Niekoniecznie supermarket

Redakcja

Kino studyjne to miejsce, gdzie można przekonać się, co świat myśli o świecie. W multipleksie widzisz wesołe miasteczko, a tam – rzeczywistość. I dzięki temu dowiadujesz się, czym tak naprawdę żyje dziś kultura – jakie sprawy są teraz ważne? Odnajdujesz mianownik, do którego możesz się odnieść... albo po prostu widzisz tam swoje własne życie.

 

Jeśli brać pod uwagę ilość kin studyjnych działających w Krakowie, to miasto jest zupełnie wyjątkowe. Kultura kameralnych sal i długich rozmów o filmie ciągle w dawnej stolicy Polski ma się doskonale.

O sile tkwiącej w kameralnych kinach opowiadają szef Agrafki Robert Skrzydlewski oraz krakowski aktor teatralny i filmowy Tomasz Schimscheiner.

 Robert Skrzydlewski. Wieloletni kierownik Kina Pod Baranami, współtwórca Mikroffali przy Klubie Sztuki Filmowej Mikro, członek Rady Polskiej Federacji DKF, regionalny przedstawiciel firm Gutek Film, Vivarto oraz Art House. Od lat współpracuje przy organizacji Międzynarodowego Festiwalu Era Nowe Horyzonty, a ostatnio również Festiwalu OFF Plus Camera. Współwłaściciel krakowskich kin „KIKA” i „Agrafka”, które zostało uznane przez Polski Instytut Sztuki Filmowej najlepszym kinem w Polsce w 2010 roku.

 agrafka

Mówiłeś w wywiadach, że czekałeś dwadzieścia lat, by otworzyć własne kino. Udało się, a po dwóch latach „Agrafka” została wybrana najlepszym kinem w Polsce.

Robert Skrzydlewski: Traktujemy to wyróżnienie jako dowód uznania za cały dorobek naszej pracy. Otwierając Agrafkę, nie stawialiśmy z Bogdanem Balickim (współwłaściciel kina – przyp.red.) pierwszych kroków. Dobrze wiedzieliśmy, na czym to polega. Ja sam bardzo długo pracuję w kinie, zaczynałem jeszcze jako student w kinie „Wanda”. A nagroda? Zdobyli ją wszyscy ludzie pracujący w Agrafce, bo oni tworzą tutaj tę specyficzną atmosferę. Bo kino to głównie ci ludzie, a nie same mury.

Zdecydowałeś się otworzyć kino, bo nadarzył się jakiś szczególny moment?

Myślałem o tym od dawna. Jak się cały czas pracuje u kogoś, to człowiek w końcu zastanawia się, czy nie mógłby zrobić czegoś po swojemu. Tylko że to nie takie proste. Ja miałem szczęście, bo był przy mnie Bogdan – z którym pracowałem wcześniej w Kinie Pod Baranami. On namówił mnie, żebyśmy założyli fundację, a kilka miesięcy później kino. I zaczęło się układać.

W dużej mierze wspomógł was Polski Instytut Sztuki Filmowej.

No tak, bez ich pomocy byłoby nam bardzo ciężko. Nie ma co kryć, nie mieliśmy żadnych poważnych oszczędności, jedynie jakieś drobne pieniądze. Większość prac wykonaliśmy więc własnymi rękami. Sporo pomogli nam znajomi. O ekipie remontowej, spełniającej wszystkie nasze zachcianki, mogliśmy co najwyżej pomarzyć. Ale daliśmy radę.

Traktujesz Kraków jako miejsce sprzyjające małym kinom?

Zdecydowanie tak. Krakowianie uwielbiają kina studyjne. To dzięki nim sporo kameralnych, tradycyjnych sal ma szansę spokojnie funkcjonować. To wszystko zasługa rzeszy miłośników kina. Nie filmu, lecz kina – zaznaczam, bo to spora różnica. Można kochać filmy i na tym poprzestawać. Być po prostu widzem. Ale można też zachwycać się kinem, jego kulisami, kuchnią, atmosferą. Dlatego mogą powstawać kolejne multipleksy, bo one i tak nie zdołają wyprzeć kameralnych kin.

W Agrafce organizowaliście kiedyś m.in. Akademię Orange. Szansę sprawdzenia się w robieniu filmów dostali nastoletni twórcy. Nie byłeś rozczarowany, że później zainteresowanie akcją nieco spadło?

