Olśnienie teatrem przeżywają u nas

Anita Bugajska

Fundacja STU powstała w 1989 roku z inicjatywy Krzysztofa Jasińskiego. Miała ona wspierać bieżącą działalność teatru, pozyskiwać fundusze na kolejne spektakularne przedstawienia i widowiskowe projekty. Działa tak do dzisiaj.

TEATR MA SENS W ZDERZENIU Z WIDZEM

Krzysztof Jasiński założył Teatr Stu pięćdziesiąt lat temu i przez cały ten czas był jego dyrektorem. Zawsze jednak w wywiadach o swoim teatrze mówi „my”, „rodzina Stu”. Podkreśla, jak ważne są relacje między ludźmi pracującymi w Teatrze Stu. „Kocham aktorów. Tego nie mogę powiedzieć o wszystkich ludziach. Ale aktorów uwielbiam, bo kocham teatr. I dlatego od nich wymagam bardzo dużo. Żeby byli utalentowani, żeby byli wielcy, żeby byli mądrzy. Takich skupiam wokół siebie” – mówi w rozmowie z Polska Ma Sens Krzysztof Jasiński.

Krzysztof Jasiński (fot. Paweł Nowosławski, mat. prasowe)
Krzysztof Jasiński (fot. Paweł Nowosławski, mat. prasowe)

 

W lutym tego roku na swojego następcę wybrał Krzysztofa Pluskotę. Swoją decyzję uzasadniał potrzebą prowadzenia teatru dla nowego pokolenia. Sam chce usunąć się trochę w cień. Do 2018 roku pozostanie jednak dyrektorem artystycznym teatru, a później… nadal będzie pracować z aktorami. Od lat prowadzi warsztaty na Mazurach, gdzie całe dnie spędza z ich uczestnikami nad zrozumieniem tekstów dramatycznych i szlifowaniem techniki aktorskiej. Te wyjazdy współorganizuje Fundacja Stu, która już wiele lat temu prowadziła taki „ośrodek szkoleniowy” w Ochodzy. Teraz wraca do tradycji, ostatni wyjazd był w sierpniu tego roku. Jasiński nie wyklucza, że właśnie praca z aktorami może być jego główną działalnością w najbliższych latach. „Reżyser się nigdy nie starzeje” – stwierdza z uśmiechem.

„Aktor musi głęboko czytać tekst. Nie tylko to, co on znaczy. Musi przeniknąć jego autora, potem musi przeniknąć samego siebie. I na koniec odpowiedzieć na ważne pytanie: po co mam to przedstawić widzowi? Bo to musi być dla widza fascynujące” – tłumaczy Jasiński. Publiczność jest dla niego w teatrze najważniejsza. „Są reżyserzy i aktorzy, którzy wolą próbować niż grać. Bo na próbach jest praca, a później męczarnia – ciągle trzeba grać to samo.  Dla mnie jest inaczej. Pracuję w sposób konkretny, zawodowy, mam ścisły plan. Jeżeli zaplanuję 100 czy 300 godzin pracy, nie zmarnuję ani minuty” – podkreśla założyciel Teatru Stu. „Ale tak naprawdę przeżywam przedstawienie, bo teatr ma sens dopiero w zderzeniu z widzem” – dodaje.

fot. Archiwum Teatru Alternatywnego
fot. Archiwum Teatru Alternatywnego

KOCHAM GO, ALE NIGDY GO NIE WYSTAWIĘ

Widownia w teatrze zawsze jest pełna, chociaż… bilety do Teatru STU nie są tanie. „Bo mu tu robimy rzeczy zupełnie wyjątkowe. Który inny teatr mógłby tak wystawić Wyspiańskiego?” – zauważa Krzysztof Jasiński. Żaden teatr w Polsce nie wystawił wcześniej „Wesela”, „Wyzwolenia” i „Akropolis” jako całości. Pierwszy raz zrobił to Teatr Stu w wyjątkowym tryptyku „Wędrowanie”, podporządkowując najważniejsze wątki z dramatów Wyspiańskiego nadrzędnemu tematowi: wniknięciu w polski los.

Sam Krzysztof Jasiński twórczość Wyspiańskiego cenił od zawsze. Jego znajomi wspominali, że nie tylko doceniał dorobek i wizję teatru wybitnego dramaturga, ale również… wizerunek. Podobno w młodości lubił się na niego stylizować, a nawet farbował włosy, żeby się upodobnić do swojego mistrza. Krzysztof Jasiński komentuje to ze śmiechem: „Zawsze mi się podobało, że chodzą jakieś plotki na mój temat. Szczególnie te, które nie miały pokrycia w rzeczywistości. Rudy nigdy nie byłem”. Natomiast fascynacja twórczością Wyspiańskiego jest jak najbardziej prawdziwa. „Zawsze myślałem o jego teatrze, że to jest taki mój „teatr niemożliwy”. Kocham go, ale nigdy go nie wystawię. Jeśli się myśli poważnie o wystawieniu Wyspiańskiego, trzeba mieć zupełnie wyjątkowy zespół. Poza tym to musi być zgodne z duchem klasyki. Ale już nie z formą, bo tę trzeba znaleźć współczesną” – mówi o swoich wątpliwościach Jasiński. Projekt się udał, mimo wszelkich obaw. „To spektakl niezwykły, ukazujący, niczym w kalejdoskopie, wszystko, co w polskim teatrze najważniejsze, najdoskonalsze, najpiękniejsze. Warto oglądać go z rześkim ciałem i otwartym umysłem, by nie uronić ani słowa, nie przegapić żadnego dźwięku ani przebłysku światła” – tak premierę skomentował „Dziennik Teatralny”.

