Gdzie jedzie biedny student na wakacje? Do Azji. Na pół roku

Marysia Rutkowska

Zanim przejdę do pięknych widoków, 30 stopni w cieniu i najlepszego jedzenia na świecie, chciałabym Wam opowiedzieć jak wygląda spełnianie marzeń. W skrócie – to ciężki, męczący i dający nieźle w kość proces.

Nigdy nie byłam typem podróżniczki. Zawsze chciałam takim  być, więc z uporem zaliczałam wycieczki szkolne do Paryża i na Ukrainę jako „zwiedzanie świata i poznawanie życia w dziczy”. Wydawało mi się, że skoro byłam w czeskim Cieszynie i w Pradze, to coś tam o tej zagranicy wiem. W liceum natomiast wybrałam się z przyjaciółką na szalony tydzień w Barcelonie, spędziłam Boże Narodzenie u znajomych w Finlandii, więc już oficjalnie wydawało mi się, że jestem drugim Wojciechem Cejrowskim.

Skąd wziął się pomysł, żeby pojechać do Azji i jakim cudem udało się to wszystko zorganizować? Dobre pytanie.

Na pierwszym roku studiów poznałam mojego obecnego chłopaka Kevina, który po 2 dniach znajomości powiedział mi, że kiedyś zabierze mnie do Indonezji. Jako oficjalna „podróżniczka” zaczęłam snuć w głowie wizje egzotycznego świata, który na mnie tylko czeka. Wiedząc jednak, jak wygląda rzeczywistość i moje studenckie konto, uśmiechnęłam się niemrawo pod wąsem i powiedziałam „Oh, nice”, i na tym się skończyło.

Tak mi się wydawało do momentu, aż pewnego pięknego dnia stałam w kolejce do odprawy na lotnisku w Amsterdamie, trzymając pod pachą mój bilet do Dżakarty. Sama nie wiem jak to się stało, ale półtorej roku po tym jak usłyszałam, że pojadę do Indonezji, naprawdę tam jechałam!

Zanim przejdę do pięknych widoków, 30 stopni w cieniu i najlepszego jedzenia na świecie, chciałabym Wam opowiedzieć jak wygląda spełnianie marzeń. W skrócie – to ciężki, męczący i dający nieźle w kość proces.

Jak już w miarę realnie myślałam o mojej wielkiej wyprawie do Azji, to zorientowałam się, że przecież wynajmuję pokój (no, materacyk na antresoli nad salonem) w Krakowie, moja wypłata wygląda nieciekawie, a na koncie mam tyle, co kot napłakał. Do Azji mogłam najwyżej pojechać na rowerze (co też raz mi przyszło do głowy, ale zajechałam tylko do Chorwacji, o tym innym razem). Z pustym portfelem pojechałam do Holandii, żeby razem z Kevinem spełniać nasze marzenia. Wylądowałam w fabryce owoców morza, sortując połamane małże na taśmie. Codziennie o 5:30 wyjeżdżałam z domu i dzielnie pedałowałam przez 7 kilometrów, żeby później przez kolejne 10-12 godzin przebierać zimne, oślizgłe ślimaki, ostrygi i kraby. Ciągle powtarzałam sobie, że każda małża przybliża mnie do wyjazdu.

W Holandii spędziłam 2 i pół miesiąca, codziennie przeklinając przy tym moją pracę i te nieszczęsne kraby, które czasem szczypały mnie po palcach. Jednak po tych wszystkich kilometrach przejechanych do fabryki i z powrotem, po kilkuset godzinach spędzonych w kaloszach przy taśmie produkcyjnej, nadszedł ten dzień, kiedy mogłam pomachać moim współtowarzyszom w niedoli, przepedałować te kilka ostatnich kilometrów i zacząć się pakować. Na wyprawę do Azji!

Pieniądze zaoszczędzone przez wakacje pozwoliły mi przetrwać w Azji 6 miesięcy, zwiedzić Indonezję, Malezję, Tajlandię, Laos, Wietnam i Kambodżę. Pozwoliły mi zobaczyć kawał prawdziwego świata, poznać żyjących tam ludzi, kulturę, historię. Pozwoliły mi spełnić moje marzenia. Czekając na odprawę, tuż przed wejściem do samolotu pomyślałam sobie: „Kurczę, teraz to chyba naprawdę jestem jak Cejrowski”.

 

Bangkok nocą
Bangkok nocą
Przemierzając Wietnam :-)
Przemierzając Wietnam :-)

* Opowieści Marysi będziemy przedstawiać w ramach cyklu „Świat ma Sens”. Prezentujemy w nim poruszające historie ze świata, przywołujemy inspirujące sylwetki osób, które małymi krokami zmieniają rzeczywistość oraz zachęcamy do odkrywania najbardziej niesamowitych zakątków naszego globu *