Duchowny urokliwy

Witold Bereś

felietonzyczliwy

- Pieniądze mają w sobie niebezpieczny urok: obiecują wszystko - napisał kiedyś ksiądz Mieczysław Maliński (ur. 31 października 1923).

Życzliwość jest cechą ludzką, ale wszak nie każdy ją posiada. Miałem to szczęście, że w redakcji „Tygodnika Powszechnego” poznałem wielu bardzo życzliwych ludzi.

*
To autor znanym powszechnie. Jego książki – jak tytuły innych duchownych-mistrzów pióra: Jana Twardowskiego czy Józefa Tischnera – stoją na półkach w wielu polskich domach. Ba, tłumaczone są na angielski, francuski, niemiecki, włoski, hiszpański, holenderski, fiński, japoński, czeski, słowacki, słoweński, węgierski, rosyjski, litewski…

To literatura teologiczna, katechizmy i modlitewniki. W dużej mierze poświęcona jest Janowi Pawłowi II – bo znany jest także ów duchowny z bliskich kontaktów z papieżem. I tylko pobieżny spis liczy blisko 150 (!) tytułów.

Maliński kończy teologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, przyjmuje święcenia, uzupełnia studia na innych uczelniach – KUL (filozofia), Papieskie Athenaeum Angelicum w Rzymie (obrona doktoratu z teologii), a także w Monachium i Münster. Pracuje jako duszpasterz w Rabce, jest wikarym przy kościele św. Marii Magdaleny i nauczycielem religii. Od 1960 mieszka w Krakowie, początkowo związany z kościołem św. Szczepana, a od 1976 jest rektorem kościoła sióstr wizytek.

Nim zacznie pisywać w Tygodniku kilkuzdaniowe medytacje (nazwane z czasem z racji formy graficznej „ramkami”), publikuje w poznańskim „Przewodniku Katolickim”. Dopiero jednak od współpracy z krakowskim pismem, a dokładniej – od wydawanych w Znaku zbiorów tygodnikowych „ramek”, zaczyna się jego sława. Najpierw jest to Jezus i ty. Potem idą kolejne zbiory króciutkich rozważań: Aby nie ustać w drodze, Nasz chleb powszedni… Wszystkie spotykają się z entuzjastycznym przyjęciem.

Tadeusz Żychiewicz pisze w 1970 w recenzji Aby nie ustać w drodze:
„Zastanawiająca jest świeżość i głęboka, intuicyjna mądrość spojrzenia ks. Malińskiego na Ewangelie i zawarte w nich wydarzenia – wtedy, gdy odczytuje je najprościej. (…) Nie zawsze są to teksty łagodne i ściszone. (…) Na wielu klepsydrach i nagrobkach zamiast napisów: «pozostali w nieutulonym żalu mąż, dzieci, wnuki i synowa», zamiast «cześć jej pamięci», zamiast «najlepszej matce», zamiast «wierni koledzy», winno być: «zagryzły ją dzieci», «wykończył ją kierownik», «dobiły ją plotki». Spokojnie powiedziane, ale mimo to drapieżnie. I prawdziwie. I można przedumać nad tym tekstem niejeden kwadrans, chociaż w książce tak niewiele miejsca zajmuje te kilkanaście wierszy druku…

W książeczce księdza Malińskiego znaleźć można wiele, bardzo wiele tekstów wielkiej urody i wielkiej mądrości. (…) Ten człowiek ma do powiedzenia rzeczy – i umie je powiedzieć”.
Nic dziwnego, że jego krakowskie kazania przyciągają wielu – i wielu wiernym burzą krew. Jak przewrotnie pisze cytowany już Żychiewicz:
„To, co ksiądz Maliński demonstrował z ambony – to były kpiny, a nie kazania. Panie w ławkach nie zdążyły się jeszcze rozsiąść wygodniej do liturgicznej kazaniowej drzemki, a tu już był koniec i ksiądz Maliński schodził z ambony. To było naprawdę oburzające”.

Wielkość ks. Malińskiego polega na niezwykłym słuchu literackim i czuciu pióra. Na mądrym popularyzatorstwie chrześcijaństwa. (Dość przypomnieć jego serię kazań poświęconych Judaszowi, Marii Magdalenie, Piłatowi, Annaszowi, które złożyły się na książeczkę Świadkowie Jezusa). Na ciekawym pisaniu o Karolu Wojtyle, którego był przyjacielem. Ale kto wie, czy nie największą jego zasługą, choć w skali zasług – formalnie niewielką – jest współorganizowanie spotkań redakcji z tym krakowskim kardynałem.

Sam o tym tak opowiada:
„Karol chciał mieć bliski kontakt z Tygodnikiem Powszechnym (…). Wymyślił spotkania z redaktorami Tygodnika i »Znaku« raz w miesiącu. Mnie powierzył funkcję koordynatora. Odbywały się one przy udziale prawie zawsze kompletu redakcji jednej i drugiej. (…) Tematem oczywiście sobór i odnowa posoborowa, m.in.: ekumenizm, tolerancja, liturgia, młodzież, katechizacja, tomizm. Dopiero tu się okazywało w pełni, jak bardzo byli zaangażowani w tę problematykę uczestnicy tych spotkań. (…) Najpierw krótka konferencja, a właściwie wprowadzenie. I zasadniczą rzeczą była dyskusja. A potem w jadalni herbata czy kawa z kanapkami i ciastka. I dalszy ciąg dyskusji, choć już w innym nastroju. To wszystko w atmosferze przyjaznej, serdecznej, w pełni otwartej, szczerej. Podziwiałem Karola. On się po prostu nie bał tych spotkań, chciał tych spotkań, upominał się o nie (chociaż słyszał podczas nich niejednokrotnie gorzkie słowa prawdy odnośnie do księży, biskupów, Watykanu czy polskiej teologii)”.

Jerzy Pilch tak opisze księdza:
„Na wskroś męskie, o lekko nawet rzekłbym filmowo-gangsterskich rysach oblicze, nienaganna sylwetka, tors opalony na ekskluzywnej plaży w Dębkach, niekonwencjonalny język, uwodzące książki i w ogóle mocny uwodzicielski instynkt” (Kapłan niefrasobliwy, Dziennik, 2007).
To portret żartobliwy, ale jakże ciepły i prawdziwy.

w ramach projektu „Życzliwa Polska ma Sens” – sfinansowano ze środków Fundacji PZU/Partner Fundacja PZU

logo-pzu