NA RYBY, NA LWY BY

Marek Jastrząb

Dla ludzi wychowanych na przepisach znanych od pokoleń, na ogół nie są konieczne instrukcje obsługi chusteczki do nosa, lub szczegółowe dyrektywy na temat jedzenia przy stole i wycierania rąk w obrus. Zamiast nich mamy poradniki, jak schuść nie przerywając obżarstwa, jak nie wychlastać kłów przy mówieniu od rzeczy, jak się dorobić kasy nie wydając forsy, jak uzyskać rozgrzeszenie przez telefon.

 

Obserwujemy zmiany obyczajowe. Niektóre na lepsze, (np. szczerość, otwartość, zapomniane poczucie godności). Często na złe (np. awanturnictwo, egoizm, narastająca znieczulica). Z tym, że ewolucje złych  należałoby powstrzymać i tępić w zarodku. Z tym, że mało komu się chce; gros woli trzymać się podpiłowanej gałęzi.

Dość rozejrzeć się dookoła, by zatęsknić za Przekrojowym Janem Kamyczkiem i jego brewiarzem savoir-vivre’u. Dla ludzi wychowanych na przepisach znanych od pokoleń, na ogół nie są konieczne instrukcje obsługi chusteczki do nosa, lub szczegółowe dyrektywy na temat jedzenia przy stole i wycierania rąk w obrus. Zamiast nich mamy poradniki, jak schuść nie przerywając obżarstwa, jak nie wychlastać kłów przy mówieniu od rzeczy, jak się dorobić kasy nie wydając forsy, jak uzyskać rozgrzeszenie przez telefon.

Ale są to poradniki namiastkowe. Substytut i zbiór niepotrzebnych niezbędników. Ersatz.  Natomiast ludziom nieobcykanym  w tematach „bon ton”, tylko kamyczkowe bedekery pomagają. Choćby w swobodnym szwendaniu po korytarzach sejmu. Jak gdyby nobilitują: człek dzięki nim wie, że nie przystoi iść w gumiakach do opery. Wie też, na czym polega oszuścikowstwo i lawiranctwo. Posiadł bowiem erystyczną umiejętność ślizgania się po cienkim lodzie.

Zna też wartość słownej chlapaniny i wie, jak zażywać naparów z urojonych konwersacji. Starczy posłuchać rozmów aktualnych polityków. Albo ich figlarnej polszczyzny. Popatrzeć na wielkopańskie pozy i niezacne miny, gdy pytani o coś przez reporterów, umykają gdzie pieprz rośnie i sól dojrzewa. Lub na telewizyjne wystąpienia zaproszonych gości, rzekomo światłych dyskutantów, a tak naprawdę – rozwrzeszczanych przekupek i zadziornych straganiarzy.

Szkoda, że nasze karykaturalne pojmowanie demokracji  i oczywista tolerancja dla aktów przemocy, nie spotykają się z potępiającą reakcją władz. Szkoda, że władza nie chce narazić się patriotycznym rasistom; tak się ich boi, tak okazuje im swoją słabość, tak woli zgadzać się na ich wyczyny i nie zadzierać z nimi, że jej rozlazła energia idzie w gwizdek i nie stać jej na odważne powiedzenie, co myśli o narastającej fali przemocy, agresji, tupetu, że obojętnie przygląda się ulicznym bójkom, demolowaniu stadionów, przemycaniu petard na ich teren…

*

…i w ten deseń zakończyłem felieton. Jak zwykle przed wysłaniem do szefa, dałem go do czytania swojej żonie mając dziką nadzieję na pochwałę. Lecz jak zwykle, tak i tym razem nic podobnego nie nastąpiło: miast komplementu, zainkasowałem cios w ambicję. Wykonała kwaśny uśmiech i oznajmiła, że się ociągam z rzetelną robotą, piszę coraz gorsze teksty, które z godziny na godzinę stają się coraz podobniejsze do flaków z olejem.

- Nudy na pudy, dodała. Ikry brak, puenty brak, a tematy ledwo draśnięte. Jak masz tak dalej pisać, to lepiej daj sobie spokój i idź na ryby. Tam znajdziesz wiernych słuchaczy swojego bełkotu. A w ogóle, to siedź na przypiecku i ciesz się, że arenowi patrioci nie czytają twoich wybroczyn, bo musiałabym ci targać termofor do pierdla.

Z początku żachnąłem się zamaszyście, ale po chwili żmudnych refleksji przyznałem jej rację. Istotnie, poruszone problemy domagają się rozwinięcia, uwypuklenia, precyzyjniejszego wskazania bezstronnym palcem, kogo obarczyć winą za ich występowanie. Faktycznie, przez długi czas byłem zdania, że wywodzę się z ludzi połączonych jednym celem. Że spaja mnie z nimi coś w rodzaju przymierza w życzliwości. Ale teraz stwierdzam: takie myślenie nazywa się naiwniactwo.

W zasadzie więc powinienem przymknąć paszczę i udawać zachwyconego fatalnym obrotem spraw. Co się będę sprężał, wyrywał sobie rękawy od kamizelki, by udowodnić, że nie jest tak różowo, jak się niektórym wydaje! Mam przecież tyle możliwości! Mogę golnąć nerwinkę i ciepnąć w kąt wszelkie serwisy! Ale to nie mój styl. Mój polega na upierdliwym wołaniu do głuchoniemych.

Marek JastrząbMarek Jastrząb – felietonista portalu Polska ma Sens, autor cyklów „Obserwacje Marka Jastrzębia” i „Polska na tle”.Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował także w „Odrze”,  „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,”Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u”,trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w „Polsce Ma Sens” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek.  Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.