Najważniejszy dylemat KOD-u

Janusz Schwertner

KOD doszedł do momentu, w którym musi już wiedzieć: Komitet to ludzie, czy Komitet to Mateusz Kijowski? Obrona swojego szefa, wbrew wszystkiemu i wszystkim, nie różni się wiele od typowych zachowań szeregowych członków partii. Nie da się jednak walczyć z patologią życia publicznego, samemu przyjmując podobne wzorce.

W Komitecie Obrony Demokracji walczą ze sobą dwa sposoby myślenia. Jeden wyraża się hasłem: „KOD to my!”. Drugi: „KOD to Mateusz!”. Pierwszy daje szanse na przetrwanie, a drugi prowadzi do katastrofy.

W marszach sprzeciwiających się niszczeniu Trybunału Konstytucyjnego poszły setki tysięcy Polaków. Wśród nich postaci wybitne. Słynni działacze antykomunistycznego podziemia, którzy w latach 80. byli symbolem oporu: jak Władysław Frasyniuk czy Bogdan Borusewicz. Fantastyczni artyści, w PRL regularnie grający władzy na nosie, jak Krzysztof Skiba czy Robert Brylewski. Także wielu zwykłych obywateli, zwracających uwagę na największe zło, jakie wydarzyło się w Polsce w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy – czyli na polityczne zagarnięcie Trybunału.

Ten olbrzymi ruch w dużej mierze powstał dzięki pracy Mateusza Kijowskiego. Dlatego jego chęć bycia wyraźnym liderem, główną twarzą KOD, jest zrozumiała. Nikt nie chciałby po odwaleniu czarnej roboty stawać nagle w drugim szeregu.

Ale Kijowski od początku się gubił. W trakcie pierwszego spotkania sympatyków Komitetu zapomniał wspomnieć o swoich problemach z alimentami. Na marszach wykrzykiwał hasło: „Tu jest Polska!”, choć tuż przed nim robił to Jarosław Kaczyński. Afera z fakturami ujawniona przez Onet i „Rzeczpospolitą” wykazała, że przynajmniej przez sześć miesięcy lider KOD zachowywał się nieetycznie. To nie jest dobry bilans, jak na rok działalności.

Czy dla Mateusza Kijowskiego to koniec? To zależy od niego. W życiu publicznym o tego typu przewinieniach zapomina się szybko. Czy afera „Misiewiczów” pogrążyła jego głównego bohatera? Nie. Czy bójka pod jednym z warszawskich klubów zakończyła karierę Przemysława Wiplera? Nic z tych rzeczy. Czy bezwzględny wyrok więzienia wydany przez niezależny sąd dobił Mariusza Kamińskiego? Nie, wręcz odwrotnie.

Pytanie jest inne i dotyczy samych sympatyków KOD. Czy można walczyć o etykę życia publicznego i jednocześnie akceptować przelewanie pieniędzy ze zbiórki publicznej na konto własnej firmy? Jeśli ludzie Komitetu Obrony Demokracji odpowiedzą na to pytanie twierdząco, to bardzo ciężko będzie im w przyszłości wypominać brudne zagrywki obecnej władzy. Jak choćby te, które miały miejsce przy obsadzie spółek Skarbu Państwa.

KOD doszedł do momentu, w którym musi już wiedzieć: Komitet to ludzie, czy Komitet to Mateusz Kijowski? Obrona swojego szefa, wbrew wszystkiemu i wszystkim, nie różni się wiele od typowych zachowań szeregowych członków partii. Nie da się jednak walczyć z patologią życia publicznego, samemu przyjmując podobne wzorce.