Ilość Kilerów musi się zgadzać

Wiadomo na kogo mamy być źli, komu możemy ubliżyć, kogo oskarżyć, a następnie ukarać. Tylko tak wymierzona sprawiedliwość jest w stanie zapewnić obywatelom spokojny sen.

Wypadek z udziałem premier Szydło, od którego minęło już kilka tygodni, znów objawił smutną prawdę o państwie rządzonym przez PiS. O państwie, w którym winny zawsze musi być człowiek z krwi i kości z konkretnym imieniem i nazwiskiem.

W państwie PiS wina musi zostać spersonalizowana. Wtedy łatwiej odczuwać irytację, gniew i wściekłość. Wiadomo na kogo mamy być źli, komu możemy ubliżyć, kogo oskarżyć, a następnie ukarać. Tylko tak wymierzona sprawiedliwość jest w stanie zapewnić obywatelom spokojny sen.

„Ilość Kilerów w więzieniach musi się zgadzać, bo ludzie muszą czuć się bezpieczni” – mówi w filmie „Kiler” nadinspektor policji do komisarza Ryby. Słowa te pasują także do dzisiejszych realiów. Współzależność pomiędzy przewinieniami a przestępcami zapewnia uznanie i szacunek, a każdy „Kiler” postrzegany jest jako sukces władzy i wyraz sprawnie działających służb. W takim państwie nikt nie może czuć się bezkarnie i musi się liczyć  z natychmiastowymi konsekwencjami.

Tylko, czy taka pogoń za statystykami i zgodnością pomiędzy ilością zdarzeń a winowajców nie zaślepia w prowadzeniu właściwego śledztwa, wolnego od uprzedzeń? Czy w tak rządzonym państwie możemy liczyć na dochodzenie dające pełny obraz sprawy, ujawniające przyczyny zdarzenia i dające szansę na ich eliminację w przyszłości?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że ten mechanizm nie działa w naszym państwie tak, jak należy. Zawodzi etap wyciągania wniosków i realnej naprawy tego, co źle funkcjonuje. Zazwyczaj zwołuje się konferencję prasową, podaje nazwiska, dochodzi do dymisji, głośnych zatrzymań i sprawy zostają zamknięte. Opinia publiczna otrzymuje wyraźny sygnał, że temat został wyjaśniony, a dalsze dociekanie nie ma już podstaw, ponieważ winni ponieśli odpowiedzialność. W takim scenariuszu prawda schodzi na dalszy plan.

Czy takie myślenie naprawdę jest sprawiedliwe? Czy to, aby przypadkiem nie jest droga na skróty dla uspokojenia własnego sumienia?

Zdaje się, że podobny mechanizm obserwujemy w przypadku 21-latka z Oświęcimia, kierującego samochodem seicento, który w piątek 10 lutego zderzył się
z rządową kolumną samochodów uprzywilejowanych, przewożących premier Beatę Szydło. Prawdopodobnie chłopak ten ponosi pewną odpowiedzialność za to nieszczęśliwe zdarzenie, ale czy należy go osądzać w oczach opinii publicznej już po niecałych 24 godzinach od wypadku, gdy wokół sprawy nieustannie mnożą się wątpliwości?

- Zalecałbym wstrzemięźliwość wszystkim tym, którzy zdołali osądzić o winie tego młodego człowieka. Być może będzie trzeba potem go przeprosić – podkreślał mecenas Władysław Pociej w rozmowie z TVN24, odnosząc się do zarzutów i oskarżeń, jakie natychmiast po wypadku zostały wymierzone w jego klienta.

W tej sprawie za dużo jest znaków zapytania, aby temat zamykać doszywając młodemu chłopakowi łatkę winnego wypadku z udziałem samej pani premier. Być może śledztwo wykaże, że jest winny, ale na to potrzeba czasu. W tej, jak i w każdej innej sprawie pochopnie wydany osąd czy wyrok może diametralnie zmienić życie osoby oskarżanej.

Niestety tę smutną i niebezpieczną praktykę polegającą na pobieżnym i krótkowzrocznym szukaniu sprawców w konkretnych nazwiskach obserwujemy w wielu sprawach, które partii rządzącej są nie na rękę, uwidaczniają jej zaniedbania, czy pomyłki. Publiczne naznaczenie kogoś winnym oczyszcza atmosferę i daje możliwość do zamknięcia tematu. W opinii publicznej utrwala się przekonanie, że sprawa została załatwiona i rozwiązana, a aparat państwowy działa skutecznie, ponieważ znalazł winnego i wymierzył sprawiedliwość.

Ale co jeśli w wielu przypadkach to nie jest takie łatwe i zerojedynkowe? Być może nie zawsze da się do winy przypisać jedno nazwisko, które odpowie za całą sprawę? Partia rządzącą zdaje się nie brać pod uwagę takiego scenariusza.

