Niemcewicz od przodu i tyłu

BARON. Czytam (to) i chce mi się żyć, cz. VIII

Wyższość koafiury polskiej nad francuską występowała w pełni: ci w perukach pocili się, byli prawie nieprzytomni, tym co modą polską mieli wygolone łby, kurzyło się jak z komina, alkohol parował, mogli bez obawy pić trzy razy więcej. W tak znakomitym towarzystwie wystrzegano się rzygania na środek stołu – nie należało to do najlepszego tonu.

Niemcewicz od przodu i tyłu
Karol Zbyszewski

Wstawano późno, koło jedenastej, wnet bieżono na śniadanie. Normalny szlachcic posuwał sobie: łokieć suchej kiełbasy, półmisek zrazów z kaszą, dwa kapłony, zalewał to czterema butelkami wina węgierskiego i – dość! Do obiadu nic już nie brał do ust.

Obiad zaczynał się o dwunastej w południe. Zasiadano przy długich wąskich stołach, przybranych w tafle zwierciadlane o złoconych brzegach. Pośrodku kupy konfitur i galaret ułożone w kolory i herby najdostojniejszych gości. Na tych słodyczach sterczały figurki porcelanowe i inne cacka.

Stale brakło naczynia; biesiadnicy wyciągali zza cholewy własne łyżki, talerze i noże. Obtarłszy je wprzód w obrus, pożyczano grzecznie sąsiadowi. Wszyscy czuli się prawie na czczo, więc w milczeniu pałaszowano. Na początek szła wazka barszczu z rurą, potem micha schabu z grochem, rynienka kapusty ze sztukamięsem… Książe Karol Radziwiłł coraz to wołał płaczliwie:

- Panie kochanku, nic nie jecie, nie pijecie, nie łaskawi…

- Zdrowie księcia pana! – odkrzykiwała szlachta, spełniając puchary i rada z przynuki. (…)

Zwykły puchar zawierał dwie butelki wina, mistrzowie gardzili takim kieliszkiem i brali się do gąsiora, co wyglądał na beczółkę. W pucharze takim mieściło się pięć butelek, a w jego nakrywce trzy. Wirtuoz opróżniał jednym haustem nakrywkę, zaraz potem dwoma łykami sam puchar i z gracją, przez serwetę, oddawał temu, w czyje pił ręce. Entuzjazm powszechny.

- Gracka robota!

- Przedni ma spust!

- I trzeźwy! Tęga głowa, musimy go wybrać na posła!

Starzy biadali, że to już nie te dobry, piękne czasy saskie. Wtedy za opróżnienie duszkiem takiego pucharzyska król dawał zasłużoną nagrodę: starostwo, pensje dożywotnią, order Orła Białego, dziś – kto co dostanie? Czasem rozczulony magnat da pierścień albo konia – taki drobiazg za taki wyczyn! Oj, ta młodzież obecna, jeszcze trochę, a jak chore babcie herbatę pić zacznie.

Na razie na tę katastrofę się nie zanosiło, wszyscy pili na umór, brzuchy pęczniały w oczach.

Wyższość koafiury polskiej nad francuską występowała w pełni: ci w perukach pocili się, byli prawie nieprzytomni, tym co modą polską mieli wygolone łby, kurzyło się jak z komina, alkohol parował, mogli bez obawy pić trzy razy więcej. W tak znakomitym towarzystwie wystrzegano się rzygania na środek stołu – nie należało to do najlepszego tonu.

*

W ramach cyklu „BARON. Czytam (to) i chce mi się żyć”, Artur „Baron” Więcek prezentuje wybrane fragmenty tekstów, które sprawiają, że z powrotem chcemy budzić się do życia.

zdjęcie Reżyser Artur Więcek Baron

 
 
 
 

w ramach projektu „Życzliwa Polska ma Sens” – sfinansowano ze środków Fundacji PZU/Partner Fundacja PZU

logo-pzu