Mur

tu mur rośnie w oczach...

Iga Dzieciuchowicz

Mieszkam w Zielonej Górze, 60 km od Euromiasta Guben/Gubin. Tak, tu mur rośnie w oczach…

Dziś mieszkańcy Guben wciąż leczą zęby u polskich dentystów, a Polacy czekają na otwarcie nowej inwestycji Grupy Azoty po niemieckiej stronie. Burmistrzowie obu miast podkreślają, że inwestycje, które pojawiają się raz tu, raz tam motywują i zacieśniają więzi. A jednak niewidzialny mur rośnie w oczach. Bo tu, w Polsce, coraz mniej Europy.

W Zielonej Górze jest X-Demon, wielka dyskoteka, w której do tej pory bawiły się grupy młodych Niemców z Guben, Frankfurtu nad Odrą czy Eisenhüttenstadt. Podobno polscy DJ-e puszczają lepszą muzykę, a dziewczyny, wiadomo, są najpiękniejsze. Piszemy do siebie na Facebooku – ja nazywam ich „przyjaciółmi z III Rzeszy”, a oni mnie „złodziejską koleżanką”. Jakieś trzy lata temu, przy pierwszym spotkaniu, niemieccy koledzy mieli potrzebę wyjaśnienia „tych rzeczy” na poważnie (historyczne zaszłości nazwali „those things”). Leciał kawałek „Happy” Pharella Williamsa, a oni przepraszali za grzechy swoich przodków i przynosili mi kolejne kielichy Soplicy. Było mi ich żal. Tłumaczyłam, że wciąż rozmawiamy nie o nas, a o nienawiści i stereotypach, porozmawiajmy więc o tym, co teraz. Przecież Polska to kraj, w którym żyją normalni, życzliwi ludzie.

Dziś oni zapraszają mnie do siebie. Nie chcą przyjeżdżać na imprezy do Zielonej Góry, bo boją się pijanych Polaków wrzeszczących o honorze i ojczyźnie.  Przeczytali gdzieś, że polski profesor mówiący po niemiecku został pobity w tramwaju. Przyznałam ze wstydem, że to prawda i przepraszałam. Niemieccy znajomi pytają, co się stało z moim krajem. Dlaczego polski rząd nienawidzi Wałęsy i Owsiaka, którego znają z Woodstocku. Dlaczego polskie społeczeństwo popiera Kaczyńskiego, który na Zachodzie jest nazywany lunatykiem. Nie wiem już, co odpowiadać. Jestem poza marginesem tego kraju, zdradziecką mordą, kastą, ubecką zdzirą, zaraz się za mnie „wezmą”. Wczoraj, po przegłosowanej ustawie o SN, niemieccy znajomi napisali z żalem, że mój kraj staje się rosyjskim landem. Odpisałam (niby żartem) – pamiętajcie o mnie, niedługo wyślę wam adres, ślijcie paczki. Europa wydała mi się tak daleko. A potem coś we mnie pękło.

Moim niemieckim znajomym napisałam w liście:

Bycie Polką na dobre i na złe dużo mnie kosztuje. Wstydzę się pokazywać polski paszport. Moi rodacy nie zasługują na demokrację – nie chcą, to nie będą jej mieli. Nie żal mi was Polacy, zdychajcie w dyktaturze. Oddzieliłabym się od was murem i zamieszkałabym w swojej lewackiej wiosce z pedałami, kurwami, alfonsami, kobietami po skrobankach, dziećmi z In Vitro, artystami, feministkami, wrogami ojczyzny, Owsiakiem, Stuhrem, Tuskiem i Wałęsą. Unia nabrała się na was jak naiwna dziewucha, bo uwierzyła, że burak z Kłaju to przyzwoity kawaler ze stolicy.

Wojna domowa nie brzmi jak ponury żart, poczytajcie wpisy w sieci. Mnie, „lewackie ścierwo” i „sukę feministkę” polscy chłopcy chętnie potną maczetami, czytam o tym w sieci w co drugim komentarzu. Myślę, że szybciej przeniosę się do Guben, niż kogoś zasztyletuję. Ale pewnie znajdą się tacy, którzy nie będą wam dłużni, bracia. Polska to już nie kraj, a wyrzut sumienia.

Z niemieckiej strony dostałam tysiąc ikonek „przytulam”. Przyjedź do nas – piszą Niemcy i pocieszają, że choć rodacy mnie nienawidzą, to między nami pokój.