Polityka ma sens…

Krzysztof Burnetko

...zwłaszcza w Polsce. I to nie tylko dlatego, że jest ona przecież ulubionym – i jedynie ekscytującym – tematem rodzinnych obiadów u wujka Zdzisia, ale też tysięcy rozmów w taksówkach i na urzędowych korytarzach.

Przypominamy najlepsze artykuły, które ukazały się na łamach portalu Polska Ma Sens. Tym razem tekst Krzysztofa Burnetki z 16 marca 2012 roku.

Owszem, polityka w Polsce nie jest najwyższych lotów. Ba, co jakiś czas pojawiają się dowody, że systematycznie pikuje. I nie chodzi nawet o głośne skandale – a to korupcyjne, a to obyczajowe – z udziałem ministrów, parlamentarzystów, samorządowców czy działaczy partyjnych. Gorzej, że nie poprawia się jakość stanowionego prawa, zaś dyskusja publiczna sprowadza się często do pyskówki, a używane argumenty są poniżej jakiegokolwiek poziomu i potwierdzają jedynie tezę o ignorancji bądź cynizmie używających ich polityków.

Prawdę mówiąc, trudno się jednak temu dziwić. I nie chodzi tylko o mentalne pozostałości po półwieczu komunizmu, choć faktycznie jedynym okresem w czasach PRL, w którym Polacy mogli uprawiać politykę był czas negocjacji Okrągłego Stołu. Wcześniej nawet działalność opozycji miała charakter moralnego sprzeciwu, a formułę mniej lub bardziej szerokiego ruchu społecznego. Były one polityką tylko w tym sensie, że w komunistycznym państwie było nią wszystko, co wykraczało poza ramy wyznaczane przez partię.

Lekcje w niespokojnej szkole
Naturalnie przez ponad 20 lat wolnej Polski można się było polityki uczyć. Kłopot w tym, że okres ten zbiegł się ze złymi trendami w historii demokracji w świecie: jej skrajnemu utelewizyjnieniu i usondażowieniu, uzależnieniu od pieniędzy (a więc kręgów biznesowych), deficytem osobowości, mogących służyć za przykład współczesnych mężów stanu. A lekcje w warunkach kryzysu i zamieszania nie mogą być w pełni skuteczne. Przeciwnie, prowadzą do przyswajania sobie błędnych nawyków. Wypaczenia zostają uznane za akceptowalny standard.

W efekcie Polacy wybierają na swoich przedstawicieli m.in. byłych piłkarzy, detektywów i zwycięzców telewizyjnych turniejów, organizatorów blokad dróg i zadym, ludzi z kryminalną przeszłością albo wreszcie skrajnie radykalnych politycznych demagogów głoszących wizję wszechobecnego spisku. W głosowaniu często nie mają szans ani lokalni aktywiści, nawet jeśli doskonale sprawdzają się na swoi terenie, ani fachowcy z wielu dziedzin, którzy jednak nie mają dostatecznego parcia na telewizyjne szkło. Swoje robi też zresztą konstrukcja ordynacji wyborczej i polityka partii wystawiających kandydatów.

W parlamencie, którego pierwszym zadaniem jest przecież uchwalanie dobrego prawa, jest więc ledwie 10 proc. prawników…

Lepszy sejm niż ulica
Mimo wszystko jednak bezpieczniej jest, gdy ekipy polityków w rodzaju Andrzeja Leppera, Janusza Palikota i Zbigniewa Ziobry organizowały swoje ustawki na sali parlamentu i w telewizyjnych studiach niż miałyby wykorzystywać do nich ulicę.

Po prostu: historia dowiodła wielokroć, że demokracja – w której politykę rozumie się jako żmudne dochodzenie do porozumienia między rozmaitymi opiniami zawierany na forum parlamentu poprzez publiczną dyskusję – ma sens. Jest bowiem – z samego założenia – pokojową formę sporu: wyklucza użycie siły i przelew krwi.

Ponadto choć politycy na użytek publiczny urządzają często agresywny teatr, w praktyce – w salach parlamentarnych komisji czy w ministerialnych gabinetach – nader często świetnie się z sobą dogadują. I to bynajmniej nie w niecnych celach. Przeciwnie: dogadywane tam kompromisy przyczyniają się do trafnych decyzji, bo tonują zbyt radykalne pomysły, muszą uwzględniać rozmaite interesy i stanowiska.

Bezpieczniki się sprawdzają

Szczęśliwie też przez owe ponad dwadzieścia lat udało się już w III RP stworzyć rozmaite bezpieczniki a to tonujące szaleństwa, a to będące filtrem wyłapującym prawne czy ustrojowe kiksy, a to przywołujące władzę do porządku.

