Opowiastki z życia nieboszczyka

Marek Jastrząb

Wychowanie, kształtowanie charakterów naszych dzieci, to gra. Nie w to, kto kogo pokona, lecz w to, czy uczeń przewyższy mistrza.

 

Obrazek z podróży. Znajomy siedział w kolejowej wagonetce i przez chwilę był w niej sam. Ale że nic co przyjemne nie trwa wiecznie, na następnej stacji wtarabaniła się do przedziału rodzina w składzie dwóch ludzi przeciwnej płci oraz trzech małolatów żujących gumę. Po krótkiej szermierce słownej na wyboisty temat umieszczenia walizek i kto powinien to zrobić, towarzystwo umościło się na kanapach i zapanował złowieszczy spokój trwający aż do końca ich podróży.

Facet podobny do głowy rodziny zanurzył nos w gazecie sportowej, kobieta wyglądająca na matkę trójki brzdąców zaczęła wyciągać z pindli i odzierać ze skorupek jaja na twardo, a na koniec wetknęła każdej latorośli po jednym prosto w rozdziawioną japę. Tak dokarmione pisklęta wydobyły ze swoich kieszeni trzy wypasione komórki oraz trzy empetrójki i jak na komendę jęły stukać, cykać i wysyłać w eter esemesy, kiwać się do taktu i – wdzięcznie grzdukając – dławić resztkami wspomnień po jajcach.

Znajomy powiedział mi, że przez całą drogę podziwiał ten  rodzinny spektakl i nie mógł wykaraskać się ze zdumienia na widok odbywającej się przed nim pantomimy. Cała piątka zajęta była wyłącznie sobą i nikogo z nich nie interesowało, co dzieje się obok; tato międlił wzrokiem jakąś tabelę z wynikami futbolowych rozgrywek, mamcia tkwiła w plotkarskich bombach bliżej nieokreślonego czytadełka, milusińscy oddawali się atrakcjom wirtualnych czynności, a żadne z tych indywiduów ani razu nie spojrzało w okno, nie zapytało, co to się tak za nim przesuwa, jakie to miasto, jezioro czy góra.

*

Jaki jest sens zastanawiania się nad obecną, pedagogiczną mizerią? Szukania powodów zła? Sens jest ogromny, a problem polega na tym, że nasi postkulturalni władcy żadnego zła, żadnej mizerii, w obecnym wychowaniu – nie widzą. Na tym, że nie dostrzegają przymusu dokonania zmian. Zmian, czyli powrotu do niegdysiejszej normalności.

Są dwie „metody” wychowywania: pierwsza nazywa się normalna, druga – bezstresowa. Wychowanie bezstresowe powinno nazywać się wychowaniem dla świętego spokoju; winno mówić się o nim, że jest fikcyjnym wychowywaniem bez barier.  Bez barier, czyli – bez wspólnej rozmowy z dzieckiem, kontaktu z nim, bez ustalenia granic, czego mu nie wolno, a co musi. Winno więc nosić miano wychowywania luzackiego, gdyż nie wzbrania niczego, a pozwala na wszystko. Stosowane jest dla naszej leniwej wygody, dla naszego komfortu. Pełne arbitralnych postanowień, jednostronnych uzgodnień i braku wspólnych kryteriów. Braku zasad. Jednoznacznych określeń prawideł gry.

Wychowanie, kształtowanie charakterów naszych dzieci, to gra. Nie w to, kto kogo pokona, lecz w to, czy uczeń przewyższy mistrza. Nie jesteśmy dla naszych dzieci – przewodnikami po życiu; prawdziwe partnerstwo nie sprowadza się do potakiwania, do zgody na dziecięcą wizję świata. Prawdziwe partnerstwo sprowadza się do tłumaczenia, wyjaśniania, interpretowania dziecku złożoności życia. A także – uczenia szacunku, akceptacji i tolerancji dla światopoglądowej odmienności.

