Autostopem po 40-tce

Marcin Andrukowicz

I tu następuje cud. Przy naszych plecakach zatrzymuje się żwawe BMW i radosna mina kierowcy zaprasza nas do środka. Okazuje się, że nasz wybawiciel jedzie do samego Poznania, więc uszczęśliwieni rozsiadamy się w fotelach auta. Za oknami łany zbóż, kolorowe pola, na nich uprawy wszelakie.

Piękna nasza Polska cała, czyli autostop po 40-tce

Nazywam się Marcin, a miłość mojego życia i partnerka od ponad 20 lat – Asia. Jesteśmy stateczną i ułożoną rodziną z dwiema prawie dorosłymi córkami (formalnie jedna już jest pełnoletnia). Mieszkamy w Olkuszu w fajnym mieszkanku, chodzimy na zakupy do Biedronki albo do Lidla. Jeździmy na rodzinne wakacje, co prawda nie na all inclusive, a raczej do tanich hotelików na prowincji lub pod namiot. Czyli krótko mówiąc, raczej nie wyłamujemy się za bardzo ze stereotypu typowej mieszczańskiej (wiem, Olkusz to małe miasto), niech będzie małomieszczańskiej, żeby nie powiedzieć drobnomieszczańskiej rodziny połowy drugiej dekady XXI wieku w Polsce.

Czas płynie, kolejne wiosny mijają, dzieci rosną. Czasem tego nie zauważamy, albo nie chcemy zauważać, aż pewnego dnia zupełnie niespodziewanie zderzamy się z sytuacją, o której czasem śniliśmy w nocnych koszmarach.

- Dziewczynki, to gdzie jedziemy w tym roku na wakacje? Chorwacja przez 2 tygodnie, ciepłe morze, nurkowanie, zwiedzanie, co wy na to?

- 2 tygodnie z wami i cały czas w Chorwacji? To nudne. Najwyżej tydzień – odpowiedziały nasze dorosłe i prawie dorosłe córki.

No cóż, kiedyś musiał nastać ten czas, kiedy małe cudowne i słodkie maleństwa wyrosły na długonogie piękności, które mają inne plany. Przełknęliśmy z ukochaną tę gorzką pigułkę i zadaliśmy sobie to kluczowe pytanie: „Co teraz?”. Mamy przed sobą prawie cały tydzień do zagospodarowania we dwoje, całe 6 dni bez dzieci, bez obowiązków rodzinnych. Co z tym dobrobytem zrobić? Samochód, hotel, plaża? Nieee, słabe. Jakaś oferta „last minute” w ekskluzywnym hotelu o wielu gwiazdkach okraszonych obowiązkowo trzeba wielkimi literami – SPA? Jeszcze gorzej. Pustka, brak pomysłów, a w głowie dźwięczy jeno wers z piosenki mistrza Wojciecha Młynarskiego „W co się bawić? W co się bawić? Narasta problem, który jątrzy i przeraża”. I tu pojawia się myśl, myśl tak samo genialna, co zwariowana: „jedziemy autostopem”.

Po chwili ciszy usłyszałem słowa:

- Coś ty, zwariował?

- Nie, mówię zupełnie poważnie – odpowiedziałem

- Ale jak? Takich staruchów mają zabierać jacyś kierowcy? – zapytała mocno zaniepokojona moja żona

- A czym ty się przejmujesz? Masz doświadczenie z wczesnej młodości, więc czego się obawiasz. – uspokajałem.

W sumie, racja. Teraz mamy przewagę, bo mamy karty kredytowe i jak już będziemy mieli dość machania ręką na poboczu drogi, to weźmiemy płatny środek transportu i dojedziemy tam, gdzie będziemy chcieli. – zreflektowała się moja druga połowa

I tak od słowa do słowa, zapadła decyzja – jedziemy autostopem po Polsce. Teraz już tylko pozostało nam spakować plecaki, zakupić specjalistyczną mała tabliczkę suchościeralną wraz ze specjalistycznym flamastrem i w drogę.

