Mój dzień z Bohdanem Smoleniem

Janusz Schwertner

Jestem z Panem, Panie Bohdanie, bo Pan - sam żyjąc z bólem - dbał o porządek tego świata. Z błyskiem w oku, którego nie zapomnę.


Napisałem ten tekst w kwietniu, gdy Pan Bohdan ciągle walczył o życie. Odszedł dzisiaj, 15 grudnia 2016 roku. I w mojej, i w pamięci bardzo wielu Polaków, zostanie na zawsze.

Miałem okazję poznać go jako młody chłopak, mniej więcej dekadę temu. Spędziliśmy razem jeden dzień. Zmęczony, już chorujący Smoleń raz uśmiechnął się od ucha do ucha. Raz zaświeciły się mu oczy.

Pamiętam obraz tego statecznego człowieka, który kołysząc się na fotelu, sam niemal w całości pokryty gęstym kłębem papierosowego dymu, z niezwykłym spokojem spoglądał w moim kierunku. Był jakby nieobecny, wycofany, tak jakby miał w sobie pewien rodzaj gniewu, że wciąż musi toczyć walkę z własnym życiem.

Później dopiero poznałem jego historię, która w większej niż mniejszej mierze składa się z momentów dramatycznych. Jak wiele można przetrwać, jak często upaść – a jednak żyć, mimo wszystko?

Równocześnie na własne oczy zobaczyłem, jak cudownym dziełem jest fundacja, którą prowadzi. I o ile świat jest piękniejszy dzięki każdej udanej hipoterapii przeprowadzonej w Baranówku. Gdzieś zupełnie poza codzienną rzeczywistością, za sprawą Smolenia udawało się pomagać dzieciom niepełnosprawnym, wykorzystując niezwykłe możliwości koni. Wtedy zastanawiałem się i podziwiałem, jak wiele dobra można uczynić w absolutnej ciszy.

Smoleń, którego miałem okazję poznać w dzieciństwie, to jednak przede wszystkim kilka godzin spędzonych wspólnie. Wtedy, w Baranówku, zaproponował mi przejażdżkę. Sądziłem, że zaraz wsiądziemy w auto i pojedziemy zwiedzić okolice. Ale plan Smolenia był inny: z garażu wyciągnął quada, a mnie przekazał kluczyki. I rzeczywiście ruszyliśmy w okolice, ale po największych pagórkach, wertepach i bagnach.

Moje pierwsze safari w życiu, pod okiem Bohdana Smolenia.

Nie wiem, czy opowiedział kiedyś o tym publicznie, ale przy sobie miał też strzelbę. Zaintrygowało mnie to, pamiętam, gdy powiedział, że służy mu ona do strzelania do złych ludzi.

W okolicach Baranówka grasowali nielegalni kłusownicy, którzy dla własnej uciechy, zadawali śmierć żyjącym w okolicy zwierzętom. Pokiwałem głową tak, żeby pan Bohdan zrozumiał, że jeśli będzie trzeba – do tych kłusowników wystrzelę i ja. Nie po to te konie tak ostro pracują dla niepełnosprawnych dzieci, żeby pięćset metrów dalej ktoś z bezsensownego cierpienia zwierząt urządzał sobie widowisko.

Jestem z Panem, Panie Bohdanie, bo Pan – sam żyjąc z bólem – dbał o porządek tego świata. Z błyskiem w oku, którego nie zapomnę.

30 700 – tyle pieniędzy wpłynie na konto Fundacji Bohdana Smolenia za przedmioty wylicytowane podczas niedawnego koncertu charytatywnego „Krakowscy artyści Smoleniowi”, który odbył się w Nowohuckim Centrum Kultury. Portal „Polska ma Sens” także informował o tym wydarzeniu. Najdroższa była kurtka zwycięzcy Rajdu Dakar, krakowianina Rafała Sonika. Zwycięzca licytacji zobowiązał się wpłacić za nią na konto Fundacji 9 000 złotych.

Fundacja „Stworzenia Pana Smolenia”. Kontakt: kliknij.

 

w ramach projektu „Życzliwa Polska ma Sens” – sfinansowano ze środków Fundacji PZU/Partner Fundacja PZU

logo-pzu