O pewnym sercu i mediach

Bogdan Miś

No i o to właśnie chodzi; tu docieramy do puenty, która nie jest miła dla naszej cywilizacji, a już specjalnie dla mediów. Otóż ta wiadomość była przez nie kompletnie pominięta, uznana zapewne przez redaktorów za nieciekawą. I nie w tym rzecz, ze człowiek, śledzący zawodowo postęp nauki – czyli niżej podpisany – o niczym nie wiedział; jak mawiał w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku nieoceniony chorąży Płatek ze Studium Wojskowego UW, nikt nie jest tam żadną alfą, albo i omegą: mogło się zdarzyć, że coś przegapiłem.

Zaczęło się wszystko od tego, że moja przyjaciółka z Bostonu dostała od swojej kumpelki maila z informacją o sensacyjnej operacji kardiologicznej, jaką przeprowadzono w Izraelu. Przyjaciółka podzieliła się tą informacją ze mną, ja upowszechniłem rzecz na Facebooku – nic o tej historii nie słyszałem ani nie czytałem, wydała mi się skrajnie ciekawa –  i się zaczęło…

Ale najpierw opowiedzmy o istocie sprawy.

Otóż, jak podał kilka lat temu izraelski portal Haaretz, lekarze z CarmelHospital w Haifie uruchomili ponownie po dwóch latach chore serce pacjenta, które z powodu ciężkiej choroby trzeba było natychmiast wyłączyć. Jednocześnie wówczas z pewnych względów natychmiastowy przeszczep nowego serca nie wchodził w rachubę – chwilowo nie było dawcy, a sprawa był dosłownie gardłowa; zatem pacjentowi (miał lat 31, nazywa się HaimAbuhatzeira) wszczepiono tzw. sztuczne serce, czyli urządzenie o nazwieLVAD (Leftvetricularassistdevice). Operację przeprowadził  zespół najlepszych kardiologów w Carmel, którym kierował ordynator tamtejszej kardiochirurgii, prof. Dan Aravot.

Tu jeszcze nie ma nic nadzwyczajnego. Takich operacji wykonuje się na świecie dziesiątki. Zresztą od razu widać, że mamy do czynienia z informacją z gatunku „królowa Bona umarła”, wieść nie jest zgoła z wczoraj, ani przedwczoraj.

Nie jest sensacją i to, że sztuczne serce zastępowało ludzkie przez dwa lata. Ale…

Przez te dwa lata chory był podłączony do widocznej na zdjęciu poniżej aparatury. W tym czasie kardiolodzy zajmowali się leczeniem jego naturalnego serca.

15300587_10155636088962818_1749787643_n

HaimAbuhatzeira po pierwszym zabiegu  i jego lekarze; po lewej stronie prof. Avot.

Nadszedł wreszcie moment przełomowy. Do dziesięciogodzinnej operacji przystąpił kolejny wspaniały zespół najlepszych kardiochirurgów w Carmel, którym tym razem kierował słynny w całym świecie chirurg, dr OferAmir. I nastąpił sukces. Po odłączeniu aparatury chore serce, nieużywane przez pacjenta dwa lata – ruszyło.

Dwa słowa komentarza.

Opisana udana operacja oznaczała ogromny postęp w kardiochirurgii. A być może nawet w chirurgii w ogóle. Nie ulega wątpliwości, że lekarze podejmą lada moment próby chwilowego (ta chwila może być – okazuje się – dość długa) odłączenia chorego organu.Niewykluczone, że z całkowitym wyjęciem go z organizmu do leczenia „na zewnątrz”; w tym czasie mechaniczna czy elektroniczna proteza umożliwi choremu przeżycie. Ponowne podłączenie nie będzie przy tym wiązało się z żadnym problemem niezgodności tkankowej, usuwając ryzyko odrzutu przeszczepu od obcego dawcy; tu jest clou sprawy.

Oczywiście, nie jest to sukces na miarę pierwszego przeszczepu serca, który oznaczał kompletne złamanie obowiązującego w medycynie do tego momentu paradygmatu. Wyczyn dr Christiaana Barnarda z 1967 roku był w pewnym sensie odpowiednikiem pierwszego lądowania człowieka na Księżycu; opisywane osiągnięcie izraelskich kardiochirurgów w tej skali da się porównać – bo ja wiem – do kolejnego rekordu długości przebywania człowieka w Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Ot, świetny temat na czołówki pism popularnonaukowych czy może nawet poważniejszych gazet codziennych.

No i o to właśnie chodzi; tu docieramy do puenty, która nie jest miła dla naszej cywilizacji, a już specjalnie dla mediów. Otóż ta wiadomość była przez nie kompletnie pominięta, uznana zapewne przez redaktorów za nieciekawą. I nie w tym rzecz, ze człowiek, śledzący zawodowo postęp nauki – czyli niżej podpisany – o niczym nie wiedział; jak mawiał w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku nieoceniony chorąży Płatek ze Studium Wojskowego UW, nikt nie jest tam żadną alfą, albo i omegą: mogło się zdarzyć, że coś przegapiłem.

I zupa się wylała: wszystkiego znaleźliśmy – szukając w trzy osoby – w całym Internecie trzy odnośniki po dwóch dniach szukania (między nimi ten, który podałem wyżej i z którego zaczerpnąłem fakty – z Haaretz). Słownie – trzy, w tym dwa po rosyjsku. Wszystko – kilka lat po operacji. W skali całego globu. Znaczy – nasza sensacja to dla dzisiejszych mediów sensacja z gatunku „Królowa Bona umarła”; a w ogóle dla wszystkich żurnalistów nic ciekawego… Ot, kogoś tam zoperowali.

Oszczędzę państwu łatwych porównań popularności ważnej w końcu wiadomości z informacjami o byle strzelaninie w Teksasie czy – sięgając z pewnym niesmakiem bliżej – z rozważaniami o tym, czy demonstracja gołego odwłoku drugorzędnej piosenkarki w obecności głowy pewnego dziwnego od roku państwa stanowiła obrazę majestatu, czy też nie. Jak powiadam: takie porównanie byłoby za łatwe i obrażałoby inteligencję zarówno Czytelników, jak i moją.

Ograniczę się zatem tylko do cytatu z pierwszej mowy Cycerona  przeciwko Katylinie: o tempora, o mores!

Na wszelki wypadek zapewniam wszystkich niedouczonych, a w szczególności obecne kierownictwo edukacji, że te łacińskie słowa to nic przeciwko tzw. dobrej zmianie.

Chociaż – a bo ja wiem?

* Bogdan Miś jest dziennikarzem, matematykiem, popularyzatorem nauki. W przeszłości był związany m.in. z TVP, „PC Magazine” oraz „Wiedzą i Życiem”. W portalu „Polska ma Sens” publikuje felietony poświęcone głównie nauce.