Polska 2016: co się dzieje?

Rafał Sulikowski

I podobnie nie oceniam też silnych, witalnych, zdrowych przynajmniej fizycznie "narodowców". Nie będę ich już więcej oceniał, bo uświadomiłem sobie niedawno, że nie znam w ogóle ich historii życia, ich historii wychowania, ich rodziny, różnych wpływów środowiska. I nie wiem, co w nich jest, że wolą nienawidzić, niż kochać.

„Nie jest dobrze” – napisał do nas o dzisiejszej Polsce Rafał Sulikowski. Skąd takie wnioski? Zachęcamy do zapoznania się z jego punktem widzenia. A później -  do dyskusji z autorem tekstu.

*

Kiedy rozumu brak – Ziemię ogarnia mrok.

Aby pominąć powtarzane zazwyczaj na początku tego typu analiz loci communes, że to temat rzeka, że autor nie jest w stanie sam tego ogarnąć, przejdziemy po krótkim wstępie ad rem. Obchody 1050. rocznicy cywilizowanej w ramach kultury zachodniochrześcijańskiej naszej Polski – skłaniają do jednego, głównego wniosku, który powtarzać należy wszędzie: nie jest dobrze. Jest niedobrze. Jest nie tylko tak, ale i coraz gorzej, choć jednostkowo subiektywnie może się nam wydawać, na poziomie prywatnych nastrojów, życia rodzinnego, udanej kariery, że jest dobrze i lepiej.

To bardzo istotne – pisząc te słowa, widzę, że moje osobiste kłopoty nikną jak kamfora w zestawieniu z tragedią Polski. I nie chodzi o dramat materialny, np. w Poznaniu, gdzie mieszkam i pracuję, mamy teraz około 2 500 bezdomnych, a dziś przeczytałem, że niedługo będzie ich ponad dwa razy tyle. Oczywiście, mamy obowiązek dążyć do jak najlepszego subiektywnego poczucia spełnienia, czy nawet osobistego szczęścia, bo szczęście ma naturę promienną, ale jednak zostawmy teraz nasze spełnienia na chwilę (i dramaty osobiste też) i popatrzmy na Polskę „nago”, czyli „prosto, jasno”, tak, jak chciałby patrzeć autor „Czasu odnalezionego”. Tyle, że mam wrażenie, obecnie spojrzałby „bez zachwycenia”.

 Jednak kilka uwag pro domo mea będzie niezbędnych: kiedy w 2007 doszła do władzy PO, miałem nadzieję, wraz z młodymi, że będzie lepiej. Po tym, co wyprawiała prawica w 2007: pokazowe projektory śledcze i hotele z biznesmenami, Żakowski nazwał tamten czas okresem zbiorowych zaburzeń psychicznych polskiej sceny politycznej. Zaburzenia powracają, mają tendencje do zaostrzeń i nawrotów. Polska scena polityczna cierpi nie tylko na rozdwojenie świadomości, ale i jej zwielokrotnienie, wręcz rozszczepienie jaźni zbiorowej. To nie jest tylko proces pluralistycznego różnicowania, bo o ile w komunizmie wszyscy byliśmy tacy sami (pozornie), to potem całkowicie inni. Nikt zaś chyba nie widzi, że nie jesteśmy ani tacy sami, ani całkiem inni, tylko podobni, a to znaczy, że coś nas łączy (np. oddychamy tym samym powietrzem, świeci nam jedno słońce, bez skojarzeń), a coś różni. Nie dzieli! Różnić, a dzielić – to dwie inne sprawy. Różnorodność jest konieczna w przyrodzie – tak jak w kulturze i polityce. Natomiast dzielenie, podziały należą do mrocznej sfery symbolicznej „dia-bolein”, co się tłumaczy jako „dia-bolos” (stąd polski wyraz, będący skrótem: „bol”, dziś „ból”, stąd mówimy np. „rozrywający ból”, „przeszywający ból”, itd.) – „ten, który dzieli, rozrywa, rozdziela”. Przeciwieństwem jest „sym-bolein”: „to, co łączy, scala, spaja”. Symbol – jak wiemy z historii antropologii – był monetą, przełamywaną na pół. Gdy miało dojść do transakcji, obie strony interesu łączyły dwie połówki „symbolu” i wymiana towarowa mogła dojść do skutku.

