Hanka Wójciak kocha

Góralska dusza, znakomite wiersze, głęboki głos i najgłębsze emocje. Nowa płyta Hanki Wójciak „Zasłona” jest jeszcze lepsza od debiutanckiej „Znachorki”, która wszak tyle recenzji dobrych zebrała.

Witold Bereś

Ks. Tischner mówił o góralach, że to naród artystów, bo co chata, to ktoś wiersze pisze, gdzie indziej gra i śpiewa, a jeszcze indziej – rzeźbi i maluje. Coś w tym jest, bo jedno z najciekawszych odkryć lirycznej muzy polskiej ostatnich lat pochodzi z Zakopanego (z samiuśkiej Łolczy, hej!).

Hanka Wójciak została zauważona przed kilkoma laty przez Jarosława Śmietanę, a kiedy w 2014 roku Radio Kraków wydało jej debiutancką  „Znachorkę”, rekomendował ją Muniek Staszczyk i Piotr Metz, a Mirosław Pęczak tak pisał w „Polityce”: „Dominantą jest tu niekoniecznie narzucająca się po pierwszym przesłuchaniu płyty góralszczyzna, ale szerzej: śpiewanie i granie słowiańskie. Ważniejsza jest tu melodia niż rytm, budowanie harmonii niż rytmiczne podziały. (…) To jest główny punkt odniesienia. No a poza tym nie byłoby o czym gadać, gdyby nie indywidualne przymioty tej świetnej śpiewaczki”.

Ma rację Pęczak, Bo Wójciak to osobowość (nie tylko sceniczna!) co się zowie! Nic dziwnego, że choć płyta to dzieło zbiorowe, to jednak – nad wyraz autorska. W każdym centymetrze sześciennym dźwięku, w każdej minucie słów… – zawsze śpiewa ta jedna, konkretna poetka z zakopiańskiej Olczy.

Nowa płyta piosenkarki jest jeszcze ciekawsza, bo – że tak powiem: gołym uchem – można usłyszeć: „Hanka jest zakochana”. Ale nie tylko w swoim mężczyźnie, który zdaje się – ważny jest dla niej : )

Bo choć Hanka Wójciak śpiewa o relacjach damsko-męskich z nutą bólu i zgorzknienia, to nie ulega wątpliwości, że kocha świat. Ale gdy śpiewa „na takie kochanie Tatry się dzwigajom”, to jasne jest, że jej świat musi mieć sens.

Tatry Tatrami, ale wielkim błędem było rozczytywanie Wójciak jako pieśniarki góralskiego folku. To płyta jak najbardziej współczesna. „Jesteśmy jak milion istnień / cali pokiereszowani / zdradzani i zdradzający / samotni i źle kochani / (…) I każdy, myślę, choć trochę / boi się prawdy o sobie”. Bo to wszystko dla tych, którzy kochali, kochają lub chcą się zakochać i miłości im brak. Czyli – dla wszystkich? A dla kogo nie?

Dla zagonionych. Zdenerwowanych. Zarobionych do bólu. A może inaczej – dla nich przede wszystkim. Ale nie mogą siadać do tej płyty w stanie „zarobienia się” aż do bólu. Trzeba za wszelką cenę złapać oddech, posłuchać tego, co szepcze wszechświat.

Nie słuchaj więc tej płyty w zgiełku. Nawet nie w tym fizycznym, tym zgiełku audio, głośności i wrzawie całego świata wokół… Ale przede wszystkim nie słuchaj tego, gdy masz zgiełk w sobie. Kiedy myślisz, skąd wziąć trzy miliony na kolejną inwestycję. I gdy cię gnębi, skąd przyjdą trzy stówki na rachunki. Odwrotnie – nawet  w hałasie usłyszysz te teksty, gdy będziesz miał/miała spokój w sobie, gdy skupisz się, wsłuchasz i pomyślisz. Bo piosenki Hanki Wójciak to niemalże doskonałe połączenie trzech warstw, które jakże rzadko dziś idą w parze. Ciekawa barwa głosu, ogromna liryczność interpretacji, muzykalność aranżacji, a nade wszystko – niepospolita poetyckość tekstów

Bo Hanka Wójciak to dla mnie Poetka przez duże P. A kiedy czytam (słucham) jej niejako tytułową piosenkę „Za-słona”:

„Więc jeśli kiedyś spytasz mnie / No co z ciebie za żona? / Odpowiem cicho / Zupa ta / Od łez, od łez / Za – słona”

- trudno nie odrzucić wzruszenia i chwili refleksji. Nie tylko nad innymi, ale i nad sobą?

Ja w każdym razie pieśniarce z Olczy za te emocje dziękuję. I to bardzo.