zdjecie1

Druga połowa lipca, zaczyna się kolejny upalny dzień, droga Nr 94, Olkusz, przystanek w kierunku Katowic. Ustawiamy się niepewnie, wyciągam tabliczkę i smaruję „Wrocław”. Podaję żonie ze słowami: „To zacznij ty”. Słowo się rzekło, zaczynamy. Jeszcze tylko fotka na Facebook’a i w drogę. Mija 10 minut, zmieniamy się. Mija drugie 10 minut, znów zmieniamy się. Generalnie nic się nie dzieje i nikt nie zwraca na nas uwagi. Tylko słońce wędruje coraz wyżej i grzeje niemiłosiernie. Wtem z zatrzymującego się auta wysiada para młodych ludzi. On bierze plecak i chowa się w głębi pobocza, a ona, pszeniczna blondyna w nadmiernie krótkich spodenkach, wyskakuje prawie na środek drogi i prężąc dumnie klatkę piersiową w kusej koszulce, wystawia kciuk prawej ręki do kierowców. Moja ukochana widząc tę scenkę popada w apatię i mówi

- Nie, przy takiej konkurencji nie mamy żadnych szans.

I rzeczywiście, po kliku minutach zatrzymuje się TIR i zabiera radosną blondynkę wraz z przynależącym do niej chłopakiem, który po zatrzymaniu ciężarówki wyskoczył ochoczo z krzaków. To pogłębiło tylko stan depresyjny Asi i dalszy los naszej wyprawy zawisł na włosku. Nie poddajemy się jednak i postanawiamy walczyć dalej, mimo że duch gaśnie i nadzieja zanika. Nie możemy się jedna poddać tak łatwo, szczególnie, że już zakomunikowaliśmy światu 45 minut temu, że jedziemy autostopem zawojować Polskę. Ach ten internet…

Mijają minuty, nadzieja gaśnie, aż tu nagle od strony Wolbromia wyjeżdża samochód dziarsko prowadzony przez energiczną panią. Auto zatrzymuje się i ze środka wyłania się uśmiechnięta niewiasta ze słowami:

- Dokąd? Wsiadajcie.

Co czym prędzej uczyniliśmy. Kierunek Gliwice! Jedziemy, rozmawiamy, wymieniamy się informacjami o sobie, zachwycamy się wszystkim, dopytujemy się o szczegóły. Dowiadujemy się, że wiezie nas urocza pani, która jak tylko może, to podwozi przydrożnych podróżnych. Właśnie wysadziła jednego pana, gdy my napatoczyliśmy się na jej drodze, więc nacisnęła na hamulec i zabrała nas na dalszą część swojej drogi.

Godzina do Gliwic mija niczym dwie chwile. Czas wysiadać. Ale gdzie? Wokół największy a Polsce węzeł autostradowy, same ślimaki, bezkolizyjne skrzyżowania, estakady i wiadukty. Co robić? Mamy dylemat. Tu bariera, tam podjazd, gdzie indziej zjazd, jeszcze gdzie indziej nasyp; słowem – koszmar. W końcu udaje się nam złapać okazję i po półtorej godziny lądujemy we Wrocławiu. Zlani potem, dyszący w upale, dojeżdżamy do hostelu. Kąpiel relaks, przebiórka i w miasto. Wrocław, Mikrokosmos, wielokulturowość, wielowarstwowość, nieszablonowość. Cudne miasto. Ze wszystkimi swoimi kanałami, zaułkami, knajpeczkami i mostkami. Aż żal się rozstawać.

Wstaje nowy dzień i wstaje dziarski duch autostopowicza. Stajemy na rogatkach miasta i tradycyjnie wyciągamy tabliczkę z napisem „Poznań”. Czas mija, zmieniamy się na froncie walki o okazję, minuty mijają, a efektów nie ma. W końcu mówię:

- Asiu, jak w ciągu 5 minut nie zatrzyma się nikt, to idziemy do pobliskiego McDonalda na kawę.