Skąd w ogóle powstał pomysł na partię, która obecnie rządzi? Otóż zasadniczo idea była w roku 2001, kiedy zakładano Prawo i Sprawiedliwość, dobra i pożyteczna społecznie: miała to być partia-następczyni „Porozumienia Centrum”, które nie chciało ani skręcać zbyt w lewo, ani tym bardziej w prawo, lecz „zagospodarować centrum”. Brakującym ogniwem układanki w szalenie szybko wtedy polaryzującym się narodzie miała być właśnie PiS: ani za liberalna, choć jak na owe czasy przedstawiająca się jako „nowoczesna”, zwłaszcza w sferze „nadbudowy”, obyczajów; ani zbyt konserwatywna, ani tym bardziej socjalistyczna (przynajmniej w sferze ideologii). Pomysłem na partię była początkowo niemiecka chadecja, ale szybko okazało się, że nie sposób pogodzić w kontekście polskim tego, co udało się im tam w kontekście protestanckim. Dlatego połączenie „socjalu” w gospodarce (już dziś ewidentnego, w 2001-2007 jeszcze nieśmiałego) musiało dokonać się z bagażem całej tradycji katolicyzmu polskiego, czyli inkulturowanego nad Wisłą chrześcijaństwa, przyjętego za pośrednictwem Czech, a nie wschodu, ani zachodu. Stąd pewnie teraz różne pomysły na „robienie młodego stolika” w ramach Europy środkowej i tak dalej.

Jednak jawne odwoływania do socjalizmu w sensie socjaldemokracji, albo inaczej: w sensie początków ruchów społecznych generalnie oddolnych, opisanych i zaaprobowanych częściowo zresztą pod pewnymi warunkami już w XIX wieku w encyklice Rerum novarum papieża Leona XIII, nie mogły przejść w Polsce, która dopiero co w okresie gdzieś przełomu 1989-1990, a na dobre w 1991 zaczęła mozolną, ale zarazem „szokową”, balcerowiczowską w istocie, transformację w kierunku wolnorynkowym. Budziłyby takie jawne odwołanie niedobre skojarzenia i co za tym idzie nieufność i podejrzliwość wyborców, dobrze pamiętających czasy, kiedy wszyscy do siebie wszędzie mówili „pan tu nie stał”. Nie dostrzeżono jednak żadnej innej trzeciej drogi poza tym, że bazę (ekonomię) budowano nadal w duchu socjalnym (ubezpieczenia społeczne, zasiłki, stabilne etaty, państwowy interwencjonizm zachowany w kluczowych sprawach – piszę o czasach po 2000 roku, etc.), ale – i to był pomysł – chciano socjalizm po prostu „schrystianizować”, ale nie w sensie chadeckim, tylko w wersji katolicyzmu, tradycji rzymskiej i to w dodatku polskiego, ale żeby było jeszcze konkretniej obejmującego tylko część podzielonego polskiego Kościoła – tę sporą i coraz liczniejszą z różnych powodów część, dla której „litera prawa” i „duch sprawiedliwości”, czy raczej „miecz i ogień”, ważniejsze są niż „banalność dobra” codziennego.

Z dwojga „złego” niektórym osobom lepiej i łatwiej jakby walczyć i nienawidzić „wroga” (czasami realnego, fakt!) niż „męczyć się” normalną codzienną pracą, uczynkami miłosierdzia czy nikomu nie znanymi modlitwami w swoim pokoju, gdzie tylko „Ojciec widzi i odda Tobie”. Taki model jest trudny – jakoś łatwiej jest iść na wojnę, pobić się, wyżyć, pójść na zadymę, niż codziennie stawiać się na stanowisku pracy, punktualnie, być życzliwym, serdecznym i uprzejmym. Chodzi mi tylko o zwyczajną dawniej i oczywistą „kulturę osobistą” – dla wszystkich. Kim w ogóle jestem, żeby oceniać ludzi? Nie oceniam i walczę z tendencją do krytyki u siebie nie tylko wobec osób ogólnie mówiąc „mniejszościowych” (np. lgbt, czy „tęczowych”, bo są inne też mniejszości, jak ludzie upośledzeni umysłowo, neurologicznie, itd.). I podobnie nie oceniam też silnych, witalnych, zdrowych przynajmniej fizycznie „narodowców”. Nie będę ich już więcej oceniał, bo uświadomiłem sobie niedawno, że nie znam w ogóle ich historii życia, ich historii wychowania, ich rodziny, różnych wpływów środowiska (szkoła, poprawczaki, grupy odniesienia, grupy rówieśnicze, etc.) i nie wiem, co w nich jest, że wolą nienawidzić, niż kochać. Widocznie można tylko kochać lub nienawidzić – tertium non datur.

