My, Beksińscy

Dominik Jedliński

Tak jak nikt nie może przejść obojętnie obok obrazów Beksińskiego, tak nikt nie wzruszy ramionami po filmie Matuszyńskiego. A z ostatniej sceny Zdzisław z pewnością byłby dumny. Ktoś w końcu pofatygował się, aby uwiecznić moment, którego on sam nie mógł.

„​Pogodny nie jest, ale dlaczego miałby być od razu katastroficzny?” – pyta w „Ostatniej rodzinie” Zdzisław Beksiński, kiedy znajomy stwierdza, że jego obraz przypomina pejzaż po jakiejś klęsce. I tak jak dzieła artysty na pierwszy rzut oka wydają się być przesiąknięte cierpieniem, tak film Jana P. Matuszyńskiego tylko pozornie ukazuje historię głęboko dysfunkcyjnej rodziny. Bo za fasadą mrocznego życia w peerelowskich realiach kryje się familia kochająca i pełna uczucia. Co prawda uczucia często niedocenionego i branego za pewnik, ale wciąż głębokiego.

beksinski
Bo przecież „nikt nie gwarantował, że życie rodzinne jest samą atrakcją. Nigdzie bezpośrednio nie wynika, że rodzina to jest coś innego niż grono ludzi, którzy tak jak się lubią, tak się nie znoszą” – pada w innym fragmencie. I właśnie ten świat – raz piękny i kolorowy, innym razem mroczny i duszny – obserwujemy na ekranie. Jan P. Matuszyński tworzy coś w rodzaju kroniki rodzinnej, która obejmuje 28 lat z życia rodziny. Do świata Beksińskich wchodzimy z butami w momencie, kiedy ci przenoszą się z podkarpackiego Sanoka do Warszawy.

Rodzina Beksińskich w naszym kraju obrosła prawdziwą legendą. Przyczyny takiego stanu rzeczy należy szukać w jej tragicznych losach, a także dwójce ponadprzeciętnych indywidualności. Zdzisław (Andrzej Seweryn), znany malarz, to łagodny ojciec rodziny, nieco cyniczny, który dystansuje się od wszelkich trudności za pomocą kamery i kolejnych sztalug. W swoich obrazach zamyka wszelkie wybujałe fantazje i fetysze, których nigdy nie przełoży na prawdziwe życie. Bo jednak – wbrew temu, co mówią jego obrazy – bardzo to życie kocha.

Natomiast syn artysty, Tomasz (Dawid Ogrodnik), to człowiek tego życia nienawidzący; postać ogarnięta psychozą maniakalno-depresyjną ze skłonnościami samobójczymi, ale także fanatyk, a może bardziej – jak sam siebie nazywa – entuzjasta muzyki, który w dużej mierze odpowiada za wprowadzenia do polskiego radia zachodnich hitów. To także wielki miłośnik kina, który pracuje jako tłumacz linii dialogowych. W swoim portfolio ma filmy Monty Pythona, a także kilka części przygód Jamesa Bonda.

I gdzieś pomiędzy tą jakże różną dwójką, między ojcem i synem, niczym ogniwo spajające, plącze się matka – strażniczka domowego ogniska. Matka do rany przyłóż – kochająca, uczynna, poświęcająca całe swoje życie na tworzenie idealnych warunków do pracy dla ojca i studzenie wybuchowego temperamentu syna. To ona zachowuje tutaj równowagę. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby jej zabrakło. A że w życiu, rzadko znajduje się w centrum uwagi, to Matuszyński często pokazuje ją w zbliżeniach lub ustawia centralnie w środku kadru. Chce zaakcentować, jaka jest jej rola w tej nieprzeciętnej familii.