Tyle teoria. W praktyce, jesteśmy dla nich albo dostawcami frajdy, albo – nie znoszącymi sprzeciwu nauczycielami strachu, hipokryzji i alienacji, bo przyszło nam się zająć hodowlą swoich, lub cudzych dzieci, przekazywaniem nauki o samotnym przebywaniu w nierzeczywistości. Dla świętego spokoju nie reagujemy.

Zadowalamy się życiem pozornym. Osobnym trwaniem. Wzajemnym schodzeniem sobie z drogi. Ojciec ma swoje kłopoty, córka, lub syn – też. „Stary” ma na frasunki- gazetę, piwo i worek treningowy w postaci oblubienicy, synek, czy córka siedzą w komputerowych grach. Siedzą i milczą. Nie ma między nimi więzi, sympatii, jakiegokolwiek zrozumienia. Jest za to nasilająca się obojętność, agresja i naiwne pytanie: dlaczego mam tylko kumpli, a nie mam przyjaciół?

Jak pokolenie naszych rodziców, zauroczone bezstresowym wychowywaniem, jak poczciwa zgraja naszych „wychowawców”, która uwzięła się być dla nas PARTNERAMI- kumplami spod śmietnika, totumfackimi niemal, a nie  przewodnikami po zawiłościach życia, tak i my robimy ze swoimi pociechami to samo. Pozwalamy im na każdy kaprys, a postępujemy tak mówiąc sobie: niech ma lepiej, niż ja, niech mi wkręci nos w imadło, bo inaczej wyrośnie na zakompleksionego pedofila.

*

Przyczyn obecnego stanu należy poszukiwać  w nas. To znaczy – w szkole, w rodzicach, w nieistniejącym domu rodzinnym, w brakujących więziach międzypokoleniowychklanów. Nauczyciel, ojciec, matka, pokolenie starszych, są to teraz pedagogicznie chwiejne, niewykwalifikowane  kpy zajęte jojczeniem na sprokurowany przez siebie świat. Na świat pełen nienawiści, podejrzliwości, agresji. Na świat traktowany jako wrogie człowiekowi otoczenie. Otoczenie, od którego TRZEBA się izolować.

To my jesteśmy odpowiedzialni za młodzież. Za jej etyczny obraz. To my nie kształcimy w niej zasad tolerancji wobec bliźniego,  miłości do ludzi, nie dbamy o uczenie jej współżycia z resztą społeczeństwa, wrażliwości, zrozumienia i szacunku  dla  innych, optymizmu i zaufania, otwartości i alergii na piękno. To my wciskamy nowym pokoleniom nasz sceptycyzm i nasze fobie.

W myśl powiedzenia, że po nas choćby potop, wszystkim wszystko zwisa; dzisiejszy nauczyciel nie zajmuje się uczniami, bo uczeń, to tylko dodatek do pensji, a rodzice nie zaprzątają sobie głowy problemami syna, czy córki. Szkoła zwala winę na dom, dom na szkołę, a dzieciak lata po ulicy i szuka frajera do glanowania.

*

Ile to już razy przymierzałem się do spraw związanych z wychowaniem i ile to razy nic mi z tych przymiarek nie wychodziło, ten tylko stwierdzi, kto na własnej skórze doświadczył, co to jest gadka nerwowego dziadka. Większość potępia profilaktyczne wciry, rózgę, straszenie jej eksploatacją, siłowe namawianie do posłuszeństwa. Większość jest za wytrwałą rozmową, konsekwentną perswazją, benedyktyńskim tłumaczeniem, wyjaśnianiem, dawaniem przykładu, pokazywaniem, jak trzeba iść, by nie wejść w placek.

Czytam swoje stare teksty na tematy pedagogiczne i czuję, że sprawa ta mało kogo obchodzi, oczywiście poza mną i paroma zwolennikami używania wobec dzieci argumentu pydy. A dlaczego, opowiem przytaczając zwierzenia sąsiada z bloku:

„Też byłem wyznawcą miłości bez stosowania kar cielesnych, zagorzałym amatorem partnerstwa w rodzinie, lecz przeszło mi, kiedy od własnego syna dostałem drzwiami w nos, gdy dzieciak, z którym chciałem porozmawiać, spokojnie wyłuszczyć mu, co robi niedobrze, zamknął je przede mną z hukiem, a zrobił to z oburzonym trzaśnięciem wzmocnionym ordynarną wiąchą, czym do reszty wyprowadził mnie z równowagi.

