Playlista z Gwiazdy Śmierci

Mateusz Moczulski

DJ zrodził się dzięki technologii, gramofonowi i płycie winylowej. Ale to on „maszynerią” kierował – i to właśnie było interesujące. Warszawski DJ Volt (cytuję z pamięci) przyrównywał niegdyś swoje zajęciedo „kierowcy formuły 1 który testuje nowe rozwiązania”. Grający oryginalne disco Indeep śpiewało, że „ostatniej nocy to DJ uratował moje życie”, niemiecki Dr Motte twórca masowej „Love Parade” niebezpiecznie balansował między wizerunkiem szamana i führera, a Spookyaka Subliminal Kid, jednocześnie tworzył na uniwersytecie MIT DJ-arobota, pisał antropologiczne książki o puszczaniu płyt winylowych i grał ze sławami nowojorskiej awangardy jazzowej.

Czy współczesny DJ, niegdyś pionier muzycznej rebelii, stoi dziś tam gdzie stał wtedy Darth Vader?

Pamiętacie kulminacyjną scenę „Nowej Nadziei”, pierwszej czyli czwartej części „Gwiezdnych Wojen”? Możliwe, że coś kojarzycie – nawet jeśli urodziliście się dawno, dawno po tym, gdy prototypowa Gwiazda Śmierci rozpadła się na miliony kawałeczków.

Antropolodzy kultury nawet się już o to nie sprzeczają –przecież to oczywiste, że „Gwiezdne Wojny” są współczesną mitologią. Greccy czy rzymscy bogowie dawno nie żyją, ich miejsce w zbiorowej wyobraźni zajęli rycerze Jedi, a galaktyczne przychody i sukces lucasowskiego merchandisingu podkręcają jeszcze Nowy Współczesny Mit.

W momencie narodzin mitycznej „Nowej Nadziei” Rebeliantom nie dało się nie kibicować. Epicka bitwa o dostęp do otworu w kanale wentylacyjnym, najsłabszym punkcie Systemu Gwiazdy Śmierci przyniosła tragiczne ofiary. Kto nie przeżywał wszystkimi nerwami tamtej bitwy, niech nie śmie nazywać się człowiekiem a R2D2 może mu nagwizdać!

Wiecie co naprawdę rozwaliło system?

Sam Luke Skywalker, nic by nie wskórał gdyby na pomoc, z nadprzestrzeni nie wyskoczył „Sokół Millenium” i nie odciągnął, siedzącego mu na ogonie, Dartha Vadera. Sama moc Obi-Wana-Kenobiego nie miałaby szans – w starciu z zaawansowaną technologią Gwiazdy Śmierci. Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że sukces Rebeliantów był konsekwencją zbiorowego wysiłku. Tylko tak technologia zjednoczonej Jasnej Strony mogła pokonać technologię negatywnego imperium. Człowiek wygrał z Maszyną.

Świat był wtedy jeszcze prosty i zrozumiały.

„Gwiezdne wojny” kreowały nowy pejzaż kulturowy jakoś w tym samym momencie, kiedy w miejskim krajobrazie pojawił się inny nowy bohater –DJ – „jeździec na płytach”

fot. DJ Shenanigans
fot. DJ Shenanigans

Rola DJ-a wyrosła na gruncie jamajskich soundsystemów (puszczanie muzyki z dwóch adapterów naraz to ich wynalazek). Swoje dołożyli prezenterzy funkujących dyskotek, stacji radiowych, kultura hip-hopowa i ekspansja elektroniki – w późniejszych latach 80-tych i 90-tych.
DJ awansował do roli kreatora muzyki. Najpierw zgrabnie łączył numery, potem tworzył nową całość wchodząc w buty muzyka, dostarczał nowych dźwiękowych wrażeń – aż stał się figurą kluczową dla wielu subkultur. Pełnił w nich rolę takiego Prometeusza a odniesień i kodów kulturowych związanych z postacią Luka Skywalkera, „Gwiezdnych Wojen” nigdy mu nie brakowało i zawsze do niego pasowały.

Warto jednak zadać pytanie, czy po tych wszystkich latach DJ nie stoi tam gdzie kiedyś stał Darth Vader??

DJ zrodził się dzięki technologii, gramofonowi i płycie winylowej. Ale to on „maszynerią” kierował – i to właśnie było interesujące. Warszawski DJ Volt (cytuję z pamięci) przyrównywał niegdyś swoje zajęciedo „kierowcy formuły 1 który testuje nowe rozwiązania”. Grający oryginalne disco Indeep śpiewało, że „ostatniej nocy to DJ uratował moje życie”, niemiecki Dr Motte twórca masowej „Love Parade” niebezpiecznie balansował między wizerunkiem szamana i führera, a Spookyaka Subliminal Kid, jednocześnie tworzył na uniwersytecie MIT DJ-arobota, pisał antropologiczne książki o puszczaniu płyt winylowych i grał ze sławami nowojorskiej awangardy jazzowej. DJ zawsze walczył o wyzwolenie Galaktyki – z systemem popu, złą muzyką, playlistami nadawanymi przez nudne i sztuczne Gwiazdy Śmierci etc.

Ale chciwe globalne korporacje w końcu stworzyły swojego Frankensteina – DJ-a SuperGwiazdę, który śmiesznie podryguje kręcąc gałkami i który psuje całą zabawę, ośmieszając rebeliancki romantyzm. No cóż, może jak śpiewa tegoroczny noblista, czasy się zmieniają. Zmieniła się kultura, publiczność i technologia. A może tylko punkt widzenia. Kiedyś trzeba było się poświęcić, zdobyć winylowe płyty, dziś wystarczy kliknąć po mp3-ójkę. W epoce przed internetem sam DJ był internetem, musiał mieć dostęp do rzeczy których nikt nie słyszał a ludzie przychodzili bo mieli deficyt muzyki.

Technologia fantastycznie ułatwiła DJ-om życie, ale zmieniła wszystko. Albowiem ma dobre i złe strony. Jest piekielnie demokratyczna, dziś każdy może być DJem i każdemu ułatwi zostanie nim, odwalając robotę za niego i przy okazji, być może coś zabierając. Jak powiedział mi niewidomy discjockey EddieDee: „W sensie muzycznym DJ jest półmaszyną, półczłowiekiem, kiedyś był żywy dziś często staje się tylko żywym „playerem”, a przecież w dobrym klubie nie gra „Winamp” tylko żywy człowiek”.

Na mistrzostwach świata dedykowanych sztuce oryginalnego didżejowania (tak są takie, od lat), które odbyły się na początku grudnia (krakowska federacja IDA odniosła spektakularny światowy sukces) rebeliancki duch był doskonale wyczuwalny. Sztuka prezentacji tanecznej muzyki w czasach ekspansji różnych Imperiów, emitujących na masową skalę discopolową czy plastikową tandetę – ma sens. Przyszłe pokolenia nie mają szans poznać tego co poprzednie – skazane na gusta rozmaitych odgórnych decydentów itd. Pytanie kto kierować będzie kulturą w przyszłości – jeszcze człowiek czy jakaś nowa nieludzka Machina… To pytanie jest niepokojąco otwarte…