Wesele (fot. Jacek Wrzesiński, mat. pras.)
Wesele (fot. Jacek Wrzesiński, mat. pras.)
Wyzwolenie (fot. Tomasz Szkodziński, mat. pras.)
Wyzwolenie (fot. Tomasz Szkodziński, mat. pras.)

Spektakl powstał z okazji 25-lecia Wolności, 250-lecia teatru publicznego w Polsce, ale też imponującego jubileuszu 50-lecia istnienia Teatru Stu. Co więcej, w tym i poprzednim roku teatr wyruszył z nim na tournee po 50 polskich miastach. Zagrano 100 spektakli w 467 dni trwania projektu. Te liczby robią wrażenie. Nad organizacją przedsięwzięcia czuwała Fundacja Stu, ale nie udałoby się ono, gdyby nie wsparcie głównego mecenasa spektaklu, jakim jest TAURON Polska Energia S.A. „Ale to nie są tacy mecenesi, żebym miał się im grzecznościowo kłaniać” – mówi Jasiński. „Dla nich jesteśmy teatrem butikowym, mogą się nami pochwalić, że mają swój udział w naszej twórczości. Poza tym też wymagają, żeby to, co tu robimy, było dobre. Nie pomagaliby nam, gdyby takie nie było.”

PIERWSZE OLŚNIENIE TEATREM PRZEŻYJĄ U NAS

„Ludzie przychodzą na spektakl, nie do teatru. Chyba że przypadkiem, jeśli się trafi jakaś tania wejściówka albo ktoś zaprosił, więc wypada się pojawić. Ale kiedy ktoś już zaprasza do Teatru STU, a tu bilety kosztują sto złotych, to już jest nasza odpowiedzialność. Musimy tak rozegrać ten wieczór, żeby ten widz się zachwycił, żeby przyszli następni” – mówi Krzysztof Jasiński. Teatr STU zawsze realizował nietypowe pomysły, więc o zachwyconych widzów nietrudno. Jednym z takich najbardziej spektakularnych, była „Szalona lokomotywa” (1977), spektakl z muzyką Marka Grechuty i Jana Kantego Pawluśkiewicza skomponowaną do tekstów Stanisława Ignacego Witkiewicza. Grechuta wcielił się nim w rolę… diabła Belzebuba, Maryla Rodowicz zagrała Hildę. To był szczyt jej popularności. Oprócz nich w spektaklu wystąpili też m.in. Jerzy Stuhr i Zofia Niwińska.

Szalona lokomotywa (mat. archiwalne Teatru Stu)
Szalona lokomotywa (mat. archiwalne Teatru Stu)

Pawluśkiewicz przed premierą mówił, że „Jasiński roztoczył tak wspaniałą wizję sceniczną w teorii, że jeśli choć połowę z tego udało się zrealizować, to i tak powinna być rakieta” („Echo Krakowa”, nr 174, 4 sierpnia 1977). To właśnie obaj kompozytorzy przyszli do niego z pomysłem wystawienia musicalu w namiocie przy ul. Rydla w Krakowie. Sama historia tego miejsca (jak i innych, w których mieścił się niegdyś Teatr STU) jest tematem na oddzielną opowieść. „Szalona lokomotywa”  przyciągnęła do Krakowa tłumy. Dekorację stanowiła zakopana w ziemi wielka figura kobiety, przez której korpus przebiegały szyny kolejowe. Jej nogi wystawały już przed namiotem.  Później spektakl pokazywano w katowickim Spodku i pięć razy pod rząd widownia była pełna. Donosił o tym nawet Dziennik Telewizyjny. Opinie oczywiście – jak zawsze – były podzielone. Jedni twierdzili, że spektakl jest zbyt wesoły, za dużo w nim muzyki, inni zachwycali się jeżdżącymi fortepianami i… lokomotywą. Ta była prawdziwa, wjeżdżała ze skrzydłami nietoperza, z gwizdem i fajerwerkami.