I tu następuje cud. Przy naszych plecakach zatrzymuje się żwawe BMW i radosna mina kierowcy zaprasza nas do środka. Okazuje się, że nasz wybawiciel jedzie do samego Poznania, więc uszczęśliwieni rozsiadamy się w fotelach auta. Za oknami łany zbóż, kolorowe pola, na nich uprawy wszelakie. Kierowca opowiada nam historię swojego życia, fascynującą i trudną. Wymieniamy się numerami telefonów, obiecujemy sobie rychłe spotkanie, aż kierowca orientuje się, że jesteśmy w centrum Poznania, a on nadłożył kilkanaście kilometrów. Szybko wysiadamy dziękując za podwózkę i ruszamy w miasto. Nie możemy się jednak pozbyć wrażenia, że spotkaliśmy fantastycznego człowieka, że właśnie zatrzasnęliśmy drzwi za autem, gdzie usłyszeliśmy historie, które pozostaną nam w pamięci na długie lata. Łukaszu, dziękujemy ….

zdjecie2

Ruszamy w Poznań! Pierwsze kroki kierujemy do pobliskiej informacji turystycznej, by zasięgnąć informacji, czy przypadkiem nie dzieje się coś ciekawego w mieście. Za progiem urocza pani mówi nam, że wieczorem w Starym Browarze będzie projekcja „Kabaretu” z Lizą Minnelli i Michaelem Yorkiem – super, mamy już plan na wieczór. Ale na razie należało pozachwycać się stolicą Wielkopolski. A że miasto piękne i ciekawe, to zrobił się wieczór i pora na seans filmowy. Spokojnym krokiem podążamy w kierunku Starego Browaru, bez nerwów, w końcu mamy sporo czasu, a idziemy na film retro, który jest prawie naszym równolatkiem. Czyli co, my też jesteśmy retro? Hm …. muszę to przemyśleć.

Przychodzimy na dziedziniec Starego Browaru i doznajemy szoku. Kilka setek ludzi, szczelnie wypełniony placyk wciśnięty pomiędzy zabudowania i ani jednego wolnego leżaka, bo jak na letnie kino przystało filmy ogląda się tu na leżakach. W końcu znaleźliśmy miejsce i wtapiamy się w atmosferę Belina sprzed 80 lat. Niesamowite, film z początku lat 70-tych, o czasach historycznych, z archaiczną wydawałoby się muzyką, a tu pełna widownia i to bardzo młoda, skupienie i przeżywanie sztuki. Jesteśmy pod wrażeniem. Poznaniacy mają u nas duży plus.

Rano, chwilę po przebudzeniu, krótka dyskusja gdzie teraz, Berlin, czy Toruń. Bezapelacyjnie wygrał Toruń. Na rogatkach miasta po krótkim polowaniu, łapiemy starszego pana, który wiezie nas do Gniezna. To kolejny zadowolony z życia Polak; uśmiechnięty, życzliwy i optymistyczny. Szkoda tylko, że trasa do pierwszej stolicy Polski zajmuje tak krótko, aż szkoda się rozstawać. Krótki popas pod katedrą i w drogę. W dwóch krótkich skokach lądujemy w Toruniu. Tu należą się serdeczne podziękowania dla dwóch sympatycznych kierowców TIR-ów, którzy pomogli dostać się nam do piernikowej stolicy Polski.

zdjecie3

Toruń, jaki jest każdy widział, więc nie będę tu opisywał atrakcji tego uroczego miasta. Powiem tylko, że gród lśni blaskiem architektury Starego Miasta, a wieczorny spacer nad Wisłą po Bulwarze Filadelfijskim z ukochaną osobą za rękę, to przeżycie warte wiele trudu. Dla ścisłości warto wspomnieć, że prawie każdy widział to miejsce. Nawet ci, którym nie udało się jeszcze zjechać do Torunia, gdyż w tym miejscu zaczynał się słynny i kultowy „Rejs”.

Następnego dnia wysiadając z autobusu na drodze wylotowej w kierunku Łodzi, doszło między nami do krótkiego spięcia o to, czy wybrane przeze mnie miejsce do łapania stopa jest właściwe, czy nie. Naszą sprzeczkę przerwało pytanie, które do chodziło z za naszych pleców:

- To ile jeszcze mamy na was czekać? Wsiadacie, czy nie?

Ku naszemu zaskoczeniu z samochodu, który zatrzymał się kilkanaście metrów za nami wychylała się dziewczyna i uśmiechając się zapraszała nas przywołującym gestem do wozu. Okazało się, że ledwie wyciągnęliśmy tabliczką z napisem Łódź, a już okazja się zatrzymała, czego my nie zauważyliśmy, pochłonięci naszym głupim sporem. No, to w drogę!

