Pani Ziuta

Witold Bereś

felietonzyczliwy

– Czego od chrześcijaństwa oczekuje świat po Auschwitz i Kołymie? – to pytanie lubi stawiać Józefa Hennelowa.

Życzliwość jest cechą ludzką, ale wszak nie każdy ją posiada. Miałem to szczęście, że w redakcji „Tygodnika Powszechnego” poznałem wielu bardzo życzliwych ludzi.

Pani Ziuta jest tu kimś niezwykłym.

*

Jest od zawsze – jak najsłuszniej – kojarzona z Tygodnikiem.
Była w nim przecież od początku. Urodzona w Wilnie w 1925 (z domu: Golmont) – tyglu kultur i miejscu krzyżowania się różnych narodowości, gdzie istotą rzeczy jest szacunek dla innego. Gdy ma dwa lata, na gruźlicę umiera jej matka. Ojciec, krawiec, poświęca się opiece nad nią i jej starszą siostrą. W Wilnie kończy gimnazjum benedyktynek, tam też przeżywa okupację. Jako harcerka podziemnych „Szarych Szeregów” prowadzi wtedy tajne komplety dla maluchów. A jej nauczycielem na kompletach licealnych jest Stanisław Stomma, z którym po wojnie spotka się w Tygodniku.

Po wejściu Sowietów nie przystaje na propozycję przełożonej z harcerstwa, by dalej angażować się w konspirację. Uważa, że przyda się bardziej, gdy trzeba będzie brać udział w zmienianiu życia duchowego w powojennej Polsce. Taki plan mają też inni wychowankowie duszpasterstwa ojca Jacka Matusewicza u św. Katarzyny. Dziś Hennelowa ma wyrzuty sumienia z powodu tamtej odmowy: „Jakoś się wykpiłam od tego wspólnego losu, który może trzeba było przeżyć”.
Do wyjazdu z Wilna, miejsca – jak zauważa prof. Tadeusz Lubelski – „związanego z polską tradycją romantyczną, naznaczonego szczególnym poczuciem odpowiedzialności, ale też tragizmem wzmocnionym przez doświadczenie generacyjne – że trzeba było je opuścić”, jej rodzina zostaje zmuszona w lipcu 1946. Wśród tych, którzy muszą opuścić Wileńszczyznę jest też Tadeusz Konwicki, który potem, na co zwraca uwagę Lubelski, „stale porównuje własne tu i teraz z czymś, co mogło być, czyli z życiorysem, który byłby możliwy, gdyby się nie straciło świata swojego dzieciństwa”.

Po 1989, kiedy już nie będzie cenzury, w Tygodniku zacznie sporo pisać o Litwie. Wtedy niektórzy Litwini zarzucać jej będą propolskość, a Polacy – prolitewskość. A jej się marzy, by oba narody żyły w przyjaźni.
Po przyjeździe do Krakowa rzuca praktykowaną w dzieciństwie grę na skrzypcach, bo rodzina u której mieszka nie życzy sobie, by ćwiczyła. Studiuje polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Spotyka wileńskich znajomych: Stommę, Gołubiewa, Jasienicę. To oni protegują ją do Tygodnika. Początkowo jest adiustatorką.

Później przyzna, że w tym trudnym czasie wychodzenia z wojennej traumy tym, co ratowało od rozpaczy, było życie towarzyskie:
Szukaliśmy zastępczych źródeł nadziei; chodziliśmy na randki, pamiętam długie włóczęgi z Herbertem po Łazienkach, wyszukiwaliśmy ze Stommą jakieś miodosytnie, urządzaliśmy imieniny świadomie wygłupialskie. Zachowywaliśmy się najmniej poważnie akurat wtedy, kiedy Tygodnik był najbardziej zagrożony, bo po prostu coś trzeba było robić, żeby wciąż nie myśleć tylko o tych koszmarnych rozmowach z władzami”.

Gdy w 1953 Tygodnik zostaje zamknięty, absolwentka polonistyki dostaje pracę księgowej w Instytucie Fizyki Jądrowej. Tam poznaje Jacka Hennela, fizyka jądrowego (dziś profesora), należącego do paczki, która jeździ na narty z Karolem Wojtyłą. Rok później, na ślubie tej pary, przyjaciele z Tygodnika żartują, że trzeba było zamknąć pismo, by Ziuta mogła wyjść za mąż.

