Jak się ześwinić

Witold Bereś

 

felietonzyczliwy

Ulica. Jesień. Zimno i deszcz. Stary człowiek przycupnął pod sklepem z wyciągniętą ręką. Właściwie nawet jej nie wyciąga. Ręka jest okryta starymi szmatami, ale widać, że to jednak ropiejąca rana. Dobrze, powiedzmy i to – stary śmierdzi. Śmierdzi niezwykle.

Omijają go wszyscy. Ludzie gotowi są pomóc całemu światu, najchętniej głodującej Afryce, bo wojna, bo uchodźcy, bo AIDS. Idę razem z nimi, w całym tłumie, owszem, zmęczonym, marnie zarabiającym, może nawet wkurwionym.

Więc deszcz. To coś pod ścianą śmierdzi szczynami. A ja wkurwiony. Mało co wdepnąłbym w kałużę! W ostatniej chwili odskakuję w lewo i łukiem szerokim jak manewr oskrzydlający von Mannersteina omijam śmierdzące nieszczęście.

Właśnie ominąłem samego siebie.

 

 

 

 w ramach projektu Życzliwa Polska ma Sens, sponsorowanego przez Fundację PZU

logo-pzu