Nie, bo to była świetna impreza. Filmy, które udało im się nakręcić, były świetne. Jeden zrobił na nas kolosalne wrażenie. Grupa nastolatków pod okiem Grzegorza Zaricznego zrobiła coś niezwykłego. Dlatego nie jestem rozczarowany. Chyba że pozytywnie. (śmiech)

Świetnie przyjął się cykl „Szpilki w Agrafce”, skierowany tylko do kobiet…

To fenomen!

Tam zbiera się śmietanka krakowskiego feminizmu?

Nie, nie, cała idea opiera się na tym, że kobiety świetnie się organizują. Potrafią się same mobilizować, zbierać w grupkach. Mamy już stałe bywalczynie, które nie omijają żadnego spotkania. Cała impreza odbywa się co miesiąc i ma w dużej mierze charakter towarzyski. Jest winko, poczęstunek, ciasteczka. A co najciekawsze, do końca nie wiadomo, jaki film zaprezentujemy. Gdybym chciał coś podobnego zrobić dla facetów, byłoby mi trudno znaleźć jakikolwiek punkt zaczepny. Cokolwiek wspólnego, co mogłoby zachęcić do przyjścia większą grupę. Może puściłbym mecz? Ale część dalej byłaby rozczarowana. Tak sobie myślę, że my jakoś inaczej odbieramy tę kulturę. Inaczej ją przeżywamy.

Jeszcze inaczej przeżywają dzieci, ale one akurat tłumnie odwiedzają Agrafkę. Jak udało się przekonać rodziców, by przychodzili z nimi do kina?

Cykl zrodził się, gdy pracowałem jeszcze w Kinie Kijów. Na szczęście cały projekt pozostał przy mnie i mogłem go kontynuować w Agrafce. Chodzi o to, by robić coś na kształt poranków filmowych dla dzieci. Chcę przy okazji sięgać do tradycji z czasów dzieciństwa mojego pokolenia. Pokazujemy filmy bardzo ciekawe technicznie – z epoki, gdy nie dokonywano jeszcze obróbki komputerowej. Mamy coś, czego nie zobaczysz dziś w telewizji. A dla dzieci to jest pierwszy kontakt z kinem. Pamiętam, że gdy przed laty byłem ze swoimi dziećmi w jednym z multipleksów, to one bardzo źle to odebrały. Były fajne animacje, ale wszystko było dla nich za duże: ekran, wielka sala, a do tego hałas… Brakowało im takiego domowego klimatu. Takiej atmosfery, jaką staramy się wytworzyć w Agrafce. U nas dzieci ściągają buty, gonią się po sali, siedzą na poduszkach albo na ziemi. Nie jest za głośno, nie ma gigantycznego ekranu i olbrzymiej sali. I to są świetne warunki, by zaprzyjaźnić dzieci z kinem.

Sam chodzisz czasem do multipleksów?

Tak. Bo one też są potrzebne. Oczywiście denerwuje mnie popcorn, siorbanie, jedzenie, więc nie chodzę tam często. Ale potrafię sobie wybrać taki moment, gdy nie ma tłumu i jest spokojniej. Wtedy czuję się dobrze.

A kina studyjne? Na czym polega ich wyjątkowość?

Na pewno bronią się repertuarem. W multipleksach nie ma wielu świetnych filmów, którym brakowało kasy na większą promocję. Ich reklama opiera się na czasopismach czy ulotkach, a nie na milionowej kampanii marketingowej. Te filmy są nieraz szalenie ważne i byłoby wielką szkodą ich nie zobaczyć. Poza tym, tutaj bardziej obcujesz z filmem. Między multipleksem a kinem studyjnym jest taka różnica, jak pomiędzy pójściem do swojego, kameralnego sklepiku, gdzie czujesz się swobodnie – a odwiedzinami wielkiego, zatłoczonego marketu. Sęk w tym, że mnie średnio odpowiada supermarket. Podobnie jest z kinami – wolę te, w których wszystko toczy się wolniej. A ja lubię po seansie pogadać o filmie, poczuć jego atmosferę.

Zrobiłeś sobie kiedyś w Agrafce prywatny seans?

