Duchowny w starym swetrze

Witold Bereś

felietonzyczliwy

- Chrystus urodził się w stajni, a umarł śmiercią rzymskich niewolników na drzewie krzyża. Czy my, chrześcijanie, chcemy być lepsi od naszego Mistrza? – napisał ks. Stanisław Musiał, jezuita i jeden z najskromniejszych ludzi, jakich znałem. Do legend przeszedł jeden, zużyty, stary sweter, w którym ciągle chodził. I to, że niemal wszystkie pieniądze, jakie dostawał przekazywał na pomoc dla biednych.
 
Życzliwość jest cechą ludzką, ale wszak nie każdy ją posiada. Miałem to szczęście, że w redakcji „Tygodnika Powszechnego” poznałem wielu bardzo życzliwych ludzi.
 
*
 
Musiał (1938-2004) do zakonu jezuitów trafia jako dwunastolatek. Przechodzi tam przez surową regułę (opowie o tym potem w książce Duchowny niepokorny). W roku 1965 po święceniach kapłańskich, zaczyna studia w Rzymie i Monachium, a następnie pracuje duszpastersko we Francji, Włoszech, Niemczech i Austrii. Współpracę z Tygodnikiem nawiązuje w 1980 roku.
 
Jest jedynym dziennikarzem pisma, który w sierpniu 1980 jedzie na Wybrzeże, by obserwować strajk w Stoczni Gdańskiej. W latach 1986-95 pełni funkcję sekretarza komisji Episkopatu Polski ds. Dialogu z Judaizmem. Bierze – razem z Jerzym Turowiczem – udział w rozmowach ze środowiskami żydowskimi, mających załagodzić spór o klasztor Karmelitanek na terenie obozu w Auschwitz. Wiosną 1987 podczas spotkania w Genewie udaje się dojść do porozumienia: strona żydowska akceptuje istnienie klasztoru w pobliżu obozu (choć poza strefą zastrzeżoną) i utworzenie Centrum Dialogu w bezpośrednim sąsiedztwie klasztoru. Z kolei strona katolicka zgadza się na przeniesienie sióstr do nowego klasztoru. To przykład zwycięstwa rozsądku i tolerancji w sprawach, które wydawały się nie do rozwiązania – chodziło wszak o kolizję symboli i wartości religijnych.
 

Latem 1998 w Oświęcimiu wybucha jednak konflikt. Idzie o krzyże stawiane na tzw. żwirowisku, gdzie w pierwszej fazie istnienia obozu koncentracyjnego rozstrzeliwani byli więźniowie, przede wszystkim Polacy, ale i Żydzi – obywatele polscy, nim w 1942 w pobliskiej Brzezince uruchomiono fabrykę śmierci do zabijania głównie już Żydów. Inicjatorami akcji są osoby, które nie tak dawno próbowały nie dopuścić do przeprowadzki karmelitanek do nowego klasztoru. Korzystają ze wsparcia niektórych hierarchów, przełożonych zakonnic oraz… mecenasa Kazimierza Janosza, niegdyś związanego z wywiadem PRL i uczestnika kryminalnej, by nie rzec zbrodniczej, operacji „Żelazo”. W efekcie by doprowadzić do realizacji ustaleń genewskich, potrzebna jest interwencja samego Jana Pawła II!
 

Głos zabiera także Musiał. Pyta retorycznie:
„Czy my, chrześcijanie, potrzebujemy innego krzyża w obozie oświęcimskim niż ten, który stoi w celi śmierci ojca Kolbego? (…) Cela o. Kolbego wskazuje drogę dla nas wszystkich, byśmy budowali świat bez cel śmierci, bez nienawiści, w duchu miłości i dialogu, w duchu pokory wobec olbrzymiego trudu interpretacji świata (…). Pierwsi chrześcijanie przez co najmniej 150 lat po śmierci Chrystusa nie mieli krzyży, obrazów świętych, nagrobków, pomników. Wiedzieli jedno – że są nowymi stworzeniami w Chrystusie – i to im wystarczało, by kochać Boga i bliźnich. Chrześcijaństwo nie potrzebuje monumentów – są one ze swej natury pogańskie: służą do tego, by epatować, przygniatać, upokarzać innych”.
W Tygodniku pisze tekst pod wszystko mówiącym tytułem: Zaciśnięte pięści przeciw – krzyże w Auschwitz. Dowodzi, że ustawianie tam krzyży to manipulacja, która nie służy „miłości Chrystusa” i „pamięci pomordowanych”, lecz jest prowokacją i budzeniem nienawiści. Sugeruje, by w godny sposób przenieść krzyże ze spornego miejsca.
(I tak się stało…)
 

Gdy jednak wybucha dyskusja na temat pogromu w Jedwabnem, Musiał znowu czuje się w obowiązku zabrać głos. Pisze:
„Oczekiwałbym od pasterzy Kościoła katolickiego, by nie tracili czasu na poszukiwanie okoliczności łagodzących rozmiar i wymowę zbrodni, ale by pomogli Polakom katolikom, których rodacy zbroczyli swe ręce niewinną krwią żydowską, znaleźć drogę do Boga (…) i do pokoju z sobą samym”.
 

Pod koniec życia władze zakonne oddelegowują do pracy w przytułku dla starszych kobiet. Sam przyjmuje te decyzje z właściwą sobie pokorą. A i radością – wszak zawsze powtarzał, że Kościół powinien być otwarty dla najbiedniejszych. Mówi więc z uśmiechem: „Próbuję jakoś doprowadzić te moje staruszki przez tę bramę do śmierci”. Powtarza tylko, że chciałby, by nad jego grobem rabin odmówił kadisz.
 

Kiedy umiera, na jego pogrzebie prócz modlitw katolickich słychać także żydowską modlitwę.

w ramach projektu „Życzliwa Polska ma Sens” – sfinansowano ze środków Fundacji PZU/Partner Fundacja PZU

logo-pzu