Osiatyński. W poszukiwaniu drogowskazu

Kamila Dorbach

„A wiec są sprawy wielkie, czasem najważniejsze w życiu, które dzieją się niemalże bez naszego udziału. Z naszej strony potrzebna jest tylko gotowość i akceptacja. Tak, by w czasie burzy nie rzucać się w morze, lecz ufnie czekać”.

Był 1922 rok, kiedy paryskie pismo „L’Intransigeant” zadało swoim czytelnikom pytanie wyjątkowo trudne:

„Amerykański uczony głosi, ze nadchodzi koniec świata, w wyniku którego znaczna część kontynentu ulegnie zniszczeniu w sposób tak nagły, że pewna śmierć spotka miliony ludzi. Gdyby to miało się spełnić, jak Pana/Pani zdaniem zachowaliby się ludzie w okresie między chwilą, w której uzyskaliby pewność co do zagłady, a chwila, w której by się ona dokonała? Jak pan/pani zachowałby się w tej sytuacji”.

Mnie osobiście najbliżej do odpowiedzi pewnej paryskiej aktorki, która na łamach gazety wyraziła przekonanie, że mężczyźni wyzbyliby się wszelkich zahamowań  wobec pewności, iż żadne postępki nie pociągną konsekwencji. Większość odpowiedzi mówiła jednak o egzystencjalnych kontemplacjach lub partyjce brydża. Całość pochodzi z książki Alaina De Bottona, który na dwustu uroczych stronach studiuje, w jaki sposób czerpać z twórczości Marcela Prousta.

Agata Passent napisała na swoim facebooku, że książki Osiatyńskiego wyleczyły więcej ludzi niż ministerstwo zdrowia. A jeszcze ktoś, że był wybitnym prawnikiem, a jeszcze ktoś inny, że był spoko gościem, ktoś cytuje jego ostatni wywiad. Tyle nam zostawił spuścizny w tematach społecznych i politycznych, pisał o Wolności, pisał o Europie i tym, co żeśmy sobie dzisiaj w Polsce zgotowali. Dobrze to znam. Wiadomość o jego odejściu zastała mnie w jakimś przydługaśnym opisie trawy i słońca we „W stronę Swanna”. Dochodziła północ i zaczęłam nerwowo szukać wszystkich książek: „Rehab”, „Litacja”, „Rehalilitacja” „Alkoholizm” i wreszcie „Drogowskazy”..

I pomyślałam, że trzeba tych książek bronić w imię przyjaźni. Widzę go w długim czarnym płaszczu na bankiecie po Wypominkach Tischnerowskich. Uprzejmie proponuje mi spotkanie na kieliszek wina, a ja trzymając w ręku kieliszek wina odmawiam, bo przecież jestem na etapie czytania jego książek… Zabrakło mi języka w gębie.. Osiatyński śmieje się i przewraca oczami. Jak napisze w swoich rozważaniach: „Tischner nauczył mnie otwartości na drugiego człowieka. Człowiek nie jest skończony – mówił Tischner – dopełnia go inny. A zatem człowiek staje się sobą w dialogu i uczestnictwie”. Ta wspaniała zdolność do rozumienia drugiego człowieka nie prowadzi jednak do budujących wniosków. „Nie sposób zrozumieć  uzależnienia ani pomóc, nie dostrzegając iluzorycznie pozytywnej roli jaką jest nałóg, a w szczególności system zakłamania. (..) Alkoholik wierzy w to, co myśli. Przede wszystkim wierzy, że nie jest alkoholikiem”.

Brzmi znajomo? Niech sobie tu każdy wrzuci co zechce: pieniądze, seks, zakupy, praca, jedzenie, władza. „Wszystko od czego się uzależniamy, na początku nam służy. Uzależnić możemy się od tego co nam służy, co sprawia nam satysfakcję, dostarcza zadowolenia, poczucia sukcesu, zapewnia uznanie ze strony innych”.

Na cały rehabilitacyjny cykl powieściowy należy bowiem patrzeć jak na list wysłany do dobrego kumpla, poszukiwaniu uwagi w chwilach obojętności, zrozumienia w niedopowiedzeniu. Wbrew tym zbieżnościom każdy, kto czytał, jeśli już czytał, znalazł tam siebie, nie w strategii intelektualnej, ale ciepłej, uczuciowej, znajomej.  „To jest łkanie człowieka, któremu rozpadł się świat złudzeń. Ale inni ludzie nie rozumieją tego łkania. Często potępiają upadłych. Drwią z nich tym bardziej, im mniej są skłonni przyznać, jak niewielka granica dzieli jednych od drugich. A przecież każdy ma w sobie jakieś pękniecie, nawet gdy na pozór jest zdrowy i skuteczny”. Tak przenikliwa analiza o rzeczach tak niewygodnych każe twierdzić, że człowiek ma nie tylko o sobie decydować, ale także ciągle nadawać sens swojemu życiu.

I teraz myślę, jak Pan profesor odpowiedziałby na pytanie gazety „L’Intransigeant”?

Może trawestując cenionego przez siebie Scotta Pecka, któremu poświecił cykl „W poszukiwaniu kamienia, człowiek wśród megalitów” (1996): „W czasie terapii Peck próbował przekonać, że starość to okres duchowości, przygotowania na nieznane, abdykacji z roli kontrolera świata. Bez wiary i duchowości trudniej też zaakceptować śmierć. Starość, a zwłaszcza poczucie nadchodzącej śmierci, bywa powodem depresji i rozpaczy. Ale nie każdy wpada w rozpacz. Ten, kto nie jest zdolny abdykować z roli władcy swojego życia, wpadnie w rozpacz”.

Albo drogiego mu Tischnera. „Wtedy potrzebna jest nadzieja. Przychodzi ona od drugiego człowieka, choć nie od każdego. Nadzieja przychodzi od kogoś , kto wyciągnie rękę i powie: „chodź ze mną. Ja też tam byłem, gdzie ty dziś jesteś. Ja też czułem lęk, gniew, samotność, poczucie winy i wstyd’”.

„W czasach burzy i zawieruchy ogromnym aktem odwagi bywa samo czekanie na znak, na zbawienie, na łaskę, która wyprowadzi nas z mroków ciemniej nocy.”

I może podsumowałby tak:

„A wiec są sprawy wielkie, czasem najważniejsze w życiu, które dzieją się niemalże bez naszego udziału. Z naszej strony potrzebna jest tylko gotowość i akceptacja. Tak, by w czasie burzy nie rzucać się w morze, lecz ufnie czekać”.

Wszystkie cytaty profesora pochodzą (w moim wypadku – z wyświechtanej i rozpadającej się książki „Drogowskazy”, Wyd. Iskry, 2013).

Do zobaczenia Panie Profesorze.