Wiozły nas dwie młode rozradowane panie. Od razu nawiązała się miedzy nami nić sympatii. One wypytywały nas o naszą podróż po kraju, my o Włocławek, ich rodzinne miasto, oraz o festiwal muzyki elektronicznej na który właśnie jechały. I znów spotkaliśmy na drodze radosnych rodaków, zadowolonych z życia, uśmiechniętych i życzliwych. Za oknem mijamy złote łany zbóż, a wśród nich piętrzące się wieże elektrowni wiatrowych. Samochód pędzi po równej jak stół drodze. Cóż, niestety musimy wysiadać, gdyż dojechaliśmy do Włocławka. Żegnamy się serdecznie z naszymi wesołymi paniami i znów stajemy na skraju drogi w kierunku Łodzi. Ledwo wystawiamy naszą magiczną tabliczkę, a już koło nas zatrzymuje się nasz kolejny kierowca. Co się dzieje? Czy mamy tyle uroku, czy to po prostu szczęście? Ale z razu na raz, czas potrzebny do złapania okazji skraca się i w szybkim tempie zmierza do zera.

Łódź. Wysiadamy z samochodu, dziękujemy kierowcy, żegnamy się i ruszamy w miasto, znaleźć nocleg. To przemysłowe i zaniedbane miasto, które kojarzy się z mrocznym klimatem „Ziemi obiecanej” filmu wyreżyserowanego przez Andrzeja Wajdę, nie wywołuje u nas wielkich oczekiwań. Ot, jeszcze jeden dzień naszej wyprawy po Polsce i jeszcze jedno miasto na naszej trasie. I tu spotyka nas kompletne zaskoczenie, gdyż Łódź okazuje się dynamicznym miastem, które bardzo szybko zmienia swoje oblicze i nabiera blasku. I nie mamy wcale na myśli tylko ulicy Piotrkowskiej i słynnej już Manufaktury.

zdjecie4

To miasto powinno reklamować się hasłem: „Łódź, inna niż myślisz” albo „Łódź, dla odmiany”, choć to drugie hasło jest już chyba zajęte przez Katowice. Summa summarum warto tu przyjechać i poświęcić klika dni, na poczucie atmosfery tych ulic. Takie miejsca, jak poprzemysłowy obszar Off Piotrkowska, Muzeum Sztuki MS2, czy właśnie odnowiona historyczna robotnicza dzielnica Księży Młyn zaskoczą wielu swoim witalnością i niepowtarzalnym klimatem. Łódź zrobiła na nas świetne wrażenie. To miasto pełne młodych ludzi, ciekawych inicjatyw kulturalnych i z pewnością nie ma nic wspólnego z bardzo niemądrymi słowami Bogusława Lindy, że to „miasto meneli”.

5 dni w drodze, a raczej na drodze z wyciągniętymi do góry kciukami, 7 miast, mnóstwo radosnych i życzliwych ludzi spotkanych na naszej drodze. Wieli usłyszanych ciekawych historii z życia naszych kierowców oraz mnóstwo pozytywnych ludzi. Po tej wyprawie Polska jawi się nam jako piękny kraj zamieszkamy przez życzliwych, uśmiechniętych i pomocnych ludzi, którzy żyją z miastach i miasteczkach, które na naszych oczach zmieniają się i pięknieją. Wiem, że to uproszczenie i życie codzienne nie wygląda tak różowo, ale uwierzcie, nie spotkaliśmy na swojej trasie ani jednej naprawdę niemiłej osoby, nikt nam nie zrobił żadnej przykrości, a wręcz przeciwnie. W naszej pamięci pozostaną tylko niezapomniane wspomnienia, które pomogą nam przetrwać depresyjne, jesienne i zimowe szarugi i słoty. Gdy wróciliśmy z naszej małej wyprawy zamieściłem taką wiadomość na Facebook’u: „Jak na kraj w ruinie, to nasza Polska ma się całkiem nieźle”.

W przyszłym roku planujemy autostop, ale tym razem 14-dniowy. Namawiamy wszystkich, bez względu na wiek, do pójścia w nasze ślady, to naprawdę fantastyczna przygoda.