Polityka historyczna czy mitologia dziejowa?

Rafał Sulikowski

Trzeba umieć spojrzeć w lustro historii bez trwogi, jaką niektóre środowiska przejawiają, bojąc się prawdy, uciekając od mniej chwalebnych spraw, a przecież wielkość człowieka to także umieć uderzyć się we własne, nie tylko cudze, piersi. Pamiętając, że historia jest niezmienna, można jednak próbować pewne rzeczy poddać innej interpretacji, mając do dyspozycji otwarte archiwa, wymiany międzynarodowe i sporo publikacji.

Na naszych oczach tworzy się kolejna, nowa mitologia historyczna. Nie mająca nic wspólnego z rzetelną polityką historyczną, jaka istnieje od wielu dekad w krajach zachodnich, a tym bardziej z obiektywną historiografią jako główną nauką humanistyczną, operującą właściwą im metodologią, warsztatem i kontekstem społecznym.

Polityka w wydaniu polskim, a właściwie partii rządzącej niewiele wnosi do poznawania „białych plam” w historii Polski, a tych jest sporo. Sprowadza się do „utrwalania” centralnych dat, wydarzeń z historii politycznej, zwłaszcza wojenno-bitewnych i wojskowych, a także wielkich epok polskich, jak epoka piastowska (początki państwa, chrzest w 966 r.) czy jagiellońska, ale o dziwo w modzie jest raczej smutny wiek XVII, kiedy Polska rosła, aby być – cokolwiek to znaczy – „antemurale christianitatis”, czyli przedmurzem chrześcijaństwa, ale gospodarczo i kulturowo spadała.

W modzie jest niezmiennie tradycja zrywów narodowowyzwoleńczych, zapoczątkowana resurekcją kościuszkowską w 1794, i kontynuowana w XIX wieku dwoma wielkimi narodowymi powstaniami, uwieńczona powstaniem warszawskim, którego rocznicę wybuchu zaraz będziemy obchodzić. Nie jest „trendy” pokazywanie walki z analfabetyzmem w pozytywizmie warszawskim, ani tradycja Polski tolerancyjnej, jak pisał wybitny historyk Janusz Tazbir „Polski bez stosów” (co jest faktem, któremu incydentalne wygnanie arian polskich nie przeczy), Polski różnokulturowej, wieloetnicznej, swoistego tygla kulturowego, w którym stapiały się i wytapiały cenne kruszce wzorców bycia razem w obliczu wroga, bycia mimo wszystko, bycia ponad podziałami i zaszłościami historycznymi.

W modzie teraz jest okopywanie się i walka, ale już nie tylko z wrogiem zewnętrznym, którego nigdy dość, ale – tak jak w czasach PRL – z wyimaginowanym paranoicznie „wrogiem wewnętrznym”. „Wróg czyha” – to jedno z głównych haseł propagandy socjalistycznej w Polsce lat 50., czego kulminacją były niesławne – poprzedzone wypadkami w Jedwabnem w ’46 – wydarzenia marcowe 1968, kiedy komuniści wołali „Syjoniści do Syjonu”, a nakręcona nagonka antyżydowska w niczym nie ustępowała tej, jaką endecja i skrajna prawica rozkręcały w latach 30. w przeddzień wybuchu II wojny światowej.

Oczywiście zmienił się kontekst, i nie chodzi o alarmowanie o groźbie wybuchu nowej wojny światowej, która jest w obecnej sytuacji – wbrew nadziejom spragnionych kolejnej apokalipsy – niemożliwa, ale o uczciwość moralną oraz przede wszystkim o rzetelność historyków, jak nikt teraz kuszonych, aby obiektywizm badawczy na fali różnie rozumianego postmodernistycznego zamętu poświęcić na ołtarzu „interesu narodowego” i „polskiej racji stanu”. Nie są to czasy żelaznej kurtyny i zimnej wojny, choć w stosunkach zagranicznych powiało mrozem. Nie są to tym bardziej czasy przedwojenne, kiedy paranoja dotykała nie tylko obóz rządzącej sanacji, ale zwykłych ludzi, głównie niewykształconych i przed to podatnych bardziej na bezkrytyczne uleganie nastrojom stada.