Całkiem prywatny nie, ale z Bogdanem Pawlickim zaliczyliśmy samotne seanse. A poza tym, wiadomo – szewc bez butów chodzi. Czasami nie miałem czasu, by obejrzeć wszystkie prezentowane przez nas filmy, więc przedłużałem czas dystrybucji. I później sam sobie wyświetlałem. Bo szkoda byłoby przegapić coś naprawdę dobrego.

*

Tomasz Schimscheiner
krakowski aktor filmowy i teatralny

Na czym polega wartość kina studyjnego? Chodzi przede wszystkim o to, że można tam zobaczyć filmy, które nie są powszechnie dystrybuowane. Z różnych powodów: nie mają wystarczającego budżetu, by móc się promować, są przygotowywane na 2-3 kopiach, a ich jedyną szansą są przeglądy i festiwale filmowe. Nie mają możliwości zaistnienia na szerszą skalę, bo ktoś uznał, że by się „nie sprzedały”.

Kino studyjne to miejsce, gdzie można przekonać się, co świat myśli o świecie. W multipleksie widzisz wesołe miasteczko, a tam – rzeczywistość. I dzięki temu dowiadujesz się, czym tak naprawdę żyje dziś kultura – jakie sprawy są teraz ważne? Odnajdujesz mianownik, do którego możesz się odnieść… albo po prostu widzisz tam swoje własne życie.

Zazwyczaj po obejrzeniu filmu w kinie studyjnym od razu chce się o nim pogadać. Dlatego siadasz z kumplami i bez przerwy gadacie. Kończy się noc, widzisz już dno w drugiej flaszce – a dyskusja nadal się nie kończy. I ona przynosi zaskakujące spostrzeżenia. Bo po tych filmach rozmawia się o życiu, o problemach, jakie chcemy dotknąć – o pomysłach na swoją przyszłość. Wizyta w kinie studyjnym daje powód, by stawiać sobie takie pytania.

Różnicę między kinem studyjnym a multipleksem można porównać do tej, jaka zachodzi między teatrem impresaryjnym a autorskim. W tym pierwszym widz musi być przygotowany na to, że będzie uczestniczył w pewnym wydarzeniu komercyjnym – na wyższym bądź niższym poziomie – w którym nie ma miejsca na zbytnie przeintelektualizowanie. Za to teatr autorski, podobnie jak kino studyjne, podaje myśl intelektualną o dzisiejszym świecie.

Oczywiście nie mogłoby istnieć tylko kino studyjne. To byłoby za mało. Multipleksy też są potrzebne. Ale czasem jak patrzę na prezentowane w nich produkcje wysokobudżetowe, to patrzę na szerszy kontekst. Ubawiłem się, zobaczyłem dobre efekty – tylko zastanawiam się: do czego to zmierza? Kino 3D, 7D, a zaraz będą na nas pluli z ekranu. W porządku, tylko co mi to daje?

W opozycji do tego powstaje choćby taki film, jaki zrobiliśmy kiedyś z Baronem – „Wszystkie kobiety Mateusza”. Dający chwilę czasu na zastanowienie się nad sobą, nad światem. Podobnie jak w biegu – trzeba sobie czasem odpocząć. Ja lubię odpoczywać w kinie studyjnym. A przy tym daje mi ono pretekst do dyskusji z przyjaciółmi. I to jest wielkie

*

Krakowskie kina studyjne

Kino Mikro
adres: ul. J. Lea 5
w internecie: www.kinomikro.pl

Kino Pod Baranami
adres: Rynek Główny 27
w internecie: www.kinopodbaranami.pl

ARS
adres: Ul. Św. Tomasza 11
w internecie: www.ars.pl

Sfinks
adres: Os. Górali 5
w internecine: www.kinosfinks.pl

Kijów.Centrum
adres: ul. Krasińskiego 34
w internecie: www.kinosfinks.pl

Paradox
adres: ul. Krupnicza 38
w internecie: www.kinoparadox.pl

Agrafka
adres: ul. Krowoderska 8
w internecie: www.kinoagrafka.pl

Kika
adres: ul. Krasickiego 18
w internecie: www.kinokika.pl

Kino 18, PAUZA
adres: ul.Floriańska 18/5
w internecie: www.pauza.pl

Artykuł ukazał się na łamach „Magazynu Krakowskiego”.