Jesteśmy słabi, bądźmy chociaż męscy

Janusz Schwertner

Futbolowych symulantów pełno jest we wszystkich ligach. Ale skupmy się na własnym podwórku. Z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że w Ekstraklasie wszyscy jesteśmy od lat nieszczęśliwie zakochani. Wobec tego – mimo że nie dostajemy nic w zamian – ciągle jej dobro leży nam na sercu.

- Ja po prostu nie chciałbym umrzeć bez kilku blizn – mówi jeden z bohaterów „Podziemnego Kręgu”, doskonałego filmu Davida Finchera z 1999 roku. Przywołuję ten cytat, bo nic mnie tak nie denerwuje w piłce – zwłaszcza polskiej – jak futbolowi symulanci. Nawet nie ci, którzy wymuszają karne; chodzi raczej o błaznów, którzy w ferworze „walki” – zapominają i o szacunku dla rywala, i o własnym honorze. Dlatego ten tekst – to apel. Możemy się pozbyć symulantów.

Futbolowych symulantów pełno jest we wszystkich ligach. Ale skupmy się na własnym podwórku. Z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że w Ekstraklasie wszyscy jesteśmy od lat nieszczęśliwie zakochani. Wobec tego – mimo że nie dostajemy nic w zamian – ciągle jej dobro leży nam na sercu.

I druga sprawa: zachodnie ligi również bywają szpecone przez brudne zagrywki symulantów, ale – one zazwyczaj szybką blakną wobec piękna, dynamiki, wirtuozerii, emocji, z jakimi mamy do czynienia oglądając Premier League czy Primera Division. A polska liga jest słaba. Postarajmy się więc o to, by chociaż była męska.

Jestem zwolennikiem teorii, zgodnie z którą futbol to teatr. Fascynuje mnie to, w jaki sposób każdy uczestnik piłkarskiego meczu odgrywa swoją rolę. Zawodnicy, sędziowie, kibice, trenerzy. Brazylijczycy tańczący sambę po zdobytym golu; Pierluigi Collina widowiskowo grożący palcem Zidane’owi; meksykańscy fani tworzący niezwykłą falę radości; gestykulujący tylko z sobie znanym temperamentem Mourinho. Tylko ktoś, kto nie miał okazji tego poczuć, może stwierdzić, że futbol to tylko dyscyplina sportu.

Nawet Arjen Robben, uczony od dzieciństwa jak „dobrze upaść” – starający się naciągnąć sędziego na rzut karny – jeszcze mieści się w kanonach tego, co tworzy niesamowitość piłki nożnej.

I tylko jedno czasami wywołuje zniesmaczenie: to piłkarscy udawacze, symulanci, w istocie boiskowe błazny. Zawodnicy, którzy na skutek lekkiego odepchnięcia przez rywala padają na ziemię niczym rażeni piorunem; piłkarze, którzy zwijają się z „bólu”, równocześnie wysyłając uśmieszki do kibiców; wszyscy ci, którzy oglądając siebie później w telewizji, widzą nie mężczyzn, a żałosne panienki.

Należy wyznaczyć jasną granicę: każde zachowanie zawodnika, które nosi znamiona oszustwa, a równocześnie może przynieść szkodę rywalowi – powinno być surowo piętnowane. Czyli: gdy piłkarz X w ferworze emocji zostaje lekko muśnięty w twarz przez piłkarza Y, po czym na oczach sędziego pada na murawę, jak gdyby przed momentem spotkał się z pięścią Władimira Kliczki – musi być natychmiast ukarany! W porządku, upomnijmy agresora żółtą kartą, ale tego, który CHAMSKO UDAJE – wyrzućmy z boiska (za chwilę udowodnię, że przepisy na to pozwalają). Karzmy więc za oszustwo. Błazenadę. Zły przykład. Brak męstwa.

