Karuzela z wariatami

Izabela Majocha

W ramach cyklu "Twój głos ma sens", publikujemy tekst Izabeli Majochy, studentki III roku dziennikarstwa. "Na każdym z festiwali jest pole namiotowe, są występujący artyści, budki z jedzeniem czy rzędy toi-toiów. Jednak to zupełnie inny czynnik może świadczyć o wyjątkowości każdego z nich. Czynnik ludzki" - pisze Izabela.


Wojtek pojechał na Cieszanów między innymi po to, by móc w ścianie śmierci kopnąć glanem kumpla w twarz. Ściana to element pogo, w którym
dwie grupy (istnieją przypadki, gdy grup jest więcej) ludzi stają naprzeciw siebie i na określony sygnał nacierają na ludzi stojących przed nimi. Beata zdecydowała się na wyjazd na Woodstock pół godziny przed odjazdem pociągu. Czterdziestoletni prokurator, głowa rodziny, pojechał na Jarocin, aby powspominać czasy nastoletniego buntu.

 

Na każdym z tych festiwali jest pole namiotowe, są występujący artyści, budki z jedzeniem czy rzędy toi-toiów. Różnią się ceną biletów, długością trwania czy miejscem w którym się odbywają. Jednak to zupełnie inny czynnik może świadczyć o wyjątkowości każdego z nich. Czynnik ludzki. Dziewczyny odsłaniające swoje zakolczykowane i pomalowane niebieską farbą piersi. Chmary długowłosych facetów, a co drugi ma na imię Jezus. Uśmiechnięta zielonowłosa dziewczyna w wysoko zasznurowanych glanach, która w trakcie pogo podnosi cię z ziemi. Miłość twojego życia, którą poznałeś w kolejce do Lidlowej kasy. Właśnie na festiwalach to wszystko staje się rzeczywistością.

zdj. Krzysztof Nowak
zdj. Krzysztof Nowak

Pierwszy raz na festiwalu muzycznym byłam pół roku temu. Wraz z chłopakiem i znajomymi pojechałam na oddalony zaledwie dwie godziny drogi busem Cieszanów Rock Festiwal.W większości „świeżo pełnoletni”, chcieliśmy zasmakować w wolności i beztrosce. Z dala od rodziców wypić kilka(naście) piwek w plenerze i pośpiewać piosenki Braci Figo Fagot. Poznać ciekawych ludzi. Zrobić koledze irokeza z puszek po piwie (użyliśmy do tego ośmiu Tyskich i jednego Żubra. Przypadkowi ludzie chętnie robili sobie z nim zdjęcia i podpisywali na jego koszulce.)

Droga

Nasza Cieszanowska Drużyna Pierścienia, licząca niczym po śmierci Boromira osiem osób, została rozdzielona już w Rzeszowie. Połowa (wraz ze mną) zapakowała się do ostatniego w tym dniu malutkiego busa, a reszta musiała niestety poszukać innego transportu. Szczęśliwie, aczkolwiek nieszczęśliwi, dotarli na pole namiotowe tuż przed zamknięciem bramek. Grzegorz, czyli jeden z pozostawionych mówi, że wcale nie było to łatwe.

Usiłowaliśmy busem lub autobusem, ale nic nie było. Pojechaliśmy pociągiem do Jarosławia, w Jarosławiu czekaliśmy trzy h na pociąg do Lubaczowa, a z Lubaczowa stopem.”

Michał z facebook’ owej grupy „Cieszanowskie Misie Pysie” swoją drogę na festiwal wspomina o wiele przyjemniej.

„Jadąc stopem 2 lata temu na Jarocin tak zagadałem się z kierowcą tira na temat II WŚ,
że stwierdził, że pokaże mi pierwszy lej po pierwszej bombie jaka spadła na terytorium Polski 1 września w godzinach porannych. Wpierdolił się w okolicach Wielunia całym zestawem polną drogą w zaorane pola i mi pokazał.  A wyjechał z drugiej strony na jakąś inną drogę.
Ps. Przez niektórych historyków to Wieluń a nie Westerplatte było pierwsze.”

Kopalnią ciekawych historii jest również pociąg Woodstockowy. Na forum festiwalowym, użytkownik o nicku „akurat” pisze, że szczególnie zapadło mu w pamięci malowanie markerami.

„Wszyscy wyszli prawie czarni. Większość tekstów głupia, ale ktoś mi napisał na przykład „ten pociąg nie pojedzie, jeśli ty w nim nie będziesz”.”

Inni opowiadają o dwóch starszych, na oko 60 letnich kobietach, żywiołowo tańczących na środku przedziału. Małżeństwie, które świętowało 35 lecie ślubu. Beata, koleżanka z roku, wspomina chłopaka, który żeby nie płacić za bilet schował się pod siedzeniami i zasłonił bagażami. Do dziś zastanawia się, jakim cudem on się tam zmieścił. Opowiada również o niesamowitej życzliwości i szczodrości innych pasażerów. Nawet nie mając kropli swojego alkoholu, możesz wysiąść na peronie kompletnie pijany.

Co ludzie mają w baniach

Dojechaliśmy. Rozstawiliśmy stary namiot mojej mamy używając tylko trzech śledzi i wypiliśmy po trzy na głowę, przemycone przez siatkę, Perły.

I co teraz? Czas na integrację! W drodze do Cieszanowa, nasi pozostawieni na dworcu towarzysze poznali dwóch „ślunzaków”. Rozstawili swoje namioty koło nas i tak już zostało do końca. Żartom o Sosnowcu, naśladowaniu Boczka z kiepskich i wspólnym śpiewaniu śląską gwarą nie było końca. Na Cieszanowskim polu namiotowym widziałam wiele barwnych postaci. Szczególnie zapadł mi w pamięć Doktor Chlaus. Młody chłopak, ubrany w biały lekarski kitel i z burzą rozczochranych włosów na głowie. Wędrował on po polu i leczył wszelkie schorzenia piwem.

„Przed wyjazdem znaleźliśmy z bratem kitel laboratoryjny a że wiedzieliśmy że można by było zrobić z niego dobry użytek to wzięliśmy go ze sobą i tak się złożyło że chodząc po polu namiotowym w tym kitlu ludzie zapraszali mnie na „degustacje” piw bądź innych alkoholi. Im dłużej wędrowałem po polu namiotowym tym więcej ludzi zaczynało mnie rozpoznawać i pewnego razu gdy siedziałem obok budek z piwem ktoś krzyknął do mnie „Hej to ten doktor co z nami chlał … Doktor Chlaus”