Hrabia Jacek

Witold Bereś

Jadano tak skąpo, że dzieci rzucały się na suchy chleb zostawiony przez gości po kolacji. Myślę, że ta forma oszczędności u ludzi skądinąd bardzo zamożnych, przybierała formy psychopatyczne. Choć to płynęło nie tyle ze skąpstwa czystego, ile z pewnej zasady, że dzieci trzeba chować ascetycznie i surowo.

felietonzyczliwy

– Nawet przy najskromniejszych środkach wiele rzeczy trzeba robić naraz: ani w życiu fizycznym, ani duchowym nie można pod hasłem »cukier krzepi«, zrezygnować z witamin, bo kiedy z braku witamin zęby wypadną, żadne przyszłe pigułki czy zastrzyki ich nie wrócą – napisał kiedyś Jacek Woźniakowski.

Życzliwość jest cechą ludzką, ale wszak nie każdy ją posiada. Miałem to szczęście, że w redakcji „Tygodnika Powszechnego” poznałem wielu bardzo życzliwych ludzi.

Profesor Woźniakowski był w redakcji na Wiślnej tym, który w niezwykły sposób, bez patosu i egzaltacji, potrafi bronić trudnych słów, wysokich wartości i pojęć – wydawałoby się – przestarzałych.

„Tęcza, rozpięta nad opadającymi wodami potopu i nad zbożnie i mozolnie zbudowaną arką; zwłaszcza zaś Nowe Przymierze – przywracają trudom człowieka ich sens i nadzieję, ale ich nie umniejszają ani nie gwarantują ich doskonałości. I to jest w symbolicznym skrócie sytuacja kultury: odnajdywanie, w jakimś stopniu współtworzenie sensu, wśród nieustannego, nieuchronnego ryzyka porażek”.
*

Jacek Woźniakowski (1920-2012) to jednak coś dużo więcej dla Tygodnika – i polskiej kultury – niż tylko światłe podejście do sztuki wysokiej. Jest pisarzem, dziennikarzem, wydawcą (współtwórcą i wieloletnim szefem wydawnictwa Znak), tłumaczem literatury pięknej, profesorem KUL i Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, politykiem wreszcie (choć od uprawiania polityki zawsze ucieka) – jako prezydent Krakowa w latach 1990-91. Uczeń szkoły w szwajcarskim Fryburgu, absolwent Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, w szeregach 8. Pułku Ułanów walczy we wrześniu 1939, kiedy zostaje ciężko ranny. Potem działa w konspiracji, by po wojnie ukończyć filologię polską i filozofię na UJ w Krakowie.

Przychodzi na świat w dworze dziadków – Marii z Rodakowskich i Marcjana Woźniakowskiego, a wśród jego przodków roi się od profesorów, artystów i pisarzy (pradziad – malarz Henryk Rodakowski czy dziad, Jan Gwalbert Pawlikowski, publicysta, historyk literatury, taternik, jeden z pionierów ochrony przyrody). Szczególną rolę odgrywa w dziejach rodu Dom Pod Jedlami na Kozińcu, gdzie bywali Żeromski, Reymont, Tetmajer, Modrzejewska, Staff, Orkan i Pigoń. Właśnie ów Jan Gwalbert Pawlikowski, zapalony wspinacz (wiele szczytów zdobywał jeszcze razem z Adamem Asnykiem), był twórcą idei Narodowego Parku Tatrzańskiego.

To jeden z powodów, dla których Woźniakowski zawsze będzie myślał o Tatrach – pisał o nich eseje łączące je z metafizyką i sztuką wysoką, ale też walczył o – słowo wówczas nieznane – ekologię. Do tego stanowiska będzie starał się przekonać posłów Znaku, proponując im, aby to szacunek dla przyrody polskiej był jednym z ich wyróżników politycznych.

Wychowywany jest przez guwernantki z Belgii i Szwajcarii, uwielbia jeździć konno i jest przeznaczony na spadkobiercę majątków rodzinnych (w tym pełnej szlachetnych koni ojcowskiej stadniny).

