Do upadłego w kierunku nieba

Karolina Gawlik

Teraz wymyśliłem polski kosmodrom. Polska ma skąd wystartować do kosmosu - czuje to pani? Mógłby być zlokalizowany w Bieszczadach. Mam już upatrzone miejsce.

 

Dla niego 1978 to rok symboliczny. Wierzy, że wtedy dwoje Polaków dało nam konkretnego kopniaka w stronę nieba. Dlatego poszedł na tę wojnę.

Był małym chłopcem, gdy zakochał się w rozgwieżdżonym niebie. Gdy skończył lat 18, zaplanował, że zaatakuje je z dwóch stron – astronomicznej i astronautycznej. Pojechał do Dęblina sprawdzić, czy nadaje się na pilota, jednocześnie przygotowując się do studiów astronomicznych. Miał być tym, który widzi więcej niż koledzy po fachu, bo obserwuje Wszechświat nie z perspektywy Ziemi, ale kosmosu.

fot. Michał Gąciarz
fot. Michał Gąciarz

Życie zweryfikowało plany. Był 1975 rok, gdy poszedł na studia astronomiczne. Chciał być pierwszym Polakiem, który poleci w kosmos, jednak trzy lata później zrobił to Mirosław Hermaszewski. Z czasem jednak zdał sobie też sprawę,  że astronom właściwie nie jest tam potrzebny. Powinien siedzieć spokojnie w zaciszu swojej pracowni, analizować dane w komputerze, a teleskop niech sam dryfuje w tym nieprzystępnym środowisku. W końcu nauczył się latać – dwa lata temu. Przez godzinę wykonał 15 lądowań.

Od 2015 roku dr Bogdan Wszołek prowadzi największe w Europie prywatne obserwatorium astronomiczne. W liczącym ponad tysiąc mieszkańców Rzepienniku Biskupim w woj. małopolskim. W środku lasu. Od tego roku działa tam analogowa baza kosmiczna, oddalona zaledwie o 150 metrów. Odbyła się już jedna symulowana misja księżycowa, w przyszłym roku planowana jest marsjańska.

Przy Obserwatorium św. Jadwigi stoi radioteleskop o średnicy czaszy liczącej 9 metrów.  Wszołek montował go sam z synem, z niewielką pomocą dwóch innych osób. Budowa fundamentu i stanowiska pod „Perłę Podkarpacia” (bo tak ją nazywa) trwała miesiąc. W tym czasie równolegle skręcali czaszę.

Wojna o anteny

W 2010 roku Wszołek dostał telefon od kolegów naukowców, że radioteleskopy z Centrum Satelitarnego w Psarach (woj. świętokrzyskie) idą do zezłomowania. Gdy spotkali się na miejscu, zobaczyli siedem wielkich, sprawnych anten, w tym 32,5 metrową – największą polską. Usłyszeli, że w niedalekiej przyszłości wszystkie z nich zostaną zlikwidowane. Pracownicy zostali już zwolnieni, a szafy i szuflady opróżnione z dokumentów. Ponoć spore było z nich ognisko.

Media potem napiszą, że straciliśmy anteny obsługujące połączenia telefoniczne. Ważniejsze jest jednak to, że usługi w centrum zamawiało wojsko. Likwidując anteny, straciliśmy kluczową część obronności kraju. Tego typu urządzenia sprzężone z instrumentami latającymi w kosmosie, to wyznacznik strategii wojskowej najbardziej rozwiniętych krajów.

Wszołek: Liczę na to, że kiedyś zrozumiem, czemu tak się stało. Ale ja jestem jeden i jedyne co mogłem, to ratować te urządzenia. Niektórzy woleli się popłakać, niż zrobić coś realnego.

Gdy na drodze przetargu wybrano firmę likwidującą anteny, Wszołek zaproponował jej dyrektorowi, że sam zdemontuje jedną z nich i zapłaci za złom lepiej niż na skupie. Dyrektor zgodził się, bo gdy zobaczył centrum, nie wierzył własnym oczom. Nigdy nie brał udziału w czymś tak głupim – żeby jego firma niszczyła rzeczy sprawne, działające, stanowiące symbol nowoczesności. I tak, Wszołek rozbierał swój mały radioteleskop, gdy firma wielkim wysięgnikiem, nożycami cięła największą polską antenę, wrzucając bezlitośnie jej części od razu do kontenera. Cięli miesiąc.

48 godzin bez 15 minut zajęło, aby „Perła Podkarpacia” trafiła do Rzepiennika. Ale Wszołkowi nie dawało spokoju: co zrobić, żeby reszta nie trafiała do tych kontenerów. Czuł, że da się je uratować. Miał za sobą szefa firmy likwidatorskiej. Nie pytał o uprawnienia budowlane, brał na siebie ryzyko. „Nieodzowny wyraz życzliwości. Wielka zasługa tego człowieka, że zależało mu na drugim życiu tych anten” – podkreśla dziś Wszołek.

