One night in Bangkok

Marysia Rutkowska

O wspomnianej 5 rano w drodze do hotelu mijaliśmy stada półnagich dam (Boże, te nerki na wierzchu!) i podchmielonych panów, którzy wszystkim grozili śmiercią albo zgwałceniem matki. Podobno pierwsze wrażenie jest najważniejsze, ja byłam zachwycona.

 

Zbliżają się moje urodziny. Co prawda dopiero 22 lata na karku, na twarzy szesnastka, przez co ciągle pytają mnie o dowód, więc nie narzekam (podobno dobre geny po mamie). W tym roku planuję oblać to zacne wydarzenie w pubie z gronem znajomych. Rok temu prawie całą moją urodzinową dobę spędziłam w autobusie do Bangkoku. W sumie nie było źle.

Do Bangkoku zajechaliśmy o 5 nad ranem. W głowie ciągle miałam piosenkę „One night in Bangkok”, co miało okazać się mało trafne, bo do tego miasta pasuje bardziej „Everycrazynight in Bangkok”. O wspomnianej 5 rano w drodze do hotelu mijaliśmy stada półnagich dam (Boże, te nerki na wierzchu!) i podchmielonych panów, którzy wszystkim grozili śmiercią albo zgwałceniem matki.

Podobno pierwsze wrażenie jest najważniejsze, ja byłam zachwycona.

Jeśli miałabym wymienić jedno słowo, z którym kojarzy mi się stolica Tajlandii, byłoby to złoto. Złoto w oczach sprzedawców, złoto na biżuterii za 3zł sztuka, złoto na świątyniach. Z tym że to ostatnie chyba było prawdziwe.

W Bangkoku spędziliśmy kilka wesołych dni w lutym, czekając na odbiór wizy do Wietnamu, i kilka jeszcze weselszych dni w kwietniu, czekając na wizę Kevina do Birmy i mój lot powrotny do domu. To miasto jest SZALONE. I nie chodzi mi tylko o Khao San Road, najbardziej oblegane miejsce przez turystów, żądających tanich podróbek Chanelle czy Luigi Vitong i ping-pong show (wiadomo jakie panie wyrzucają piłeczkę do ping-ponga, wiadomo skąd). Wszędzie, dosłownie wszędzie panuje chaos, ale jest to najpiękniejszy chaos na świecie.

Khao San Road jest najsławniejszą ulicą Bangkoku. To tutaj przed wejściem do każdej restauracji możesz spotkać piękną hostessę z siusiakiem bądź pana sprzedającego pieczone skorpiony za 1 Euro (zdjęcie na tle stoiska w cenie). To właśnie tutaj znajdziesz pamiątki dla całej rodziny, tkane szale, drewniane figurki słoni, czy wyplataną na miejscu bransoletkę, na której jest napisane „I love stinkingcunt”, zrobioną przez przeuroczą staruszkę w jakieś 10 minut. To tutaj możesz zakosztować grzechu i nie martwić się, że ktokolwiek będzie pamiętał, ponieważ wszyscy są wiecznie pijani.

W Bangkoku można poruszać się po mieście na kilka sposobów, ale turyści głównie wybierają dwa środki transportu (o ile ktokolwiek decyduje się wyruszyć gdzieś poza okolice Khao San Road) – rozklekotany autobus albo tramwaj wodny (cholera nie wiem jak to nazwać po polsku, wodny? Rzeczny?). Autobusów jest po prostu mnóstwo i najczęściej nie wiadomo, gdzie dokładnie jadą. Moje serce skradł tramwaj rzeczny. System wygląda tak – kupujesz bilet w okienku, czekasz na gumowym pomoście (na którym łatwo o chorobę morską, bo buja się jak go fantazja poniesie), podpływa łódka, wskakujesz do niej tak, żeby się przy okazji nie powiesić na linie albo nie utonąć i voilà – możesz ruszać. Co bogatsi podróżnicy mogą pokusić się na rajd tuk-tukiem, ale kierowcy niesamowicie oszukują na cenach i przy okazji zabiorą was do kilkunastu sklepów, z których nie dacie rady się wydostać, nie kupując najpierw połowy asortymentu (wszyscy kierowcy mają różnego rodzaju umowy z właścicielami sklepów, na przykład podwiozą was do Chinatown prawie za darmo, ale tylko jak kupicie futro z dzika i trzy skórzane paski w „butiku” jego znajomego)

Jak po alkoholowym szale w Khao San Road ma się jeszcze siłę na zwiedzanie, to na pewno jest w czym wybierać. Świątynia Wat Pho, z ogromnym posągiem Buddy, Wat Traimit, Pałac Królewski, Wat PhraKaew ze szmaragdowym Buddą i jakieś 198264 innych świątyń.Każda z nich jest ozłocona z każdej możliwej strony tak, że światło odbijające się od ścian i dachów cię oślepia i przez kolejne kilka godzin widzisz kolorowe kropki przy każdym mrugnięciu. Piękne parki położone w tej „lepszej”, businessowej części miasta, niezliczone centra handlowe (a w nich klimatyzacja, cudowna klimatyzacja!), małe uliczki, z których nie wiadomo czy wyjdziesz cało, czy bez jednej nerki. No i oczywiście położony niedaleko stolicy Tajlandii targ wodny – stragany w formie prowizorycznych drewnianych łódek, a w nich babuszki sprzedające świeże owoce albo pamiątki.

Wszędzie są tłumy, wszędzie mogą cię okraść, wszędzie jest duszno i gorąco i wszędzie czujesz, że wizyta w Bangkoku to niezapomniane przeżycie. Będąc tam, często przeklinałam stanie w kolejkach, wiecznie przyklejone do czoła spocone włosy i wszechobecny hałas, ale jednocześnie byłam zauroczona tym miastem.

Bangkok jest tak niesamowitym miejscem, że nawet całodzienna podróż do miasta i urodziny spędzone w autokarze nie przeszkodziły mi zakochać się od pierwszego wejrzenia. Ta kosmiczna mieszanka raju i piekła w jednym ciągle mnie pociąga i czuję, że czeka mnie jeszcze wiele długich wieczorów na Khao San Road.

Opowieści Marysi przedstawiamy w ramach cyklu „Świat ma Sens”. Prezentujemy w nim poruszające historie ze świata, przywołujemy inspirujące sylwetki osób, które małymi krokami zmieniają rzeczywistość oraz zachęcamy do odkrywania najbardziej niesamowitych zakątków naszego globu.