Poszukiwanie winnego z imienia i nazwiska to nic innego jak technika manipulacji znana w naukach społecznych jako metoda kozła ofiarnego. Obwiniamy kogoś i zrzucamy na niego całą odpowiedzialność w dużej mierze dla naszego komfortu psychicznego.

W stosowaniu tej metody przez partię rządzącą uwidaczniają się dwie przykre i nieakceptowalne kwestie. Przede wszystkim PiS sprawia wrażenie jakby nie mógł się pogodzić z sytuacją, kiedy dany wypadek bądź zdarzenie nie jest winą jednej konkretnej osoby, a wypadkową wielu niekorzystnych czynników, zaniedbań i pośpiechu. To z kolei prowadzi nas do drugiego – kluczowego aspektu. Niezależnie od tego, kto rządzi, w naszym państwie pełno jest niedbalstwa i myślenia „jakoś to będzie”. Niestety jak uczy historia ostatnich lat takie myślenie wielokrotnie zawodzi i obraca się przeciwko nam. Może warto przestać na siłę szukać winowajców, zmieniać kadry, publicznie piętnować osoby i przerzucać odpowiedzialność pomiędzy partiami, tylko przystąpić do rzetelnej pracy, realnie zmieniającej to, co zawodziło dotychczas. Kolejne głośne zwolnienie, zdegradowanie czy oskarżenie nam i nikomu innemu nie pomoże, a co więcej, choć brzmi to brutalnie – życia tym, których już nie ma, nie wróci.

Przykładów takich sytuacji jest wiele, począwszy od najtragiczniejszego, jakim jest katastrofa smoleńska, przez pękniętą oponę w samochodzie Prezydenta Andrzeja Dudy, czy sprawy niezwiązane ze światem polityki, czego przykładem może być niedawno zakończony proces lekarzy zajmujących się ojcem Zbigniewa Ziobry.

Czy znając nazwisko winowajcy łatwiej jest nam się pogodzić ze stratą, bólem, bądź agresją? Odpowiedź zdecydowanie brzmi tak, tylko czy to jest moralne? Czy wolno nam to zrobić jedynie dlatego, że jesteśmy u władzy? Czy to dobrze świadczy o państwie, które powinno bronić swoich obywateli? Władza na wiele pozwala, łatwo uzależnia, a granica między jej słusznym, a niedopuszczalnym stosowaniem jest niezwykle cienka.

W obozie Prawa i Sprawiedliwości daje się zauważyć tendencje do stygmatyzowania i osądzania osób. Być może dlatego sprawa wypadku w Smoleńsku wciąż tak bardzo doskwiera większości polityków partii Jarosława Kaczyńskiego. De facto nie ma wystarczających dowodów, aby obarczyć kogoś odpowiedzialnością za tę katastrofę. Oczywiście jest wszechobecna „wina Tuska”, ale chyba nie do końca taki efekt, chcieli otrzymać ci, którzy nakręcili tę spiralę oskarżeń i wątpliwych teorii. Opinia publiczna nie otrzymała jasnego przekazu, sąd nie wydał wyroku, co oznacza, że sprawa zakończona być nie może.

Prawdopodobnie dlatego też co miesiąc słyszymy z ust prezesa PiS słowa o nieustannym dążeniu do prawdy, o drodze, która już niedługo ma się zakończyć tryumfem. Tylko, czy ten tryumf własnego sumienia nie będzie przypadkiem tragedią drugiego człowieka? A może czas zrozumieć, że poszukiwana prawda tkwi w niedbalstwie, pośpiechu, przekonaniu o nietykalności i funkcjonowaniu ponad prawem? Prawda nie musi oznaczać przewinienia ze strony konkretnej osoby, której zniszczymy życie dla naszego komfortu i rozładowania negatywnych emocji.

Każda władza chętnie ulega pokusie wywierania wpływu i manipulacji. Jednak to partia obecnie rządząca szczególnie upodobała sobie opisywaną wcześniej technikę. Pełną odpowiedzialność za feralne zdarzenia ponosi ta osoba, którą publicznie naznaczymy mianem sprawcy – kozła ofiarnego.

Niestety często stosowanie tej metody świadczy o chęci odwrócenia uwagi od samej istoty problemu. A w konkretnym przypadku – piątkowego zdarzenia w Oświęcimiu – problem zdaje się bardzo duży lecz marginalizowany. Czy nasze państwo jest w stanie nas – obywateli ochronić, skoro nie chroni jednej z ważniejszych osób? Uznanie za winnego 21-latka nie odmieni tej sytuacji. Problem jest szeroki i do naprawy od zaraz. Ciągłe przepychanki polityczne, jak bardzo wyraźnie widać, nie służą naszemu państwu.

A obywatel w zderzeniu z państwem PiS ma naprawdę nikłe szanse.