Nie tylko w Polsce spektakle STU przyciągały tłumy. W Meksyku w latach 70. Teatr STU grał w salach na co najmniej dwa tysiące widzów. „Exodus” (1974) w Auditorio Nacional został wystawiony dla 12 tysięcy osób – to więcej niż mógłby pomieścić wspomniany wcześniej Spodek. Poza tym zdarzyło się też występować z tą sztuką na schodach przed muzeum w Guanajuato, a to wydarzenie było transmitowane przez publiczną telewizję meksykańską. Symbole i metafory w przedstawieniu były najważniejsze, więc bariera językowa nie miała znaczenia. Szczególnie wymowne okazało się celebrowane przemywanie oczu przez aktorów, „aby odzyskały zdolność widzenia spraw istotnych” oraz pokonywanie własnych ograniczeń, m.in. wstydu przed nagością (o tym szerzej pisze Krystyna Latawiec w tekście Exodus teatru Stu – polski wariant kontestacji). Do tego znany już w Teatrze STU rozmach realizacyjny – płonące płachty papieru, wielki stół, do którego przywiązani byli aktorzy oraz hipnotyzujące  efekty stroboskopowe.

Exodus (fot. Bogumił Opioła, Archiwum Teatru Alternatywnego, Instytut Teatralny)
Exodus (fot. Bogumił Opioła, Archiwum Teatru Alternatywnego, Instytut Teatralny)

To tylko dwa przykłady widowiskowych spektakli z bogatej historii Teatru Stu. Przez kilkadziesiąt lat teatr się jednak musiał zmienić, chociaż odwaga i kreatywność w realizacji spektakli pozostały niezmienne.

BYLIŚMY RODZINĄ ZBUNTOWANĄ

Olgierd Łukaszewicz we wspomnieniach wydanych dekadę temu (z okazji 40-lecia Teatru Stu) podkreśla, że Jasiński miał ducha rewolucjonisty. „STU wyrósł na bazie doświadczeń marca 1968 roku. Krzysztof należał do przywódców studenckich. Byliśmy wsłuchani w to, co ma nam do powiedzenia, choć nie bardzo wiedzieliśmy o co w tym wszystkim chodzi. (…) To, że dojrzeliśmy (…), że się jakoś określiliśmy, to była zasługa edukacji pozaszkolnej odbieranej m.in. u Jasińkiego”. Jan Kanty Pawluśkiewicz, który komponował muzykę do wspomnianej „Szalonej lokomotywy”, dodaje: „Zawsze świetnie mi się pracowało z Jasińskim. On uchodzi za potwora, a ja uważam, że to jest spokojny facet, który musi trochę grać ostrego, „rzucać kurwami”, żeby się go bali. Ja nigdy się go nie bałem (…)”. Iwona Bielska również zetknęła się na swojej ścieżce zawodowej z Teatrem Stu, jednak już po „okresie hippisowskim”. Jak sama wspomina, po latach „wszyscy wydorośleli. Przede wszystkim wydoroślał lider, a to pociagnęło za sobą zmianę tego miejsca. Krzysiek z niezwykłą intuicją wyczuwa prawa rynku. (…) W pewnym momencie prawdopodobnie zrozumiał, że nie można w nienaturalny sposób tego wszystkiego ciągnąć i udawać, że nadal jesteśmy hippisami, skoro już nimi nie jesteśmy.”

„Publiczność przestała przychodzić na ekscesy artystyczne, typu „Szalona lokomotywa”. Inaczej jest, jeśli się gra od czasu do czasu, przecież teatr Tadeusza Kantora nie mógłby grać codziennie. Kiedy był dwa razy w roku w Krakowie, a nawet rzadziej, to było święto. Natomiast teatr repertuarowy, jakim jest Teatr STU, musi wiedzieć dla kogo gra” – potwierdza dyrektor Krzysztof Jasiński.

Mały Książę (na zdj. Włodzimierz Jasiński jako Król, fot. Paweł Nowosławski, mat.pras.)
Mały Książę (na zdj. Andrzej Róg jako Król, fot. Paweł Nowosławski, mat.pras.)
Mały Książę (na zdj. Marcel Borowiec jako Pilot, fot. Paweł Nowosławski, mat.pras.)
Mały Książę (na zdj. Marcel Borowiec jako Pilot, fot. Paweł Nowosławski, mat.pras.)

A że najlepiej grać dla jak najszerszej publiczności, w STU są również spektakle dla dzieci. Sceniczna adaptacja „Małego Księcia” została wyróżniona m.in. na gali Słoneczników 2016 (to nagrody tym cenniejsze, że przyznawane przez rodziców). Była też w programie największej europejskiej imprezy o tej tematyce, Festiwalu Literatury dla Dzieci. Najmłodszej publiki wcale nie traktuje się inaczej, są to równie ważni dla teatru widzowie: „Pierwsze olśnienie teatrem przeżywają u nas. I będą je pamiętać do końca życia” – mówi Krzysztof Jasiński.

W Fundacji STU pracują społecznie ludzie najbardziej związani z Teatrem STU. To ważne, bo dzięki temu widać, że zależy im na samym teatrze i na tym, by nadal było o nim głośno. Obecnie przygotowują album jubileuszowy z okazji 50-lecia istnienia STU. Z pewnością będzie to bardzo gruba księga.

Materiał powstał w ramach projektu Życzliwa Polska ma Sens, sponsorowanego przez Fundację PZU

logo-pzu