Nie wiem, skąd znał te słowa. U nas w domu nie ma zwyczaju przeklinania; lepsza połowa jest małomówna, opanowana, przedkładająca kompromis nad zapiekły jazgot, nigdy nie podnosi głosu, mnie również trudno posądzić o rynsztokową polszczyznę.

Prowadzimy życie skromne, ja pracuję, żona też. We dwójkę udaje się nam powiązać koniec z końcem. Trochę to dziwne, bo u moich rodziców do roboty chodził tylko ojciec. Mama nie, mama siedziała w chałupie jako zdeklarowana kura domowa, dbała o rodzinę i zajmowała się nią w sposób tradycyjny, to znaczy prała, sprzątała, ręce po łokcie urabiała, mimo to przecież, kiedy ojciec przynosił pensję, mogliśmy sobie pozwolić na deczko więcej, na chwilę wytchnienia, oderwania się od powszedniej orki; częściej bywaliśmy poza miastem, na łonie przyrody, a jak nie chcieliśmy wyjeżdżać z miasta, to i w botaniku czy w parku.

Teraz zasuwam ja, połowica zapiernicza również, nie mamy chwili wolnej od syzyfowej utyrki, a i tak ledwie starcza na utrzymanie. Wydatków mamy więcej, niż powodów do finansowego zadowolenia, musimy więc korygować zachcianki, pilnować się, by nikt nas nie rąbnął na chudej kasie.

Nie szarpiemy się na luksusy, toteż ledwie raz w miesiącu stać nas na pójście do teatru czy kupienie książki. Za to mały ma więcej niż my w jego wieku. Robimy, co możemy: chodzi do kina, pozwalamy mu spraszać kumpli do domu, ale woli nie, woli, jak nikt go nie odwiedza, a gdy go pytamy, dlaczego tak i czy ma o coś pretensje, patrzy spode łba i odpowiada, że są z nas życiowe niezguły, że się nas wstydzi, bo niczego się nie dorobiliśmy, podczas gdy reszta z jego klasy dysponuje własnymi pokojami, w których rządzi jak chce, z forsą się nie liczy, mają obrotnych rodziców na opłacalnych stanowiskach, rodziców, co to staną w ich obronie i potrafią ustawić do pionu fikającego belfra.

A u nas bryndza, ciasnota, cała trójka na kupie no i muzy nie ma gdzie posłuchać, nie mówiąc o tym, że komputer, to marzenie. Coraz częściej jest wobec nas bezczelny, arogancki, opryskliwy, zamknięty w sobie, więc ostatnio, na osłodę, kupiliśmy mu komórkę, bo narzekał, że tylko on jej nie ma i że się nabijają, mają go za ubogiego krewnego, za nic nie znaczące popychadło, traktują z góry, z wyżyn swoich smartfonów, laptopów i kieszonkowego.

Lecz komórka nie pomogła. Była co prawda tania, ale ciut nie na czasie, retro i z lekka obciachowa, jak nam wczoraj oznajmił, jak w nas bluznął w chwili rozsierdzenia.

Nawet go rozumiem; uczyliśmy go szacunku do człowieka, rzetelności, odpowiedzialności za własne czyny, podczas gdy podobne nauki budziły w jego koleżkach pusty śmiech, rechot zastępujący jakiekolwiek argumenty. Nie byliśmy dzisiejsi; wpoiliśmy mu nieaktualne zasady. Wymagaliśmy od niego przestrzegania wczorajszych norm i sensownych praw; wszczepiliśmy w niego te, co obowiązywały nas, co nam wyznaczały miejsce w społecznej hierarchii. Przygotowaliśmy go do istnienia w świecie, którego już nie ma, w którym ojciec, to był wychowawczy autorytet, niekwestionowana głowa rodziny, mama to była mama, kobieta, którą należało czcić, choćby za bezwarunkową czułość objawianą dzieciom.

