Czemu wygra Tusk

Janusz Schwertner

Kaczyński zaprosił europejską publiczność do przyglądania się rozgrywce, która prawo bytu ma tylko na polskim podwórku. I która na żadnym etapie nie zagraża Tuskowi. Nic dziwnego, że Europa, zajęta własnymi problemami, z tego zaproszenia skorzystać nie chce. Nie chce też nawet starać się zrozumieć prezesa, bo to wymagałoby analizy tego, co stało się w Polsce po Smoleńsku, co dzieje się w relacjach Kaczyńskiego i Tuska, i na czym polega istota zemsty prawicy na rządzącym przez poprzednie dekady mainstreamie.

W trakcie trzydniowej wizyty w Brukseli kilkukrotnie usłyszałem pytanie, które w sumie było kierowane do wszystkich Polaków. Ale tłumaczyć musiałem się sam. Brzmiało: „co wy, k.., robicie?”. Równocześnie nie spotkałem nikogo, kto miałby wątpliwości co do przyszłości Donalda Tuska.

To w ogóle nie jest dobry czas dla polskiego wizerunku. Nie chodzi o to, żeby wszystkim się przejmować, nie chodzi o kompleksy i czasem przesadne obawy, co powie o nas Europa. Ale gdy w ciągu kilku dni nasz europoseł publicznie głosi, że kobiety są głupsze i w związku z tym powinny mniej zarabiać, a polski rząd posyła do walki o fotel szefa RE Polaka – przeciwko Polakowi, to trudno krzyczeć, że nic się nie stało.

Dyskusji, która toczy się w Polsce za sprawą Jarosława Kaczyńskiego i Jacka Saryusza-Wolskiego (tak poprawnie odmienia się jego nazwisko, wbrew temu, co sądzi sam zainteresowany), w Brukseli nikt nie rozumie. U niektórych budzi ona złość, u niektórych irytację, wielu ma ją zwyczajnie gdzieś. Ale wszystkich łączy jedno: niezrozumienie przepisów gry, którymi posługuje się Kaczyński. Samemu prezesowi niespecjalnie to przeszkadza. Ostatnie, na czym mu dziś zależy, to wzbudzenie zainteresowania i zrozumienia wśród brukselskich elit.

Bo Kaczyński zaprosił europejską publiczność do przyglądania się rozgrywce, która prawo bytu ma tylko na polskim podwórku. I która na żadnym etapie nie zagraża Tuskowi. Nic dziwnego, że Europa, zajęta własnymi problemami, z tego zaproszenia skorzystać nie chce. Nie chce też nawet starać się zrozumieć prezesa, bo to wymagałoby analizy tego, co stało się w Polsce po Smoleńsku, co dzieje się w relacjach Kaczyńskiego i Tuska, i na czym polega istota zemsty prawicy na rządzącym przez poprzednie dekady mainstreamie.

Dlatego grę Kaczyńskiego można analizować tylko w odniesieniu do polskich realiów. Najlepiej w dwóch wymiarach: psychologicznym i w wymiarze brudnej politycznej gry. Poziom trzeci – zahaczający o merytoryczną dyskusję dotyczącą kształtu Europy, o funkcjonowanie Rady Europejskiej, starający się znaleźć odpowiedź na pytanie, czy szefowanie Tuska jest polską racją stanu – lepiej w ogóle odłożyć. W tej rozgrywce nie ma to znaczenia.

Wymiar psychologiczny jest dla komentatorów niezręczny: bo czy wolno postawić tezę, że polityczny atak Kaczyńskiego na Tuska w największej mierze wynika z tego, co stało się 10 kwietnia 2010 roku? Prezes PiS konsekwentnie buduje teorię byłego szefa PO jako jednego ze sprawców zabójstwa swojego brata. I szuka zwarć, które wymykają się z przestrzeni zwyczajnej, ostrej, politycznej rywalizacji. W tym sensie, Smoleńsk staje się odpowiedzią na coraz trudniejsze pytania, które stawia strategia obrana przez Kaczyńskiego. Smoleńsk wyjaśnia, dlaczego prezes i tym razem wyprowadził cios, który od początku miał Tuska jedynie lekko zaboleć; a który nie mógł powalić go na deski.

Wymiar brudnej politycznej gry w większej mierze dotyczy Saryusza-Wolskiego. Tylko czy zawodowego polityka należy ganić za jego ambicję? Koszty, jakie musi ponosić już na starcie swojego romansu z PiS są wysokie, ale przecież Jarosław Kaczyński nie pozostawił mu wyboru. W czysto politycznym wymiarze, Saryusz-Wolski dał wiele, i wiele powinien dostać w zamian. Niewielu jest graczy na partyjnej scenie, którzy zdołaliby się temu oprzeć.

Sęk w tym, że niewiele ma to wspólnego z procedurą przedłużenia kadencji Donalda Tuska jako szefa Rady Europejskiej. Europa chce się zebrać, Tuskowi dać kolejne 2,5 roku i sprawę zamknąć. Bo Europa ani nie rozumie, ani nie chce zrozumieć, o co w ogóle ta cała awantura.