens”. Prezentujemy w nim poruszające historie ze świata, przywołujemy inspirujące sylwetki osób, które małymi krokami zmieniają rzeczywistość oraz zachęcamy do odkrywania najbardziej niesamowitych zakątków naszego globu *