Rzeczywiście, prawdą jest, że trochę racji mieli/mają krytycy polskiej wersji drogi „aksamitnej rewolucji” i „okrągłego stołu”, jaką obrały kraje środkowej Europy. W Rumunii Ceausescu i jego żona dostali prawie bez sądu (tylko pośpieszny sąd polowy) kulę w łeb, co nadały wszystkie stacje na świecie. Na Węgrzech i chyba na Słowacji zrobiono zmasowany nalot dywanowy na byłych partyjnych i zwykłych członków partii. Ale w Czechach tradycja Karty’77 i Havla, słynnych spotkań w górach tatrzańskich w konspiracji, „mała konspiracja” (ulotki, druki, podziemne drukarnie, wydawnictwa, ale też zapomniany „trzeci obieg”, np. pomarańczowa alternatywa, hippisi, kapele rockowe, itp.), wreszcie – zasadniczo pokojowego ruchu społecznego „Solidarność” (liczba członków we wczesnych 80-tych sięgała 10 mln ludzi) i wcześniej, współtworzonej zresztą przez Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza, tradycji KOR-u, wykluczyły u nas przemiany ustrojowo-gospodarcze „jednym, prostym cięciem”.

Nie rewolucja tedy, ale ustawiczny i wielostronny rozwój, stopniowa i systematyczna edukacja, nadrabianie po kolei zaległości na różnych polach wszystkich dziedzin, czyli model spokojny (hasło Tadeusza Mazowieckiego z 1990: „Siła Spokoju”), nastawiony tylko na przyszłość (hasło: „Wybierzmy Przyszłość” w 1995 Aleksandra Kwaśniewskiego), poprzez ścisłe skupienie uwagi i koncentrację na „tu i teraz”, a nie na nie zawsze sprawiedliwie prowadzone niekończące się lustrowanie i dekomunizację jako „oko za oko, ząb za ząb” przez ścinanie głów na szafocie pochodu zwycięskiej „siły moralnej”, stały się „duchem czasów” w chaotycznych latach 90. Ale z drugiej strony też nie jest sprawiedliwe, że ubecy i późniejsi esbecy mają nadal wysokie emerytury, że prawie cała po-komunistyczna geriatria nadal zasiaduje na państwowych grzędach, kradnąc,skąd popadnie, wszystkie złote jajka i zabiera miejsca młodym doktorom (na przykład), którzy pracować muszą na stacjach benzynowych (przykładowo). Nie jest prawdą, że należy przywrócić wyrok śmierci i prawdą jest, że gdy byłego ubeka boli głowa, to należy mu pomóc, tak jakby nie był nigdy ubekiem i zdrajcą. Natomiast tam, gdzie ktoś nakradł albo korzystał z chaosu, zamieszania, szedł świadomie i dobrowolnie, a nie pod jakimkolwiek przymusem, drogą na granicy prawa, korzystał z „luk prawnych” – powinna być przeprowadzona solidna rewindykacja. Sprawy prywatne to są sprawy prywatne, i prywatnie mogę pójść na piwo np. z byłym esbekiem, dajmy na to jakimś wujkiem Jankiem, bo kieruję się nadzieją na miłosierdzie, podczas jednocześnie służbowo powiedziałbym mu, co trzeba w sprawach mienia państwowego i metod wzbogacania się drogami krętymi, zwracając mu uwagę na sprawiedliwość. Ale z trzeciej strony nie byłaby to sprawiedliwość starotestamentowa, ani z Kodeksu Hammurabiego sprzed 4 tysięcy lat, tylko nowoczesne rozumienie tego skomplikowanego pojęcia z zakresu prawa, filozofii, teologii, polityki, antropologii, a nawet niektórych nauk ścisłych.