Jednak w kontekście sporów podstawowych, jak w przypadku „polskich obozów śmierci”, książek Grossa, mordu w Jedwabnem czy rzezi wołyńskiej, nie można nie zająć stanowiska. Po pierwsze, jak uczą filozofowie ponowoczesności historia czy szerzej – przeszłość w kręgach szczególnie młodych ludzi nie cieszy się wzięciem. Panuje „wybierzmy przyszłość” i realna polityka „grubej kreski”, które mają swoją wartość, służą przebaczeniu i pojednaniu. Jednak pojednania nie polega na zapomnieniu z góry, a tym bardziej stłumieniu naturalnych odruchów sprawiedliwości, a czasami chęci prostego odwetu, czego przykładem są rządy polskiej prawicy.

Terapie, mające na celu złagodzenie traumy z przeszłości najpierw skierowane są w stronę maksymalnego przypomnienia czy odpomnienia, ponownego przeżycia w bezpiecznej sytuacji przedmiotu traumy, by potem można było z „czystym sumieniem” ją zapomnieć. To samo daje się odnieść do przeszłości narodowej czy regionalnej – wiele w polskiej historii traum, zwłaszcza począwszy od XVII wieku, łącznie ze śmiercią Polski przez 123 lata zaborów z trzech stron, ale mamy też na koncie takie osiągnięcia, jak jeden z pierwszych uniwersytetów, postać Mikołaja Kopernika, sukces unii litewskiej, czy dorobek polskiego Oświecenia. Oczywiście były też błędy, niemożliwe do uniknięcia, z perspektywy procesów edukacyjnych, ale w stosunku do prawie całkowitego zlikwidowania zjawiska analfabetyzmu, mają one wartość statystyczną. Udało się nauczyć pisania i czytania (mniejsza z tym, czy ze zrozumieniem, ale na poziomie alfabetycznym), zdecydowaną większość Polski, jeśli gdzieś jeszcze ktoś nie tego nie potrafi, zawsze może skorzystać z pomocy specjalistów od dysortografii czy dysleksji. Oczywiście analfabetyzm był chorobą społeczną, na którą nie znano skuteczniejszego lekarstwa od masowej edukacji, którą rozpoczęto w oddzieleniu od Kościoła w XVIII wieku.

Zapominanie o historii bez jej przepracowania nie służy dobru społecznemu. Jednak, aby prowadzić mądrą politykę, należy zatrudnić przy tym nie historyków-celebrytów, koniunkturalistycznie nastawionych do tematu, ale i tych, którzy obiektywnie i rzeczowo, trzeźwo patrzą na tysiąc lat polskich dziejów. Jest wiele okresów mniej chwalebnych, które pokazują nasze wady narodowe, pokazywane przez wielkich twórców, jak Sienkiewicz czy Mickiewicz, nie po to, aby niszczyć dumę narodu, ale by pośmiać się z nich z filuternym przymrużeniem oka, żeby w ten sposób sprawić, aby Polacy więcej pracowali nie tylko w świecie zewnętrznym, ale i nad sobą.

Trzeba umieć spojrzeć w lustro historii bez trwogi, jaką niektóre środowiska przejawiają, bojąc się prawdy, uciekając od mniej chwalebnych spraw, a przecież wielkość człowieka to także umieć uderzyć się we własne, nie tylko cudze, piersi. Pamiętając, że historia jest niezmienna, można jednak próbować pewne rzeczy poddać innej interpretacji, mając do dyspozycji otwarte archiwa, wymiany międzynarodowe i sporo publikacji. Trzeba jednak chcieć poznać wszystko, co wynika z polskich dziejów. Jeśli zabraknie jednego klocka, obraz będzie niepełny i prowadzący do coraz nowych konfliktów, których wszyscy mają już za dużo.

* Dr Rafał Sulikowski jest stałym komentatorem portalu „Polska ma Sens”.