Wtedy Wszołek zaczął szukać równie życzliwego człowieka, który zapłaci za wykup kolejnych anten. Wydawało mu się, że około 20 tysięcy złotych na tak ważny cel dla ludzi, którzy obracają milionami, to rzecz nie tak trudna do uzyskania. A łatwo wcale nie było. W końcu odezwał się… właściciel dyskotek w Częstochowie. Przekonało go, że radioteleskop to instrument, który odbiera coś, co emanuje z nieba. Specjalnie dla anteny kupił grunt z zabudowaniami, mimo że był tego przeciwnikiem – zawsze dzierżawił.  Zabudowania wyremontował na kolejną dyskotekę, radioteleskop postawił obok.

Wszołek:  Jak ta opatrzność ze mną pogrywa… Nie dość że zrobiła ze mnie głównego ratującego radioteleskopy, o których składaniu i rozbieraniu nie miałem pojęcia,  zaangażowała mnie w ratowanie większej liczby niż mnie na to było stać, to jeszcze mi dała do współpracy człowieka nie z branży naukowej, ale rozrywkowej. Pan Marek ufa, że jestem zupełnie czytelnym wcieleniem Keplera. Nie ma żadnych wątpliwości, że za mojego życia, na moją cześć, wybuchnie supernowa. Tak jak za życia Keplera.

Do wszołkowej misji ratowania anten poczuwał się też Kazimierz Błaszczak – ten z Wieruszowa, o którym zrobiło się głośno, gdy w 2013 roku zakwalifikował się do projektu Mars One. W tym roku powstał o nim film dokumentalny „Pierwszy Polak na Marsie”. Kaziu opiekuje się na razie jedną. Na kolejną, 16-metrową zdecydowali się astronomowie z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z wieloma trudnościami na uczelni po drodze, które Wszołek musiał pokonać.

Po tej wojnie odpoczywał rok. Czuł nieustające zmęczenie na każdym centymetrze ciała. Przy jednym z montaży złamał żebro, ale mówi, że to drobiazg. Nawet nie wie, czy się zrosło, czy został jakiś ślad.

Do upadłego

Wszołek: Teraz wymyśliłem polski kosmodrom. Polska ma skąd wystartować do kosmosu – czuje to pani? Mógłby być zlokalizowany w Bieszczadach. Mam już upatrzone miejsce.

Dla Wszołka możliwości rozwoju dla Polski zawsze są nieograniczone. Ciągle widzi nowe. Ten dryg ma po mamie, która mimo iż mieszkała w biednej wsi, była bardzo postępowa. Zawsze chciała pokazać wszystkim dookoła, że ona pójdzie do przodu, mimo że startowała od zera. Taki sam jest Wszołek, który z kolei przekazał geny córce, Agacie. Pracuje w Europejskiej Agencji Kosmicznej, bez niej baza kosmiczna nie powstałaby w Rzepienniku.

Ludzie odwiedzający obserwatorium potrafią przejść koło Wszołka jak koło drzewa. Widzą spoconego, ubrudzonego faceta, w krótkich spodniach z łopatą w ręce. A to autor całego przedsięwzięcia, ceniony doktor astronomii.

Wszołek: Proszę wybaczyć, że mam taką brudną rękę, ale byłem właśnie u mechanika i ładowałem klamoty do budowy kolejnego teleskopu. Takiego małego, dydaktycznego. Że jak przyjdzie do obserwatorium szkoła, to sobie skierują teleskop  ku niebu, i będzie im piszczał na znak, że słońce emituje.

Dla niego 1978 to rok symboliczny. Wierzy, że wtedy dwoje Polaków dało nam konkretnego kopniaka w stronę nieba. Pierwszy to właśnie Hermaszewski. Drugi, nieco wcześniej, to Jan Paweł II. Ubolewa nad tym, że ludzie zatracają perspektywę tego, że człowiek musi je zdobywać.

Ostatnio na wykładzie w Krakowie o kolonizacji Czerwonej Planety ktoś zadał mu pytanie: a co nam z tego Marsa? Wszołek odpowiedział: a co nam z tego, że ubiegamy się o maturę? To byłby ważny sprawdzian kondycji ludzkiej, bez względu na wymierne korzyści. Kolonizacja oznaczałaby, że potrafimy urządzić się w innym świecie niż Ziemia. Po drodze wpadnie tyle wynalazków i wdrożeń, że życie człowieka, nawet w ogóle niezaangażowanego w kosmos, znacznie się poprawi.

Wszołek: Nigdy nie będę zaspokojony, nie zostałem stworzony do tego, by odpoczywać. Do upadłego będę dążył w kierunku, który mam sprecyzowany od 18. roku życia. Ku niebu.

materiał powstał w ramach projektu Życzliwa Polska ma Sens, sponsorowanego przez Fundację PZU

logo-pzu