Dwa oblicza tego samego

Marek Jastrząb

Męczą ich kompleksy, mylne przekonania, ciężko z nimi wytrzymać. Napada go więc olśnienie: trzeba się dogadać. Poluzować z roszczeniami. Spuścić z tonu i przekształcić klęskę w sukces.

Poszczególny człowiek – pisklęciem będąc – widzi świat na różowo. Cieszy się bez względu na ostrzegawcze szepty zastrachanych odważniaków. Papkinów prorokujących mu klęskę. Marzeniową zapaść. Ignoruje bojaźliwe przestrogi w stylu TO SIĘ NIE UDA, TO NIEMOŻLIWE.

Aż go zatyka na myśl, że ma przed sobą tyle do poznania. Rozsadza go entuzjazm. Kipi energią. Jest pełen optymizmu. Nie dostrzega przeszkód. Obce mu są haczyki, zagwozdki, wątpliwości. Zmierza prosto do celu. Kładzie lachę na wszelkie zastrzeżenia, układy, obawy. Wszędzie dostrzega jasność, perspektywy, potencjały.

Początkowo jest zero-jedynkowy. Nie pragnie robić czegoś „pomalutku, cierpliwie, małymi kroczkami”. Ma ochotę na piorunujące i odczuwalne rezultaty. Od razu konkretne i z mety sensowne.

Gorączka z niego, raptus, ryzykant, który chce albo wszystko, albo nic. Nie trawi żadnych półśrodków, kompromisów, ustępstw. Ustąpić, odpuścić, to kapitulanctwo, dezercja z żądań. Tak sobie miarkuje.

Lecz kiedy już potłukł się o niejeden mur, gdy stwierdził, że prócz siniaków i obolałych gnatów niczego nie osiągnął, bo mur jak stał, tak stoi, tyle że jeszcze wyższy, zaczyna kombinować nad zmianą taktyki. Nabiera pokory. Zauważa, iż nie ma doskonałości a rzeczy i ludzie są mniej kryształowi, niż zakładał; mają rysy: lepsze i gorsze dni. Są nieprzejednani w uporze, zatwardziali w zapatrywaniach, różnorodni w oczekiwaniu.

Męczą ich kompleksy, mylne przekonania, ciężko z nimi wytrzymać. Napada go więc olśnienie: trzeba się dogadać. Poluzować z roszczeniami. Spuścić z tonu i przekształcić klęskę w sukces.

W ten sposób dorośleje, krzepnie, traci dziewictwo naiwności, a jego walka z cieniem nabiera dojrzałości. Staje się mniej chaotyczna i żywiołowa, bardziej za to powściągliwa i moderowana rozsądkiem; obok różu, dostrzega pozostałe odcienie wydarzeń.

Tak powstały dwie Solidarności. Pierwsza, to okres młodzieńczy, spontaniczny  zryw, ruch społeczny podziwiany za nieustraszoność i doprowadzenie do detronizacji komuny. Podziwiany wszelako za granicą jedynie, bo u nas, wiadomo: każdy sukces musi być okupiony łajdackim postponowaniem. Podważony, splugawiony, obłupany ze znaczenia. Zakończony i rozdeptany wprowadzeniem stanu wojennego.

Druga, to rozmiękły pogłos narodowego buntu. Dalekie echo poprzedniej euforii. Etap przymusowej spolegliwości, etap obwarowany zastrzeżeniami, wątpliwościami, ugodowością. Już nie tak pewny swoich racji. Już mniej buńczuczny, radykalny i stwardniały w masowych dążeniach. Nasączony rozchybotaniem, wahliwościami, pragmatyczną ekwilibrystyką.

Pierwszy związek skupiał dziesięć milionów niepodzielonych ludzi. Drugi, po ośmiu latach intensywnej tresury, stał się jego parodią. Pierwszy i jedyny, wyrażał się w imieniu całego narodu, drugi, usługowy, tokuje w imieniu zdezorientowanej tłuszczy. Pierwszy był niezależny, drugi – upolityczniony; karzeł przebrany za giganta.

Marek Jastrząb

Marek Jastrząb – felietonista portalu Polska ma Sens, autor cyklu „Obserwacje Marka Jastrzębia”. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował także w „Odrze”,  „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,”Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u”,trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w „Polsce Ma Sens” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek.  Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.