Ale jak ojciec, czyli ja, nie jest już głową rodziny, tylko łysą pałą i żadna z niego alfa i omega, lecz upierdliwy facet, tak i otaczający świat sparszywiał i przeszedł gruntowną metamorfozę: przeobraził się w powierzchowny stek guseł, sztuczek, bajkowych pewników zaczerpniętych z niedouczenia, wyniesionych z podwórka czy ulic, jedynych akademii obdarzonych wychowawczą charyzmą. Toteż skołowany, pogubiony w nim, nie bardzo się orientuje, w co ma wierzyć. Przerobiliśmy go na swoje kopyto zapominając, że prawa i wymogi obowiązujące w naszym świecie, w jego, straciły poprzednią moc, że mu tym samym zaszkodziliśmy.”

Po tym przydługim i samokrytycznym zwierzeniu, mój sąsiad zwiesił głowę w nadziei, że zacznę mu współczuć, chwalić za roztropność względem zachowania syna. Wyraźnie oczekiwał, iż przyznam mu rację i oświadczę coś w rodzaju: „słusznieś uczynił, ziomal”.

Ale się nie doczekał, bo rzekłem mu w ten deseń: „chamstwo w zarodku tępić trzeba, a nie usprawiedliwiać po czasie. Nie wolno mu pobłażać, bo jak folgujesz, to odpuszczasz, automatycznie zgadzasz się z dzieciakiem, co w efekcie wygląda, jakbyś mu pozwalał na wybór postępowania: we wtorek możesz być kanalią, bo idziesz do szkoły, a w środę uczciwym człowiekiem, bo przychodzi babcia.

Synuś powinien mieć określone granice, ma wiedzieć, co mu wolno, a czego nie. Otóż kanalią nie może być ani we wtorek, ani w inny dzień tygodnia. I tak mu klaruj póki masz nieco sił w płuckach. A ty go uczysz niekonsekwencji. Już teraz jest z niego arogant i wulgarysta. Niedługo doczekasz się, że sprawi ci solidne bęcki. I wtedy mów, że go rozumiesz.

Co powiedziałby ci byle psycholog, profesjonalista z wieloletnią praktyką w zawodzie. O ile zostałby dopuszczony do zabrania głosu. O ile nie zakrzyczałby go jakiś cymbał wykształcony na pedagogicznych nowinkach. Powiedziałby ci też, na czym polega całe to osławione wychowanie bezstresowe i jak ta słuszna koncepcja zamieniła się w karykaturę.

Między innymi toczone są niepotrzebne spory o bicie. Zdaniem każdego rozsądnego pedagoga nie chodzi o wywoływanie strachu przed sadystycznym katowaniem, ale o klapsa, o napomnienie, zdyscyplinowanie, zademonstrowanie, że nie aprobuje się aspołecznych działań.

Najdalej w zakresie wzmiankowanej głupoty poszła Szwecja. Doprowadziła do tego, że ojciec i matka boją się własnego dziecka, z czego wynika, że ma ono nieograniczoną władzę nad rodzicami. U nas obserwujemy tego początki w szkole. Widać to choćby po lekturze Kodeksu Ucznia, gdzie większość z nich powołuje się na długą listę swoich praw, natomiast o obowiązkach nie mówi nic lub prawie.

Moim (i nie tylko) zdaniem, pomiędzy uczniem a nauczycielem muszą być zachowane normy przestrzegania pełnionych ról. Gimnazjalista, to nie jest kumpel pedagoga i nie uchodzi iść z nim w tango czy mówić do niego per koleś lub zgred. Podobnie pedagog; nie może traktować ucznia jak rówieśnika, tylko jak młodszego partnera, któremu trzeba pokazać, którędy do wiedzy.

Marek Jastrząb – felietonista portalu Polska ma Sens, autor cyklu „Obserwacje Marka Jastrzębia”.

Marek Jastrząb

@ chcesz wyrazić swoje zdanie? Twój głos ma Sens! napisz: info@polskamasens.pl