Duet fenomenalny

Są ludzie, o których nie da się napisać jednej prostej biografii – tacy ludzie nigdy nie odpoczywają i wciąż są pochłonięci pracą, jakby ktoś wlał w nich dodatkowy bak paliwa, który nigdy się nie wyczerpuje. To Wajdowie: miłość, przyjaźń, twórczość

Iga Dzieciuchowicz

Wszystkie anegdoty, wrażenia, wspomnienia o nich wydają się ważne – trudno cokolwiek pominąć, a też i często nie wiadomo, od czego zacząć, bo tyle jest historii do opowiedzenia. Tacy ludzie – zbyt energiczni i zbyt konsekwentni, by nie doprowadzić sprawy do końca, bywają dla wielu niewygodni albo zazdrości im się siły woli. O takich ludziach się nie pisze, a raczej stara się ich „opowiedzieć”. Opowiedzieć Wajdów udało się pięknie Witoldowi Beresiowi i Krzysztofowi Burnetce.

Książka „Późne obowiązki” to opowieść  o artystycznym duecie Wajda-Zachwatowicz trochę z ukosa – bo wcale nie o filmach, ani nie o polskiej historii, jakbyśmy się mogli spodziewać, choć oba te światy są z nimi silnie związane i natrafimy na nie w książce. Nie jest to też biografia, a raczej reporterski rzut na działalność małżeństwa Wajdów, o której mało kto wie – tytułowe późne obowiązki, a więc tworzenie ważnych dla Polaków miejsc kultury i walka o nie. Opowieści te są tak zdumiewające, że czytelnik raz po raz zastanawia się, czy państwo Wajdowie aby na pewno byli normalni. No bo na przykład kto normalny wydaje prywatne, absurdalnie wielkie pieniądze na stworzenie w Polsce japońskiego muzeum? Albo zastanawia się zupełnie serio, co zrobić z zapomnianymi witrażami Wyspiańskiego?  Bereś i Burnetko pokazują też Wajdów i łączącą ich wyjątkową relację oczami innych ludzi – przyjaciół i współpracowników, a także samych autorów, których Wajda osobiście poprosił o napisanie tej książki. To zadziwiające, że wszyscy dokładnie pamiętają najdrobniejsze szczegóły spotkań z tą niezwykłą parą, a także pierwsze seanse filmów mistrza. Bo tak jest z mistrzami – pozostają w pamięci na zawsze. I o tym też jest książka – pokazuje siłę pamięci i siłę miejsc poświęconych tym, o których warto pamiętać.

*

Struktura książki Beresia i Burnetki zachęca do podzielenia się swoim własnym, prywatnym wspomnieniem o Wajdzie – można je dołożyć jako kolejny element niezwykłego kolażu i nadal wszystko będzie się ze sobą zgadzać w tym zaskakującym wielogłosie. Więc na koniec i ja dołożę.

Wiele lat temu pracowałam w redakcji gazety festiwalowej Krakowskiego Festiwalu Filmowego – była to moja pierwsza dziennikarska wprawka. Zadanie niby proste – zrobić sondę wśród gości festiwalu. Bardziej obyci znajomi pokazywali mi palcem artystów – tam siedzi Marcel Łoziński, tam – Marcin Koszałka. Nagle wszedł Andrzej Wajda i natychmiast stał się głównym celem „ataku”, bo jak tu nie zapytać o wrażenia największego mistrza, którego zresztą nikomu nie trzeba przedstawiać? Krążyłam wokół Wajdy i krążyłam, ale wstydziłam się podejść. Dyktafon był mokry od spoconych dłoni – o co mam pytać, a jak się wygłupię albo będę coś niezrozumiale dukać? W końcu podeszłam i Wajda od razu zorientował się, że umieram z nerwów. Żeby rozładować atmosferę, sam zaczął zadawać pytania. A skąd pani jest? A co studiuje? Teatrologię – no więc porozmawialiśmy o teatrze. Nigdy nie zapomnę tej serdeczności i zaciekawionego uśmiechu, którym Wajda ośmielił mnie do rozmowy. Książka Beresia i Burnetki to zbiór takich właśnie minihistorii, skrawków, stopklatek, przywołanych z reporterskim biglem – czyta się to jednym tchem, w zdumieniu i ze szklącymi się oczami, w śmiechu i niedowierzaniu, że tyle się jednak udało tej dwójce w niemożliwych czasach, a my wciąż możemy to podziwiać, przeżywać i dotknąć.

*

Więc teraz na was czas – i wy dołączcie swoje wspomnienia o Andrzeju Wajdzie…

fot.: za książką – Kamil Krajewski / Manggha