Gdzie i jak szukać sensu tego świata?

Andrzej Jakub Mularczyk

Nasz naród jest jak stare niekochające się małżeństwo: więcej w nim kłótni niż potrzeby porozumienia i tolerancji.

To młodzieńcze pytanie powraca wciąż do mnie. Kto mnie tak skonstruował, że nie przestaję pytać. Jestem jak ten oszalały Hamlet, który patrząc w puste oczodoły odnalezionej czaszki próbuje wypełnić te puste otwory po oczach, żeby  przyjrzeć się życiu, ale i samemu dać się dostrzec.

Nie chcę być anonimowy, chcę mieć coś do powiedzenia, dołożyć swoją cegiełkę do wspólnej budowli. Jednocześnie boję się, że właśnie przystąpiliśmy do budowania naszej kolejnej wieży Babel. I dopisuję się do takiego wspólnego, narodowego mieszania języków.

Niby jesteśmy z jednej mowy, literatury, z jednej religii. Zachwycają nas te same powstania, większość z nas, gdyby te narodowe ruszenia znów stanęły na naszej drodze do niepodległości, przyłączyłaby się do nich. I wielu jak Rejtan z odsłonięta piersią wolałaby, no pasarán. Ale zachowujemy się ostatnio tak, jakby każda strona stała się najeźdźcą. I niby w obronie swoich interesów zmuszeni jesteśmy dokonać inwazji. Czasami wcześniej dokonując prowokacji.

Co najgorsze, to to, że nie jesteśmy oryginalni. Podajemy się tym prymitywnym schematom, jak nasi poprzednicy. Niby wielbiciele historii, składający kwiaty pod każdym pomnikiem, w rzeczywistości jej wyrodne dzieci, bo niczego się od niej nie nauczyliśmy. Więcej w nas emocji niż rozumu. Więcej krzyczącego tłumu, niż rozmyślających mędrców, którzy tylko wtedy zabierają głos, kiedy mają coś do powiedzenia.

Przykre, kiedy takimi krzykaczami stają się politycy. I nie jest to tylko nasza narodowa przypadłość. Ten chaos powoli ogarnia cały nasz glob. Politycy stają się jak ludzie z ulicy. Ludzie na ulicach stają się jak politycy. Przestają racjonalnie odbierać rzeczywistość. Jedni i drudzy poddają się psychice tłumu, wykrzykują hasła, najpierw z trybuny, a potem echo roznosi je po okolicy.

Jak zachęcić ich do pokory, do wyjścia poza własne przyzwyczajenia. Za długo żyję na tym świecie, żeby dać się oszukać. Już przeżyłem jedną rewolucję, która potem  odwróciła się przeciwko społeczeństwu, a to społeczeństwo tak zapragnęło dobrobytu, że gotowe było oddać duszę nawet diabłu. No i oddało, teraz diabeł kusi, obiecuje, ale tak naprawdę nie jesteśmy w stanie nawet wyobrazić sobie dokąd chce zaprowadzić?

Natychmiast pojawiają się starzy aniołowie, przyznają się do błędów, i obiecują, że już teraz będą sprawiać tylko dobre uczynki. Zrozumieli swoje błędy, przez które przegrali. Przez które zostali odsunięci od władzy. I teraz oni, już także tak samo mogą podarować te luksusy, które obiecuje nam diabeł.

Nasz naród jest jak stare niekochające się małżeństwo: więcej w nim kłótni niż potrzeby porozumienia i tolerancji. Ale, jak powiedział ksiądz Piotr Kozioł w serialu Ranczo: „nigdy tak nie było w małżeństwie, żeby tylko jedna strona była winna”. Więc czuje się wyalienowany.

Stoję po środku na wielkim placu się i gubię wśród ludzi. Przechodzą na inny plac, a tam zachęcają mnie, żebym śpiewał ich pieśni. Podsuwają mi folder z wycieczkami, na które chcą mnie zabrać, do bajkolandu, do krain szczęśliwych, niekończącej się bajki o demokracji, wolności i bogactwie, czy ojczyźnie mlekiem i miodem płynącej. Kraju męczenników, którzy wciąż powinni przebywać w naszym sercu.

Przypominają mi o nich, ale odczuwam, że poświęcenie martwych już bohaterów na niewiele się zdało, bo jak byliśmy głupi, to takimi głupcami pozostajemy. I znów przychodzi na myśl, że historia niczego nie uczy, więc może ostrożniej z tą historią? Tymi pomnikami i marszami upamiętniającymi? Gdy pojawi się okazja by dokopać innemu, dokopujemy, Okazja, żeby wykorzystać, wykorzystujemy. Wzbogacić się z szybko i tanim kosztem, to wzbogacamy się.

Czy w taki społeczeństwie istnieje możliwość porozumienia się. Mam tę ułomność, że wierzę w to, że można. Wciąż we mnie więcej naiwności niż życiowego doświadczenia, więc wierzę, ale przecież nie można zaprzestać mieć nadziei, bo kim wtedy bylibyśmy i jakie mielibyśmy szansę na to, żeby i u nas mogło być normalnie? Tylko czy są jeszcze takie kraje na świecie, gdzie jest normalnie? To znaczy tak, że ludzie o przeciwstawnych poglądach mogą obok się żyć i rozmawiając ze sobą nie obrażać się wzajemnie?

Dlatego dzisiaj jestem po środku. Wyczekuję, nie wiem na co, bo przecież nie znam recepty. Ale przecież tylu ludzi w naszej ojczyźnie skończyło uniwersytety i wydziały teologiczne! Niech zatem coś poradzą; przecież zwracam się z tym apelem do fachowców. Ja mam czas. Niekiedy lepiej spóźnić się na egzekucję niż się w nią wstrzelić. 

***

Andrzej Jakub Mularczyk - poeta, urodzony w Lubinie w 1953 r. Ukończył Wydział Górniczy na Politechnice Wrocławskiej. Pracował w kopalni odkrywkowej węgla brunatnego i podziemnej kopalni miedzi. Debiutował w 1978 r. w piśmie Politechniki Wrocławskiej „Sigma”. W 1989 r. wydał arkusz „Drzazga”, w 1993 r. ukazał się tomik „Krzywa zwierciadła spojrzeń”, w 2007 r. ukazał się tomik „Liczenie mrówek” (Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie, 2007). Laureat XV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Dać Świadectwo” organizowanego przez Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie. Od 1994 r. mieszka w Ostrzeszowie.