Hennelowa. Coraz więcej

Bo najnowsza książka Józefy Hennelowej to przede wszystkim Literatura przez wielkie L. Niby dziennik, choć tak naprawdę mądre, by nie rzec – oszałamiające, refleksje nad przemijaniem, trochę jak w późnych Dziennikach Marai’a.

Witold Bereś

„Coraz bliżej albo coraz mniej” Józefy Hennelowej. Co lepiej oddaje schyłek mądrego życia: bliżej czy mniej? Oczekiwanie na coś, co dla wierzących jest naprawdę ważne czyli spotkanie z Bogiem? Czy rozliczanie się z życia, którego coraz mniej?

Nieważne, bo to książka niezwykła i poruszająca jak mało która – również tych, którzy w spotkanie z Bogiem nie wierzą.

Formalnie rzecz biorąc, to po prostu dziennik od początku czerwca 2012 roku aż do dzisiejszości lutego, pisany przez Józefę Hennelową, nestora i równocześnie damę polskiego dziennikarstwa. Rzecz nie wieku autorki i jej trudnej dzisiejszej, osobistej sytuacji, gdy jej mąż odszedł kilka temu, a ona zwolna traci wzrok. Rzecz nawet nie w jej chwalebnej biografii – Wilnianka, w czasie II wojny światowej należała do Szarych Szeregów, od 1948 w krakowskim „Tygodnika Powszechnym” (z przerwą na czas zamknięcia przez komunistów redakcji), potem bardzo ceniona felietonistka tego pisma, współpracowniczka opozycyjnego Polskiego Porozumienia Niepodległościowego, przyjaciel Jana Pawła II, wreszcie posłanka w pierwszych latach wolności III RP i polityk Unii Demokratycznej. A dla niżej podpisanego (a i pewnie nie tylko dla niego) – jeden z ważniejszych autorytetów jakie miał okazję spotkać w swym życiu

*

„Chciałabym zatytułować te zapiski, ilekolwiek ich jeszcze powstanie, Coraz bliżej albo Coraz mniej. Co wybrać? Rozliczanie się z życia czy oczekiwanie na to, co naprawdę ważne? Czy to, że koniec życia coraz bliższy, czy to, że czasu zostaje coraz mniej — a to on jest zadaniem, od którego nie ma ani wymówki, ani usprawiedliwienia. (…) Bardzo dawno temu, chyba jeszcze przed wojną, uświadomiłam sobie, że nic nie jest ważniejsze niż to, co robię właśnie teraz. Setki razy uznałam tę konstatację za banalną, ale nigdy nie zdołałam jej zapomnieć. Bo to jest prawda, która nigdy się nie zmieni. Choć ciągle jeszcze nie wiem, czy pomocna.

Ranek niebieski i słoneczny, jak już od wielu dni”.

Prawda, jak mocne jest to zestawienie siły przemijania i uroku chwili?

Bo najnowsza książka Józefy Hennelowej to przede wszystkim Literatura przez wielkie L. Niby dziennik, choć tak naprawdę mądre, by nie rzec – oszałamiające, refleksje nad przemijaniem, trochę jak w późnych Dziennikach Marai’a. Gdzieś czasami przewinie się codzienność medialna. Np. kapitalne spostrzeżenie tuż po wynikach drugiej tury ostatnich wyborów prezydenckich, kiedy to zwycięzca dostał 8,6 mln głosów, a pokonany – 8,1 miliona: „Niewielka różnica uprawniałaby do obrony prawa do współistnienia, ale zdaje się, że tego się nie przewiduje”. Albo żal nad tym, że nowy Tygodnik Powszechny nic nie robi dla tych, którzy pismo stworzyli, odeszli do wieczności, a dziś nie są wspominani nawet przy okazji 70.lecia (sama autorka została w miękki sposób wypchnięta z redakcji).

Dominuje jednak namysł – nad codziennością, nad starością, nad emocjami, Bogiem wreszcie.

*

Jest też – jakże głębokie! – spostrzeżenie doniosłości milczenia.

