Kocham cię jak Irlandię

Witold Bereś

Gdy Kobranocka gra „Czy mi to kiedyś wybaczysz / Działałem tak nieporadnie / Czy to dla Ciebie coś znaczy / Że kocham Cię jak Irlandię…”, zastanawiam się, kiedy zaczęła się miłość naszego pokolenia do Zielonej Wyspy? Najpierw była muzyka?

felietonzyczliwy

Trafiłem w Internecie przypadkiem na Fundację Kultury Irlandzkiej – niby gdzie Rzym, gdzie Krym?

A jednak z Irlandią Polskę łączy wiele – i nie myślę li tylko o emigracji zarobkowej, marzeniach byłego premiera o Polsce jako drugiej zielonej wyspie w Europie, ale o kulturze z Eire, tak nam bliskiej.

Gdy Kobranocka gra „Czy mi to kiedyś wybaczysz / Działałem tak nieporadnie / Czy to dla Ciebie coś znaczy / Że kocham Cię jak Irlandię…”, zastanawiam się, kiedy zaczęła się miłość naszego pokolenia do Zielonej Wyspy? Najpierw była muzyka?

Może to wtedy, gdy po stanie wojennym robiliśmy wszystko, aby się nie dać komunie, a ktoś puścił na skrzypiącej taśmie kasetowej niejakiego Bono? Śpiewał „New Year’s Day”: “Nothing changes on New Year’s Day / On New Year’s Day / I will be with you again…”. Szeptaliśmy, że U2 zrobiło ten kawałek pod wpływem stanu wojennego, że są z nami…

Tak – muzyka stamtąd była ważna. Był Chris de Burgh i jego “Lady In Red”, seksowna Sinead O’Connor…  A jeszcze Bob Geldof, który wielkim muzykiem nie był, ale z największymi robił mega–koncerty charytatywne.

Może fascynacja Irlandią zaczęła się, gdy pierwszy raz sięgnęliśmy po „Ulissesa”? Przejść przez to: prawie niemożliwe. Lecz wyszukać na ostatnich stronach scenę wizyty Blooma w burdelu – fajne wyzwanie. Dowiedzieliśmy się też, że Irlandczykami był G. B. Shaw (Nobel) i Oscar Wilde. Pierwszego ceniliśmy za aforyzmy (podobało się nam „Patriotyzm to przekonanie o tym, że jakiś kraj jest lepszy od innych dlatego, że ja się w nim urodziłem”), a drugiego za „Portret Doriana Graya”.

Było też szok wywołany „Grą pozorów” Neila Jordana (w obyczajowo ciemnej Polsce scena seksu bohatera z transwestytą – to było coś!) i tegoż autora portret Michaela Collinsa – na poły bohatera, na poły rewolucjonisty. Było „W imię ojca” Jima Sheridana opowiadający – a jakże – o granicy między walką a terroryzmem. Pojawiła się prawdziwa mega-gwiazda kina światowego czyli Colin Farrell w „Telefonie” („Phone Booth”).

No i znowu pamiętać trzeba o irlandzkiej literaturze! Tej z czasów zamierzchłych: Joseph Sheridan le Fanu – genialny autor powieści grozy. Z czasów dawniejszych: William Butler Yeats, poeta i noblista, który świadomie określał się jako „irlandzki”. Z czasów nowych: geniusz teatru absurdu i twórca klasy światowej czyli Samuel Beckett (tenże Nobla nie przyjął). A z czasów najnowszych John Banville (Nagroda Bookera) i wielki Seamus Heaney (znowu Nobel!), poeta który pokochał Kochanowskiego, Miłosza, Herberta…

No już dobrze – skończmy to nadymanie się i powiedzmy prawdę: wyżej od irlandzkiej kultury pokochaliśmy w wolnej Polsce Irish puby i Dzień Świętego Patryka. Bowiem dostaliśmy ciężkie stouty, ciemne, goryczkowe, z genialną pianką (z najsłynniejszym Guinnesem, ja wolę Murphy’s), a i lżejsze bittery (bursztynowe Kilkenny nie jest złe). Lecz tygrysy najbardziej lubią w pubach szklaneczkę (no dobrze, kilka szklaneczek…) whiskey. Spór między Jamesonem („dżemsonikiem”, jak mawia się pieszczotliwie), Bushmills i Tullamore Dew nie znajdzie oczywistego rozstrzygnięcia, ale też jest to rywalizacja na poziomie ekstraklasy – i to nie polskiej…

w ramach projektu „Życzliwa Polska ma Sens” – sfinansowano ze środków Fundacji PZU/Partner Fundacja PZU

logo-pzu