Polowanie na wielbłąda

Janusz Schwertner

Stuhr mówił, że ten film jest jak wiersz, który można interpretować na sto sposobów. Dlatego obejrzę go sto razy. Dziś myślę sobie, że w jego interpretację nie muszę wikłać polityki, społecznych lęków ani psychologii tłumu. Wolę posłuchać, jak Kieślowski ze Stuhrem dają mi lekcję wrażliwości, a zarazem namawiają, by po cichu, nie za wszelką cenę i z właściwą pokorą - pofruwać sobie ponad tłumem.

Raz na jakiś czas odpalam sobie film „Duże zwierzę”. Chcę przypomnieć sobie, że liczy się to, co ja czuję. To, co ja myślę. Że nawet jeśli tłum patrzy na mnie z politowaniem, to nadal mam prawo do własnych uczuć. Nie, nie chcę stawiać się ponad tłumem; ale czasem nie sposób inaczej pozostać w zgodzie z samym sobą.

W tym filmie nic się nie dzieje. Kieślowski napisał scenariusz, a Stuhr wyreżyserował historię pana Sawickiego, który przygarnia pod swój dom porzuconego wielbłąda. Chodzi z nim na spacery, prowadzi z nim pogawędki, nocami przygrywa mu na klarnecie. Żona Sawickiego nie rozumie, co w jej ogródku robi wielbłąd. Ale tylko przez krótką chwilę. Zaraz potem sama coraz intensywniej uczestniczy w jego życiu. A przy wielbłądzie jest dużo roboty. Trzeba go nakarmić, dbać, by nie przemarzł, wyczesać i umyć. Po prostu, jak przy każdym zwierzęciu.

duzezwierze1

Tłum na wielbłąda patrzy z niechęcią. Wielbłąd jest fanaberią, bezsensownym wymysłem, naruszycielem spokoju. Nikt tu wcześniej na ulicach nie widywał wielbłąda. Dlaczego pojawił się tutaj tak nagle, z dnia na dzień? Skąd się wziął? I czy śmiertelnie nam nie zagraża? W końcu tłum się odwraca. Żąda, by przepędzić nieproszonego gościa. Wyrzucić stąd to obce stworzenie, które zaburza bezpieczną beznadzieję. Trzymanie wielbłąda nie ma sensu, panie Sawicki. Na wielbłąda może pan sobie popatrzeć w ogrodzie zoologicznym.

Mniej więcej co rok robię sobie powtórkę z „Dużego zwierzęcia”. Czy Kieślowski ze Stuhrem chcieli przede wszystkim obnażyć ludzką naturę, która obawia się tego, co obce? Tak to zinterpretował Artur Rojek pisząc „Polowanie na wielbłąda”. To równocześnie film o zabójczo modnej dziś nietolerancji, o chodzeniu na myślowe skróty, o głupocie tłumu. Także wprost o nas samych, czy nam się to podoba, czy nie. I jeszcze o tym, że tylko porzucając niezłomność, możemy uniknąć samotności.

duzezwierze2

Stuhr mówił, że ten film jest jak wiersz, który można interpretować na sto sposobów. Dlatego obejrzę go sto razy. Dziś myślę sobie, że w jego interpretację nie muszę wikłać polityki, społecznych lęków ani psychologii tłumu. Wolę posłuchać, jak Kieślowski ze Stuhrem dają mi lekcję wrażliwości, a zarazem namawiają, by po cichu, nie za wszelką cenę i z właściwą pokorą – pofruwać sobie ponad tłumem. Bronić własnego zdania, dopóki to możliwe.

Nie muszę od razu obrażać się na tłum, gdy mnie wyśmiewa. Podenerwuję się chwilę i mi przejdzie. Mam rację, ale nimi kieruje bezrefleksyjność i lęk. Mogę postarać się ich zrozumieć.

W ostatnich scenach pan Sawicki mija tłum z wysoko uniesioną głową. Nie dlatego, że motłoch traktuje z pogardą; po prostu miło jest gdzieś w środku siebie pozostać niezłomnym. Nawet gdy wszystkim innym wydaje się, że odpuściłeś i poległeś na całej linii.