Nie chcę sięgać teraz po konkretne przykłady z naszych boisk i znęcać się nad poszczególnymi ligowcami. Ale do historii – tej, której nie należy powtarzać – powinien przejść Łukasz Teodorczyk. Być może pamiętacie jego wyczyn z sezonu 2012/2013. Tak opisywałem tę scenkę w artykule „Aktorzy swoich marnych widowisk”:

Naprzeciw siebie drużyny Polonii Warszawa i Lecha Poznań. Niezłe widowisko sportowe i… oscarowa rola Łukasza Teodorczyka. Napastnik Czarnych Koszul najpierw nieładnie fauluje Luisa Henriqueza, a chwilę później wymienia z Panamczykiem kilka uprzejmości. Obaj przyjmują pozycje rodem z bitwy kogutów. Napięcia pierwszy nie wytrzymuje Henriquez, który wykonuje w kierunku Teodorczyka nieznaczny ruch głową. Ten z lekkim opóźnieniem w końcu pada na ziemię. Wije się po murawie, jakby chwilę wcześniej zetknął się z żelazną pięścią któregoś z braci Kliczków.

Radzę wszystkim odkopać sobie tę sytuację. Każdemu z Was ulży, że nie byliście w tej sytuacji Teodorczykiem.
Tamta sytuacja była ostrzeżeniem, zwłaszcza dla trenerów młodzieży: tak zwanego piłkarskiego cwaniactwa nie należy uczyć aż do przesady! Doprawdy, są granice. Zasady SZACUNKU DO RYWALA i MĘSTWA, w hierarchii boiskowych zachowań plasują się tysiące mil przed cwaniactwem.

Rozmawiałem kiedyś na ten temat z ludźmi sztuki, równocześnie wielkimi fanami piłki. Szybko poprosili mnie, żebym w kontekście futbolowych symulantów nie używał sformułowania: „aktorzy”. Mieli rację. Reżyser Jerzy Fedorowicz tłumaczył mi to tak: „Sztuka aktorska wymaga niezwykłej pracy i talentu. A to, co nieraz prezentują zawodnicy, nie ma z tym nic wspólnego”. W punkt.

Jeszcze trafniej Pablopavo, warszawski artysta, członek grupy Vavamuffin. O Teodorczyku: „To jest niemęskie. Gdyby ktoś coś takiego zrobili na stadionach angielskich, to wszyscy by się z niego śmiali przez trzy kolejne sezony. Żenada. Czasami trzeba być cwaniakiem, ale nie wolno być panienką”.

Nie mam pojęcia, dlaczego na piłkarskich symulantów wciąż przymykamy oczy. I to wcale nie wina przepisów, te są w tej materii jasne! Sędzia ma pełne prawo, by zawodnika, symulującego upadek, dążącego swoim zachowaniem do ukarania kartką rywala – wyrzucić z boiska. Jeszcze raz odwołam się do jednej ze swoich starych rozmów.

Michał Listkiewicz: – Wszystko idzie w tym kierunku, by piętnować zawodników, chcących wymuszać pokazanie kartki rywalowi. Kiedyś „symulant” to był ktoś, kto stara się nabrać sędziego na rzut karny. Obecnie liczy się sam fakt oszustwa, niezależnie od tego, w jakim fragmencie boiska ma ono miejsce.

Co za tym idzie – jesteśmy już gotowi na to, by z większą pobłażliwością traktować tych, którzy dali się sprowokować, a jak najsurowiej karać zawodników bezczelnie oszukujących sędziego, rywala i cały stadion.

Mówmy o tym jak najwięcej. To świetnie, że panowie Tomasz Smokowski, Andrzej Twarowski i Sławomir Stempniewski wychwytują w „Lidze+Extra” mistrzów „sztuki padolino”. Ale idźmy krok dalej i zdecydowanie potępiajmy każdego, kto na boisku przekracza granice dobrego smaku. Będzie z tego pożytek dla wszystkich. Zwłaszcza dla młodych dzieciaków, którym warto przypominać, że „boiskowy savoir vivre” – wciąż obowiązuje.

Panie Zbigniewie Przesmycki, to apel do pana. Nauczmy sędziów, by „oszustwa ze szczególną dozą błazeństwa” karać w sposób najsurowszy. Minie chwila, a pozbędziemy się futbolowych panienek raz na zawsze.

Materiał ukazał się wcześniej w serwisie internetowym footbar.org