„Jestem mordercą.” Historia upadku

„Jestem mordercą” to pozycja obowiązkowa, kino w dużej mierze oczyszczające. Stawia przed nami ważne pytania i pozwala sobie przypomnieć oczywiste przecież odpowiedzi, których zapomnienia być może jesteśmy całkiem blisko.

„Jestem mordercą” to nie jest kolejny film o zabijaniu. Promowany był jako historia Zdzisława Marchwickiego – „Wampira” z Zagłębia, wszyscy znają jego losy, potwierdzenie ich dają już pierwsze kadry obrazu Macieja Pieprzycy, od początku widz ma pewność, że wszystko się dokona, że nie będzie niespodzianek. Nie Marchwickiego (w filmie pod nazwiskiem „Kalicki”) droga jest tu najważniejsza.

Historia najgłośniejszego śledztwa w historii PRL jest tak naprawdę historią upadku głównego bohatera – Janusza Jasińskiego, młodego milicjanta, któremu powierzone zostaje prestiżowe zadanie schwytania „Wampira”, najgroźniejszego przestępcy Związku Radzieckiego, który zamordował 12 kobiet, w tym – przy okazji – bratanicę I sekretarza PZPR. Winny musi się znaleźć, nie ma wyjścia, wyrok został już wydany, trzeba tylko wpisać nazwisko, a jeżeli zabójstwa faktycznie ustaną – tym lepiej. Brawurowo grany przez Mirosława Haniszewskiego Jasiński wie, że od tego zależy jego kariera.

Główny bohater zaczyna z czystą kartą, on naprawdę chce złapać mordercę, chce, by fala zabójstw ustała, po każdym kolejnym jest w coraz gorszym stanie, każde kolejne zbliża go też do odsunięcia od sprawy. Zdecydowanie nie świta mu jeszcze, nie kiełkuje nawet myśl, że dzięki sukcesowi mógłby załatwić paszport przyszłej kochance.

z20712699q-jestem-morderca-kadr-ze-zwiastuna-filmu

Historia najgłośniejszego śledztwa w historii PRL jest tak naprawdę historią człowieka, który ulega pokusie sukcesu. Oraz wszystkiego, co ze sobą niesie. Okoliczności usprawiedliwiających jest wiele: presja, prestiż, porażka, pieniądze, przyszłość, perspektywy… Ale gra toczy się o ludzkie życie.

„Jestem mordercą” to kino angażujące  do granic, są sceny, gdy z zaciśniętymi pięściami widz walczy ze sobą, by nie wykrzyknąć, że już wystarczy, że nie chce więcej, że uwierzył i wie, że człowiek może posunąć się do okropnych rzeczy. I to właśnie największa siła obrazu Pieprzycy. Nie ma w nim brutalnych scen, nie ma epatowania okrucieństwem, to film dość łagodny jak na opisywaną historię. A jednocześnie prowadzi widza nad samą przepaść i każe skakać wraz z głównym bohaterem. Odruchowo chcemy, żeby Jasiński się cofnął, chcemy razem z nim poczuć ulgę, jednak decyzję może podjąć  tylko on.

Nie ma sensu rozpisywać się nad poszczególnymi elementami filmu, nad geniuszem Jakubika i Kuleszy, nad świetnym Adamczykiem, nad dobrze prowadzoną narracją. „Jestem mordercą” to pozycja obowiązkowa, kino w dużej mierze oczyszczające. Stawia przed nami ważne pytania i pozwala sobie przypomnieć oczywiste przecież odpowiedzi, których zapomnienia być może jesteśmy całkiem blisko.