Kochaj siebie to pomożesz

Witold Bereś

felietonzyczliwy

 

 

Nigdy nie lubiłem Anthony de Mello.
 

Przypomnijmy: ten zmarły pod koniec lat 80. hinduski jezuita, psychoterapeuta i mistyk lubił o sobie mówić per „chrześcijanin Wschodu”. Zwykł łączyć tematy z dziedziny duchowości z tradycyjną mistyką europejską i z myślą Dalekiego Wschodu. I faktycznie wiele zrobił technik psychoanalizy i medytacji.
 

Nie lubiłem go nie za to, za co zwalcza go Kościół tradycjonalistyczny, widząc w nim (prym wiódł ponury kardynał Ratzinger, późniejszy papież) niedopuszczalne odejście od doktryny katolickiej w stronę religii Wschodu (buddyzmu, taoizmu) i panteizmu.
 

Tymczasem poglądy religijne Mello były ciekawe: choćby traktowanie Pisma Świętego i innych świętych ksiąg oraz wszystkich religii wyłącznie jako informacji służącej do osiągnięcia wewnętrznego spokoju, która interpretowana nieodpowiednio jest przeszkodą w dążeniu do Prawdy i czyni ludzi agresywnymi oraz ograniczonymi.
 

Bardziej mnie irytuje jego egzaltacja: wszyscy wszystkich kochają, a jego główna maksyma brzmiąca „Niczego się nie wyrzekać, do niczego się nie przywiązywać” wydawała mi się infantylna.
Ale jest też myśl de Mello bardzo mi bliska: „Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić udzielając komuś pomocy, jest zapomnieć o sobie”.
 

Tak – pomagajmy innym poprzez siebie,
Tylko to będzie skuteczne.

 

 

 

w ramach projektu „Życzliwa Polska ma Sens” – sfinansowano ze środków Fundacji PZU/Partner Fundacja PZU

logo-pzu