Jednak wymieszanie tych dwu sfer, prywatnej i publicznej, jest niedobre: nikomu do tego, co robię w swoim życiu prywatnym, o ile nie łamię prawa stanowionego, w sensie kodeksu karnego, ale znowu: nie żadnego prawa, które jakoby spadło nam z chmur. „Prawo we mnie”, prawo moralne dotyczy moich ewentualnych losów pośmiertnych i nie powinnienem być sądzony przez ludzkie sądy za to np., że palę papierosy, że zanim wszedłem w związek małżeński, miałem kochanki i że myślę swobodnie i w miarę niezależnie, jednocześnie przestrzegając prawa stanowionego dotąd, dokąd ono sięga i dokąd ma prawo sięgać. Prawo boskie dotyczy mojego miejsca na ziemi, pytania „skąd przychodzę, dokąd zmierzam, kim jestem, jakie jest moje zadanie życiowe, itd. Jeśli łamię dobre obyczaje czy jakieś prawo niepisane, ale nie łamię kodeksu karnego – jest to sprawą mojego sumienia, na które wpływa mnóstwo czynników i wielość doświadczenia życiowego;  jest to sprawa między mną a hipotetyczną instancją transcendentnego „nieznanego trybunału”. Ponieważ istnienie jego pewne nie jest, należy odwoływać się tylko do sądów ludzkich w sprawach ludzkich.

Sądy ludzkie dotyczą spraw zewnętrznych i mojego zachowania w świecie zewnętrznym wobec innych, nie zaś mojego wnętrza, a także domowego miru, o ile nikomu nie narusza ono spokoju. Wtrącanie się więc państwa w moje życie prywatne traktuję jak zdradę obowiązków tegoż państwa wobec mnie: zamiast chronić moje podstawowe bezpieczeństwo w świecie zewnętrznym, państwo inwigiluje mnie dzień i noc, głównie w sieci, i przez to ja mogę dostać maczetą po głowie, ponieważ służby specjalne zamiast działać w przestrzeni publicznej (ulice, sklepy, place, tramwaje, etc.), siedzą na portalach z moimi tekstami po to, żeby przyłapać mnie, czy nie popełniam przestępstwa „nadużycia wolności słowa”. Państwo zatem zdradza swoją misję i obraca się przeciwko swojemu obywatelowi, zamiast go chronić. Czy taka jest natura każdej władzy? Czy to jest jej „arche”, istota, rdzeń? Czy to jest sedno? Chyba jeszcze nie.

Tymczasem to jeszcze pół biedy, bo gdyby państwo zapewniało mi choć minimum tego bezpieczeństwa (a przypadek profesora UW w tramwaju pełnym ludzi w biały dzień w środku jednego z największych miast europejskich, gdzie niedawno odbył się szczyt NATO, daje asumpt do przypuszczenia, że nie jest obywatel chroniony), to jeszcze może – ale też nie do końca i pod pewnymi warunkami, jak w umowie prawnej – zgodziłbym się, żeby moje niektóre, rzeczywiście może zbyt emocjonalne teksty z przeszłości, dość jednostronne (ale nie tendencyjne), były poddawane jakiejś formie cenzury, ale znowuż: nie powinna być to ani cenzura represyjna, ani nawet prewencyjna, tylko „cenzura specjalistyczna”. Oto np. piszę jakiś tekst z historii, więc oceniać go powinien historyk i to ten ze specjalności, z zakresu której wybrałem dany temat.       Tymczasem dziś w Polsce każdy kontroluje każdego, na zasadzie teatralnej sceny i widowni: „w teatrze, jeśli pan mnie widzi, to znaczy, że ja widzę pana” – pouczył mnie kiedyś podczas próby w Teatrze im. Juliusza Słowackiego reżyser spektaklu, kiedy zza kulis gapiłem się na widownię.