„Jest taki wiersz Norwida, do którego wracam coraz częściej. Wiersz o milczeniu. O „królewskich milczeniach”, które bywają udziałem ludzi „smutnych, że aż Bogu smutno”. Jest w nim tajemnica, której dotykam, pytając, czym jest to milczenie. Zgodą czy świadomie wybranym losem? Mądrością ostatniego etapu czy doświadczeniem, które zna niewielu? Tajemnica pozostaje, chociaż pamięć nie pozwała na rozstanie z poetą. (…)

Gdy wspominamy kogoś bliskiego zabranego przez śmierć, wspominamy nie tylko to, co mówił niedawno, ale takie jego milczenie. Bo bardzo często ono właśnie jest sygnałem zbliżania się do granicy najważniejszej w ludzkim istnieniu, kiedy stosunek do słowa staje się zupełnie inny. (…) Ostatni wiersz zmarłego tak niedawno Marka Skwarnickiego (odszedł 12 marca 2013), zatytułowany »Starość«, to wiersz o tym, jak cichną telefony i pusta staje się skrzynka na listy. To druga strona tej samej rzeczywistości, w której zaczyna się milczenie”.

Trudno nie pomyśleć samokrytycznie: czyje telefony dziś z naszej winy milczą? Ale też w drugą stronę zadać pytanie trzeba: – Kto dziś milczy, choć jego głos by się liczył?.

*

 

Dla mnie jednak najbardziej inspirujące są fragmenty tyczące „Boga zagniewanego”.

„W Nowym Testamencie raz jeden tylko Chrystus ukazuje się nam jako uniesiony gniewem. To obraz świątyni, z której wyrzuca kupców i wszystkich nie-godnych tego miejsca. Już kiedy przemawia do faryzeuszy, a są to słowa bardzo twarde, nie musimy koniecznie odnajdywać za nimi Jego gniewu. (…) W liturgii Kościoła — i to zarówno tej oficjalnej, jak i przetworzonej przez pobożność ludową, która przekłada nauczanie pieśni i modlitwy dla wszystkich — ten Bóg zagniewany, Bóg Sędzia, jest obecny niesłychanie wyraziście, podobnie jak w sztuce malarskiej. Co szczególnie uderza, to jakby oczywistość nie tylko samego gniewu Boga, ale przekonania wiernych, że On ma prawo, by się na nas gniewać. Dotąd mam w uszach hymn śpiewany w kościołach wileńskich w Wielkim Poście, któremu towarzyszył szmer rzucających się na kolana ludzi. Pieśń zaczynała się słowami: »Przed oczy Twoje, Panie, winy nasze składamy…«, i mówiła o tym, że kara z rąk Boga zawsze jest mniejsza niż zło, które popełniliśmy. Ale równocześnie ten sam Bóg jest przypominany jako miłosierny i przebaczający. Jeszcze bardziej oczywiste jest — tak widoczne w pobożności ludowej – uciekanie się do pośredników, którzy potrafią Go przebłagać (wystarczy przypomnieć pieśń Serdeczna Matko dziś już coraz rzadziej śpiewaną). (…)

Pytanie o gniew nie odnosi się do obrazu przepaści między świętością Boga i naszym grzechem. Dotyczy zjawiska występującego w całej historii Kościoła, które tak dobrze znamy, także z własnych doświadczeń dzisiejszych. To gniew, po który sięgamy jak po swoje prawo, nie pytając, czy je rzeczywiście mamy. Czy człowiek wierzący to zawsze człowiek, który powinien wystąpić w taki właśnie sposób wobec każdego zła? Czy o jego gniewie na pewno zawsze wolno powiedzieć: »święty gniew«?

Wielka dama felietonistyki przenosi te rozważania na wyższy poziom, gdzie przypomina gniew wypraw krzyżowych zrodzonych z potrzeby protestu przeciwko czemuś, co odczuwane było jako obraza Boga. Ale jeszcze mocniej uderza Hennelowa, gdy zastanawia się czy tłum wpatrujący się w płonących na stosach heretyków, opanowany był świętym gniewem czy raczej potrzebą sensacji? Choć odpowiedź nasuwa się oczywista, autorka od niej odchodzi: „Nie ma innej odpowiedzi niż niepokój”.

I ta odpowiedź nie wprost też jest diabelnie silna.

Ale trudno zamknąć oczy i nie zauważyć, że jest i dzisiejszy „święty gniew”. A poczucie niepokoju w reakcji na to zjawisko byłoby jednak czymś zbyt małym – ja czuję „strach”. Strach nie przed Bogiem, w którego obecność nie wierzę, ale przed ludźmi, którzy przymiotnikiem „święty” zakrywają nie gniew – a nienawiść.