Profesor pamięta i to, że wychowanie w domach ziemiańskich było surowe:
„Jadano tak skąpo, że dzieci rzucały się na suchy chleb zostawiony przez gości po kolacji. Myślę, że ta forma oszczędności u ludzi skądinąd bardzo zamożnych, przybierała formy psychopatyczne. Choć to płynęło nie tyle ze skąpstwa czystego, ile z pewnej zasady, że dzieci trzeba chować ascetycznie i surowo. Dzieci musiały się uczyć wymagać od siebie. Coś z tej surowości w wychowaniu »bezetowskim« [byłych ziemian] niekiedy zostało. Pewna moja ciotka, która dzisiaj miałaby 120 lat, opowiadała mi kiedyś, że nie wolno im było chleba smarować jednocześnie masłem i miodem: to się uważało za rozrzutność”.
Do tego dochodził szacunek dla ciężkiej pracy. Kiedy młody chłopak zmęczony upałem usiadł kiedyś przy drodze, gdy obok pracowali żniwiarze, zaraz dostał od ojca burę: „Co ty robisz! Nie widzisz, że ludzie pracują?” Będzie po latach mówił, że już wtedy nie ulegało wątpliwości, że konieczne będzie przeprowadzenie reform społecznych, że musi zniknąć żenujący zwyczaj całowania przez chłopów pańskiej ręki. Że trzeba walczyć z polskim anachronizmem. Również z tym prezentowanym przez Kościół.

To dlatego zaraz po wojnie, nim jeszcze przekroczy progi Wiślnej 12, udaje się na czele studenckiej delegacji do kardynała Sapiehy, żeby powiedzieć mu, iż Kościół polski jest anachroniczny i trzeba go zreformować. Jak będzie po latach wspominał Woźniakowski, Sapieha stał malutki, w czarnej sutannie, na przodzie, a za nim prałaci, wspaniali, przyozdobieni łańcuchami. I to właśnie ci prałaci byli niemile dotknięci jego przemówieniem. „Widziałem, że coraz bardziej się naburmuszają, coraz bardziej nadymają. A Sapieha słuchał mnie z upodobaniem i kiedy skończyłem, rzekł: »Ale pan ciacha!«”.
Jest autorem ważnych książek [m.in.: Gór niewzruszonych (1974), Czy artyście wolno się żenić? (1978) oraz Ze wspomnień szczęściarza (2008)], tłumaczem (przełożył na przykład powieści Grahama Greena), laureatem mnóstwa honorów (w tym Krzyża Komandorskiego Legii Honorowej), członkiem dziesiątków ważnych instytucji (m.in. Papieskiej Rady Kultury czy Polskiego PEN-Clubu), a także współtwórcą ważnych organizacji (na przykład fundatorem, członkiem Rady „Fundacji Edukacja dla Demokracji”).

*

Opisując go, chętnie używa się zwrotu Europejczyk – skoligacony ze słynnymi na kontynencie rodami arystokratycznymi, sam identyfikuje się z ziemiańską tradycją, choć dystansuje od bezkrytycznego zachwytu nad wielkością rodu. Powie:
„Kiedyś, porządkując resztki dokumentów ocalałych z domowego medyckiego archiwum, bratowa mojej matki znalazła malutki notesik, wypełniony w części pajęczym pisemkiem mego pradziadka, Mieczysława Pawlikowskiego, który zanotował tam drobny fragment swojej rozmowy z Norwidem. Wydrukowaliśmy to w »Tygodniku Powszechnym« i posłaliśmy profesorowi Gomulickiemu, więc można ten tekst znaleźć w XI tomie Pism Wszystkich. Norwid powiedział m.in., że »chełpienie się z rodu bez wartości osobistej, to tak jak noszenie parasola bez płótna«. Genialnie to uderza we wszelkie w ogóle chełpienia się cudzymi zasługami czy cudzym rozgłosem! (…)

Snobizm bywa podobno czynnikiem postępu, ale w sumie jego bilans jest w Polsce negatywny. Zupełnie czym innym oczywiście jest krytyczne spojrzenie na tradycję i szukanie w niej tego, co warto zachować, ale także tego, czego kontynuować nie należy. Zdaje się, że dzisiejszy polski snobizm polega na ogromnej mitomanii: wymyśla się rozmaite tzw. sagi rodzinne i legendy… Często fałszują one nie tylko historię danego środowiska, która w istocie może być bardzo ciekawa, ale fałszują też rozumienie historii Polski, różnych głębokich jej konfliktów i rzeczywistych jej wartości”.

 

w ramach projektu „Życzliwa Polska ma Sens” – sfinansowano ze środków Fundacji PZU/Partner Fundacja PZU

logo-pzu