Autentyczność i szczerość wypełnia tę rodzinę bezgranicznie. Nikt tutaj nie boi się powiedzieć, co mu chodzi po głowie. Z kolejnych kadrów coraz bardziej wylewa się więc kontrast pomiędzy banalnością dnia codziennego a eskalacją wszelkich możliwych skrajnych emocji. Oglądamy więc rodzinę, jaką Zdzisław próbował portretować na swoich filmach – odartą z piękna, przedstawianą bez fajerwerków, na chłodno, wręcz nieczule. Matuszyński powstrzymuje się od wszelkich prób pogłębienia psychologicznych obserwacji ​czy skrzętnej analizy motywacji bohaterów. Jego film unika jasnych odpowiedzi i niewiele wyjaśnia. Bardziej odtwarza to, co zostało już uwiecznione. Film staje się bowiem pochodną obsesji Zdzisława, który wiernie nagrywał każdy aspekt swojej rzeczywistości. Poprzez fotografie, obrazy, listy, nagrania i filmy malarza krystalizuje nam się intymny portret rodziny; bez poczucia wstydu i zażenowania. „Pragnę malować tak, jakbym fotografował marzenia i sny” – mówił.

untitled-design-1024x576

Matuszyński i jego operator, Kacper Fertacz rezygnują z próby uchwycenia malarskiego stylu Beksińskiego w sposobie kadrowania, dużo bardziej skupiając się na beznamiętnej obserwacji w panoramicznych kompozycjach i długich ujęciach, które oddają wewnętrzne nastroje rodziny, zamkniętej w klaustrofobicznym i dusznym wieżowcu z betonu. Film jest niemal w całości nakręcony w dwóch, ciasnych warszawskich mieszkaniach, które na dobrą sprawę są swoim przedłużeniem. Znajdują się w leżących naprzeciwko siebie szarych blokach, które stanowią relikt komunistycznej architektury.

Nie ma tu także nawet słowa o komunizmie, o represyjnej epoce generała Jaruzelskiego, o „Solidarności” i Lechu Wałęsie. Twórcy celowo pomijają cały ten historyczno-polityczny kontekst. Chcą, aby „Ostatnia rodzina” zyskała wymiar uniwersalny. Wyraźnie dają do zrozumienia, że Beksińscy mieli na tyle szczęścia, aby istnieć w swoim świecie, zwracając ledwie minimalną uwagę na to, co dzieje się na zewnątrz, na ich własnym podwórku.

Pomimo całej mojej sympatii do tego filmu, nie uważam, aby był on wielki czy wybitny. Wiele momentów tutaj mierzi i przeszkadza. Choćby niebezpiecznie balansujące na granicy przerysowania, a niekiedy także tę granicę przekraczające, aktorstwo Dawida Ogrodnika. Tomasz w jego wykonaniu to postać, której nie da się polubić, a przy tym bohater koszmarnie jednostronny. Jego manieryzmy często drażnią, nie mówiąc już o tym, że zdarzają się momenty, w których ciężko go nawet zrozumieć.

Może po prostu oczekiwałem czegoś więcej niż przeskakiwania od daty do daty, od jednego burzliwego wydarzenia do drugiego, od jednej tragedii do następnej. Bo to bardziej zbieranina uchwyconych na kasecie VHS pojedynczych chwil, aniżeli jakaś spójna historia, która zmierza do turpistycznego końca. Nie poznamy niestety tutaj korzeni rodziny, nie poczujemy miasta, które ich ukształtowało. Poza tym sceny, które mają niezwykłą emocjonalną siłę pojedynczo, znacznie gorzej radzą sobie jako całość. Piękna jest długa scena imitująca stare nagranie wideo, w którym Tomek opowiada rodzicom o jego niezdolności do kochania albo chwila, kiedy w studiu Trójki prowadzi swoją kultową już sylwestrową audycję. W tych momentach widziałem autentycznie młodego Beksińskiego. Szkoda, że takich szczerych, niewyrachowanych, nakreślonych od linijki scen było w wykonaniu Ogrodnika tak mało.

Jedno jest jednak pewne. Tak jak nikt nie może przejść obojętnie obok obrazów Beksińskiego, tak nikt nie wzruszy ramionami po filmie Matuszyńskiego. Bo ta produkcja nie pretenduje do roli objaśniacza życia tej słynnej rodziny, ale do roli kronikarza jego tajemniczości i nieprzewidywalności. A z ostatniej sceny Zdzisław z pewnością byłby dumny. Ktoś w końcu pofatygował się, aby uwiecznić moment, którego on sam nie mógł. Ale gdyby tylko miał taką możliwość, z całą pewnością by to zrobił.

beksińscy

Autor zaprasza na swojego bloga: facebook.com/filmbuk