Są to zwłaszcza niezależne media, Trybunał Konstytucyjny i sądy oraz rozmaite organizacje pozarządowe nadzorujące przestrzeganie praw obywatelskich, zajmujące się walką z korupcją itd. Wielką robotę wykonują też rozmaite inicjatywy lokalne.

One są przecież także elementami polskiej polityki. Nie przez przypadek Vaclav Havel, jeden z ostatnich chyba mężów stanu, a na pewno wzór polityka z klasą przełomu XX i XXI wieku, w książce „Tylko krótko, proszę” zauważał:
„Partie polityczne są jednym z ważnych elementów instrumentów demokratycznej polityki, ale nie są jej szczytem ani sensem. Powinny być miejscem, gdzie ludzie zbliżają się do siebie, krystalizując swoje poglądy, zapoznają z opiniami różnych ekspertów, gdzie po prostu formują się osobowości polityczne , a częściowo również wola polityczna. Nie powinny być jednak ważniejsze od oficjalnych instytucji państwa – takich jak rząd czy parlament – nie powinny być wobec nich nadrzędne, ale przeciwnie, powinny im służyć. Powinny być tylko wisienką na torcie bogato ustrukturowanego społeczeństwa obywatelskiego; narzędziem, które wysysa z niego substancje odżywcze, aby nadać im polityczny kształt , nadający się do wykorzystania w politycznej rywalizacji. Jedynie żywy obieg w najróżniejszy sposób artykułowanych sił i potrzeb społecznych, jaki umożliwia na przykład rozwój różnych stowarzyszeń, może dodawać energii również partiom politycznym, stanowić ich życiodajne podglebie”.

Nawiasem mówiąc, książkę tę powinni przeczytać wszyscy, którzy chcą zajmować się polityką – choćby dlatego, by wiedzieć, jak powinni się przygotowywać do tej roli i na jakie drobiazgi, łącznie z menu podczas przyjęć, zwracać uwagę.

Mity wokół polityki
Na negatywne postrzeganie polityki w Polsce wpływ mają też rozliczne mity jej tyczące. I nie chodzi tu nawet o kretyńskie uogólnienie „tam na górze wszyscy kradną”.

Oto, przykładowo, już sama walka o władzę jest uważana za rzecz z natury złą. Przywoływany Vaclav Havel – wzór polityka kierującego się etyką i ideami (do tego stopnia, że niektórzy rodacy czynili mu z tego zarzut i nazywali „pięknoduchem”, który nie pasuje do współczesnych czasów) – otóż właśnie tenże „marzyciel” Havel przekonywał, że „w demokracjach jest oczywiste, że jeśli ktoś chce osiągnąć sukces w polityce, to musi się o to starać: mieć swój program, swoją wizję, przekonania , polityczne zamiary, co do których ma pewność, że przyczyniają się do dobra powszechnego, ale jednocześnie musi włączyć się do politycznej rywalizacji i starać się wyjść z niej zwycięsko. To znaczy walczyć o władzę. Bycie politykiem nie jest żadnym wstydem, a dążenie do zdobycia jakiejś pozycji czy funkcji politycznej nie jest niemoralne. Ważne, aby nie był to cel sam w sobie albo sam dla siebie, wynikający jedynie z tego, aby cieszyć się z odpowiedniej pozycji czy z przywilejów, ale żeby był to autentyczny wyraz służenia dobrej sprawie”. Havel oczywiście wiedział, że o „służbie narodowi” mówi każdy, kto chce zaistnieć w polityce. Podkreślał jednak, że to od instynktu wyborców zależy, czy rozpoznają, kto mówi to szczerze.

Inny niebezpiecznym stereotyp tyczy skandalicznej jakości polskiej klasy politycznej. Tymczasem w rzeczywistości, lista rodzimych polityków, którzy są godni tego miana, jest dość długa. Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Geremek, Leszek Balcerowicz, Władysław Bartoszewski, Jerzy Buzek, Adam Michnik… Każdemu europejskiemu państwu można życzyć tak znanych i poważanych w świecie osobowości publicznych.

Zoo dla politycznych zwierząt
Strach wszelako pomyśleć, co bez polityki robiliby ludzie mentalności Jarosława Kaczyńskiego… Czym zajmowałby się Piotr Semka, Anita Gargas i Tomasz Terlikowski?
Ale też cóż poczęły bez niej typowe medialne zwierzęta polityczne w rodzaju Janiny Paradowskiej, Moniki Olejnik i Mariusza Janickiego? Wystarczy wyobrazić sobie, że Katarzyna Kolenda-Zaleska skupia się na publicystyce religijnej… No i o czym – poza kulturą wysoką – pisałby portal „Polska Ma Sens”?