Pożegnanie z przyjacielem

Bartosz Suchecki

Autorem tekstu jest Bartosz Suchecki, prowadzący bloga  Aleja Cyprysowa . Serdecznie zapraszamy do odwiedzin! 

Niedawno z okazji Wszystkich Świętych nagrałem audycję o śmierci. Chciałem, żeby smutku było w niej jak najmniej, a jak najwięcej spokoju i nadziei. Dlatego przywołałem dwóch muzyków, którzy przywracali w moim świecie równowagę tak często, że traktowałem ich niemal jak przyjaciół. Odejście Davida Bowiego było przepełnione symboliką, jakby wyreżyserowane. Zniknięcie Prince’a było znów niespodziewane, bo i wydawało się, że czas go w żaden sposób nie dotyczy. Oba pożegnania smuciły, ale nie pozwolały popaść w otępienie. Bowie i Prince inspirowali bowiem do walki z przeciwnościami, szukania własnego miejsca.

W poszukiwaniu spokoju i nadziei wśród ciemności nie mogło zabraknąć jeszcze jednego z moich duchowych kompanów. Mniej barwnego, który sam siebie opisał jako „leniwego skurczybyka w garniturze”.

O śmierci Leonarda Cohena dowiadujemy się kilka dni po fakcie. Kanadyjczyk nie zabiegał o uwagę świata, kilka lat spędził nawet w izolacji w górskim klasztorze. Moją uwagę szczęśliwie przykuł na dobre. Nie wiem, czy była to nieśmiertelna „Hallelujah” czy popularne w kraju „Dance Me to the End of Love”, a może „In My Secret Life”. Faktem jest, że po jakimś czasie od pierwszego spotkania trafiłem na jego wczesne kompozycje.

Zaimponował mi żartem, ironią wyzwalającą z okowów powagi. Zachwycił lapidarnością. Jego zwięzłe wersy zostawały w pamięci przede wszystkim za sprawą muzyki, ale jak się przekonałem, potrafiły też przemówić z papieru.

Wracałem do niego, kiedy przerastało mnie tempo. Potrafił naginać zasady wyścigu. Sugerował, że nie zawsze pierwszy jest zwycięzcą. Wydawał się ostoją, panem swojego przeznaczenia.

Jednak nade wszystko, Cohen to człowiek, który mimo fascynacji ciemnością, zawsze będzie mi się kojarzył z ciepłem i światłem.

We wspomnianej na początku audycji mogłem wybierać z szeregu utworów, bo Cohen o śmierci pisał i śpiewał często, szczególnie w ostatnich latach. Nieraz poważnie, częściej z humorem, strachu nie wyczuwałem. Pomimo lekkości, z którą traktował temat opuszczania naszego świata, przybliżyłem wtedy jego oblicze romantyczne. Leonard Cohen sam żegnał w tym roku przyjaciółkę serca. Marianne Ihlen poznał na greckiej wyspie Hydra w latach sześćdziesiątych. Szybko stałą się jego muzą. W lipcu tego roku 81-letnia Marianne zmarła w Oslo. Kiedy Cohen dowiedział się o tym, że Ihlen przegrywa z białaczką, pospiesznie wysłał do niej list.

Marianne, dożyliśmy czasu, kiedy jesteśmy naprawdę starzy, nasze ciała się rozpadają i myślę, że dołączę do ciebie już wkrótce. Wiedz, że jestem tak blisko za tobą, że jeśli wyciągniesz dłoń, pewnie dosięgniesz mojej. Zawsze kochałem cię za twoje piękno i twoją mądrość, ale nie muszę mówić nic więcej, ponieważ ty o tym dobrze wiesz. Teraz chcę ci tylko życzyć dobrej podróży. Żegnaj, przyjaciółko. Nieskończonej miłości, do zobaczenia niebawem.

Poruszył mnie po raz kolejny. Spisał słowa oczywiste, o rzeczach, które ona wiedziała. Teraz zgodnie z obietnicą poszedł w jej ślady.

Leonard, dożyłeś godnego wieku, chociaż uważam, że należało ci się więcej. Dzieliły nas dekady, a ty i tak wydawałeś mi się bliski. O tym, że wielbiłem cię za twoje piękno i mądrość nie mogłeś wiedzieć. Mógłbym pisać więcej o twoich darach, ale, jak przystało na skurczybyka w garniturze, ubiegłeś mnie.

Żegnaj, przyjacielu.