„Grabaż”: z naszych trzynastu kawałków cenzor zostawił tylko jeden

Szymon Piegza

- Z 13 naszych kawałków cenzor zostawił tylko jeden. W rozmowie z nim udało mi się wynegocjować jeszcze trzy: w tym „Bagnet na broń” Broniewskiego. Choć cenzor mówił, że to najlepsze teksty, które do tej pory czytał w Jarocinie, to nie może ich puścić – wspomina swoją walkę  z cenzurą podczas Festiwalu Jarocin Krzysztof „Grabaż” Grabowski. – Jeżeli ktoś uważa, że Polska w czasie PRL była niepodległym krajem, to tak samo będzie uważał, że w Jarocinie nie było wysepki wolności. My uważaliśmy inaczej – dodaje lider zespołu Ręce Do Góry, Pidżama Porno i Strachy na Lachy.

W rozmowie z portalem Polska Ma Sens, Grabowski wraca pamięcią do swojego pierwszego  występu na festiwalu. Razem z zespołem Ręce Do Góry po raz pierwszy przed jarocińską publicznością wystąpili w 1984 roku. Wtedy jeszcze na własnej skórze nie odczuli wpływu organu cenzorskiego.  – Nasz występ skończył się kompromitacją, zagraliśmy jeden kawałek na przesłuchaniu i koniec. Wtedy na przesłuchaniach nie było cenzury, bo jak mogła być? – pyta Grabaż.

Prawdziwe przetarcie miało miejsce dwa lata później, kiedy Ręce Do Góry od razu dostały się na dużą scenę. Zanim zespół wyszedł na scenę, organizator festiwalu Walter Chełstowski przyniósł niepokojącą wiadomość, że przez cenzorskie sito z 13 utworów przeszedł tylko jeden. Lider zespołu osobiście negocjował warunki z cenzorem. Udało się przepuścić kolejne trzy kawałki.

- W rozmowie z nim udało mi się wynegocjować jeszcze trzy: w tym „Bagnet na broń” Broniewskiego. Choć cenzor mówił, że to najlepsze teksty, które do tej pory czytał w Jarocinie, to nie może ich puścić. Pamiętam, że powiedział: „musisz mnie zrozumieć, gdybym się zdecydował je puścić, to by się równało przemówieniu Zbigniewa Bujaka do tłumu” – mówi w rozmowie z portalem Polska Ma Sens Krzysztof „Grabaż” Grabowski.

Jednak pomimo trudności, artyści dawali sobie radę z reżimem stosując różne wybiegi. Jednym z nich było posiadanie dwóch zestawów tekstów: „oficjalnych” i „oryginalnych”. – Później stosowaliśmy takie manewry, ale to było w czasie, kiedy cenzorzy byli bardzo wyczuleni na to, co się działo w Jarocinie. Ja też napisałem wtedy kilka takich tekstów, które nigdy nie były zaśpiewane – przyznaje Grabaż.

Dlaczego w stanie wojennym nie powstrzymano Jarocina? – Ponieważ coś z tą młodzieżą trzeba było robić. Nie można było trzymać przy pomocy godziny policyjnej i zakazu zgromadzeń. Dopiero tam na miejscu, jak się przyjeżdżało do Jarocina, to się czuło tak naprawdę jakąś siłę – dodaje.

Czym dla ówczesnego młodego zbuntowanego pokolenia był Jarocin? Według lidera Pidżamy Porno i Strachów na Lachy można było mówić o „szkole życia i przetrwania”.

- Jeżeli ktoś uważa, że Polska w czasie PRL była niepodległym krajem, to tak samo będzie uważał, że w Jarocinie nie było wysepki wolności. My uważaliśmy inaczej. Z drugiej strony trudno było mówić o wolności, bo ciągle obserwowała cię policja i za wszystko można było dostać wpierdol. Przecież oni bili kogokolwiek chcieli… Byliśmy młodzi, to była dla nas szkoła życia i przetrwania. Natomiast wyglądało to, jak wyglądało, czasami przeokrutnie – podsumowuje „Grabaż” Grabowski.

W piątek w Poznaniu swoją oficjalną premierę miał film JAROCIN, PO CO WOLNOŚĆ. To pierwszy pełnometrażowy film dokumentalny obejmujący całą historię festiwalu – od jego początków w latach 60. i 70. przez eksplozję popularności w latach 80. po trudne lata 90. i współczesność. Podróż przez kilka dekad ukazuje wyjątkową siłę muzyki, która staje się bohaterem i narratorem filmu. Film opowiadany jest nie tylko wspomnieniami rockowych buntowników i jarocińską ścieżką dźwiękową, ale także unikalnymi materiałami archiwalnymi i niepublikowanymi dotąd amatorskimi nagraniami.

W dokumencie znalazły się barwne opowieści osób, które występowały w Jarocinie, m.in.: Dariusza „Maleo” Malejonka, Pawła „Gumy” Gumoli, Grzegorza Kmity – Patyczaka, Tomasza Budzyńskiego, Roberta Brylewskiego, Krzysztofa „Grabaża” Grabowskiego, Marka Piekarczyka, Muńka Staszczyka, Kazika Staszewskiego. Głos zabrali również organizatorzy festiwalu, m.in. Walter Chełstowski i Jurek Owsiak, władze samorządowe Jarocina, a nawet ówczesny szef milicji. Portal Polska Ma Sens jest patronem medialnym filmu.

jarocin