Jeśli wszyscy chcą robić wszystko, to znaczy, że ostatecznie nikt nie robi nic; jeśli wszyscy chcą rządzić, to nie rządzi nikt; jeśli wszyscy chcą być tacy sami, to ujednolicilibyśmy się na zasadzie społeczeństw kolektywych dalekiej Azji. Popatrzcie państwo na tamte narody, nic im nie ujmując: czy ktoś z naszej perspektywy kulturowej (ja nie), potrafiłby rozróżnić dajmy na to Chińczyka od Koreańczyka? A w Polsce? Odwrotnie: obecnie jest tyle poglądów, ilu nas jest; tyle obyczajów, ilu Polaków. Jest to druga skrajność – nic się z niczym nie łączy, nikt się z nikim nie łączy, panuje tak zwana w socjologii anomia. Umacnianie się różnych grup i konsolidacja silnych tożsamościowo środowisk jest reakcją na anomię: żebym mógł do państwa pisać, muszę znać ten sam język, który znacie i państwo. Musimy znać podstawowe, z pierwszego miejsca w haśle słownikowym co najmniej, znaczenie danego pojęcia czy określenia.

Podaję hasło: moralność. Co pierwsze przychodzi nam do głowy? W powszechnym, potocznym odbiorze moralność to, jak mówił proferor Hartmann w jednym z wykładów, „coś z etyką”, a jak dopowiadali indagowani dalej w tej kwestii studenci filozofii (!), „etyka to coś z seksem”. Hartmann powiedział potem, że na tym właśnie polega tragedia polska: pojęcia stały się tak zredukowane, tak na jednym poziomie, a ludzie tak jednowymiarowi na zasadzie „albo-albo”, że staliśmy sie daltonistami. Jest tylko „czerwone” i „zielone”. Tymczasem nawet moralność nie tylko nie daje się sprowadzić do delikatnych, jak zauważa nawet sam papież, spraw intymnych relacji auto- i altero-seksualnych, ale nawet nie da się jej sprowadzić do etyki, już samej w sobie bardzo szerokiej, obejmującej różność spraw, dziedziny filozofii (obok ontologii, epistemologii i estetyki – podział klasyczny). I na tym polega problem Polaków – słabe i stale słabnące kompetencje językowe, nawet w sprawach codziennych, zwłaszcza w mowie. „Granice mojego świata to granice mojego języka” – brzmi maksyma Ludwiga Wittgensteina, filozofa logiki z I poł. XX wieku. Czyli jeśli mój zasób słów się stale zwęża, kurczy, ścieśnia, pikuje w dół we wzorze wodnego lejka, to zwęża się całe, nawet zmysłowe, moje pole widzenia, słyszenia, doświadczania, bo o tyle widzimy, słyszymy, doświadczamy, o ile możemy to wszystko ująć w jedną klamrę w całość i skonceptualizować poznawczo. A co dopiero z wyższymi procesami poznawczymi.

Dlaczego Europa skręciła ostro w prawo? Rozumiem, że istnieją różne realne i coraz bliższe zagrożenia: że największe z nich to radykalny nurt islamskich wierzeń, że kolejne to nasi sąsiedzi, itd. Ale receptą na zagrożenia nie jest paniczny strach i zbudowanie Polski jako „oblężonej twierdzy”. Nie jest prawdą, że jeśli wzmocnimy np. polską tradycję, przypomnimy sny o potędze to od razu, niejako jak jabłko z drzewa Newtonowi na głowę, spadnie nam rozwiązanie problemów zewnętrznych wobec naszego kraju. Zanim zostaliśmy członkiem NATO, a potem Unii Europejskiej, to mogliśmy uprawiać taką politykę, ale paradoksalnie jej wtedy nie uprawialiśmy, choć już wiele lat minęło od jednego z pierwszych ataków w Lockerbie w 1988 roku, kiedy terroryści, chyba z Libii, zniszczyli samolot za pomocą przemyconego z Czech semtexu, czego by nie zrobili, gdyby Czechy należały do UE, ale nie mogły, bo były wtedy w związku z komunistyczną wtedy Słowacją. Ale teraz jest inna sytuacja geopolityczna w Europie i poza nią: budowanie granic, murów, zasieków i zapór wokół Polski to „wewnątrzeuropejska schizma”, podobna do każdego innego rodzaju rozłamu w większej całości. A ponieważ schizmy dokonywane były w historii idei w kontekście zawsze pojęcia „herezji”, więc wszyscy, kiedy chcemy odłączonej Polski, stajemy się – volens nolens – politycznymi heretykami. To znowu nie znaczy, żeby być w jakimś mitycznym main-streamie, bo czegoś takiego, jak wcześniej mówiliśmy po prostu nie ma: jesteśmy w stanie skrajnej inności.