Mówi, że nie istniała granica między pracą a życiem prywatnym i że trudno oddać temperaturę tamtych przyjaźni. I tę radość, że jest się razem, że jest na kogo liczyć…
„Gdy jednemu z naszych kolegów, który miał już jedno dziecko, urodziły się bliźniaki, zorganizowaliśmy pogotowie żon. Podjęły dyżury, by przez pierwsze miesiące pomóc koledze i jego małżonce oswoić się z nową sytuacją. Uczestniczyliśmy w swoim życiu. To był jeden z ogromnych darów, któreśmy w życiu dostali – nasza przyjaźń zbiorowa”.

Podobną do tej z lat 50. grozę odczuwa na przełomie 1984-1985, czyli po zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki i podczas tzw. procesu toruńskiego, kiedy to sądzono sprawców zbrodni. Wspomina:
„Strasznie ponury okres. Władze PRL tak sterowały tym procesem esbeków, morderców Popiełuszki, by nie dopuścić do poznania ich zleceniodawców. Zacierano ślady… Jeździłam na te rozprawy. Zetknięcie się z bliska – zresztą dla mnie pierwsze – z tego typu ludźmi, sądzonymi za zabójstwo, to było koszmarne przeżycie. Chodziłam też na krakowskie procesy ludzi niewinnych, mimo że o nich nie pisałam, bo cenzura nigdy by takiego tekstu nie puściła. Ale chcieliśmy, by sądzeni nie czuli się tak totalnie osamotnieni. Po prostu trzeba ich było wesprzeć”.

Wiele tekstów poświęca wychowaniu dzieci, odpowiedzialności za drugą osobę. W Znaku wydaje m.in. My rodzice i U nas w rodzinie. Nasze sprawy rodzinne opracowuje z Markiem Skwarnickim. Twierdzi, że w Polsce za mały nacisk w katolickim dyskursie kładzie się na słowo „możesz”. Uparcie powtarza: „Możesz stworzyć dom nierozchwiany, opierający się ciśnieniom okoliczności”.

Największą jednak poczytnością cieszą się jej, drukowane w różnych cyklach, felietony. Czytelnicy wciąż piszą do niej listy. Zawsze odpisuje. Staje w obronie lekceważonych, bezbronnych, pomaga wychodzić z najrozmaitszych kłopotów. Upomina się o skrzywdzonych, o których mało kto chce pamiętać. Jest znana z intuicji i stawiania tyleż drażliwych, co celnych pytań. Zastanawia się choćby: „Jak księża radzą sobie z ciężarem odpowiedzialności duszpasterskiej? Gdzie szukają pociechy i wsparcia, kiedy pustoszeje im kościół albo kiedy tracą sens pracy? Jak radzą sobie ze stresem, samotnością, rozczarowaniami duszpasterskimi?”

Jacek Woźniakowski powie, że Hennelowa posiadła umiejętność „zadawania pytań elementarnych, kwestionowania konwenansów, niezgody na życie takie, jakie się toczy”.
Hennelowa nie żałuje jednak, że Tygodnik po roku 1989 zaangażował się politycznie – poprzez wejście do parlamentu jej i Krzysztofa Kozłowskiego. Zauważa, że:
„wtedy decydował się kształt Polski na nadchodzące lata. To był czas, gdy należało działać, by wzmacniać dopiero co wywalczoną demokrację. (…). Tak odczytywaliśmy swoje powinności”.

Jacek Woźniakowski zanotuje:
„Oto co pisze Hennelowa o publicznych manifestacjach wiary: »Zawsze się trochę dziwię, gdy tak lekceważąco mówi o prywatności chrześcijaństwa. Przecież tylko prywatność jest własna. A póki chrześcijaństwo nie będzie najgłębiej, najprawdziwiej moje własne, dopóty jego zewnętrzny wyraz nie będzie przekonującym świadectwem. Dla nikogo«.
Wydaje mi się, że namysł nad tym, co to jest świadectwo, towarzyszy Ziucie Hennelowej przez cały czas jej pracy”.

w ramach projektu „Życzliwa Polska ma Sens” – sfinansowano ze środków Fundacji PZU/Partner Fundacja PZU

logo-pzu