Nie ma czegoś takiego, jak polityczna ortodoksja, skoro nie ma czegoś takiego nawet, jak religijna ortodoksja, ponieważ kategoria „political correctness” pochodzi z daleka właśnie od pojęcia „ortodoksyjności” i wiąże się semantycznie z polem znaczeniowym: „być poprawnym, być w normie, być ok, być normalnym”, czyli tłumacząc na dziś: być w normie to być „heteroseksualnym, wierzącym, ale tylko katolikiem, białym, Polakiem, z nastawieniem prawicowym”. Pojęcie normy jednak nawet w nauce nie jest pewne, a co dopiero w kulturze, sztuce czy polityce. Co to w ogóle by znaczyło, że „ktoś jest normalny”? Musiałaby tedy istnieć norma porównawcza czy lepiej norma wzorcowa: „normalny” jest np. egzemplarz auta, który ściśle powiela jego prototyp. Technicznie więc auto jest „normalne”, jeśli je zbudowano dokładnie wedle projektu i odpowiada wszelkim normom technologicznym danego produktu. Niestety, człowiek to nie auto (ani żaden inny przedmiot masowej produkcji), jak by chcieli np. superkolektywni rzeczeni Koreańczycy, kiedy nie wiesz już nawet, czy to mężczyzna, czy kobieta, a co dopiero, czy odpowiada ona/on jakiemuś idealnemu „wzorcowi”. W takim razie legendarni „Adam i Ewa” musieliby być biali, a raczej całkiem biali być nie mogli, choć nie ma też nic dziwnego ani złego w tym, że sobie ich tak wszyscy wyobrażamy.

Z naukowego, ale przecież ludzkiego, bo ludzie tworzą naukę dla ludzi, punktu widzenia społeczeństwo jest homeostatem, tak jak każdy z nas. Jeśli jakaś ważna funkcja organizmu ulega dezintegracji, organizm umiera – porządek przechodzi w entropię. Nikt tak naprawdę nie odpowiada za to, jak działa homeostat – gdybyśmy musieli idąc ulicą, stale myśleć, jak stawiać kroki, jak skręcać nogami, nie moglibyśmy nigdzie dojść. Pewne procesy społeczne są nieświadome i zasadniczo normalnie nie do powstrzymania, chyba że z użyciem wojska czy policji. Homeostat społeczny ma tylko dwa kluczowe zadania do spełnienia: zachowanie siebie (danego narodu) i to za wszelką cenę (kosztem innych, najczęściej ościennych narodów, stąd fakt, że paradoksalnie nacjonalizmy się równoważą, czyli znoszą, zatem dążą do równowagi i/lub stanu bezruchu), a po drugie – zachowanie ciągłości pokoleń. To nie jednostka tak naprawdę wybiera poglądy, partnera życiowego, zawód, hobby – w dużej mierze społeczeństwo decyduje o tym, jakie mam poglądy, dokąd jestem dopuszczany, skąd wykluczany, choć pewna wolność wyboru człowieka, zwłaszcza w sprawach mniej istotnych oraz we wszystkich sprawach sumienia zapewne zachodzi. Ale to tylko nauka.

Wracając do tematu głównego: wpadliśmy w poślizg, i społeczeństwo próbuje pokonać ostry, historyczny zakręt, robiąc typowe błędy niedoświadczonego kierowcy. Rajdowiec tylko wie, że w momencie poślizgu, zależnie od mnóstwa czynników działających na obiekt, należy odpowiednio dobrać strategię: przeciwskręty, kontra, zdjęcie nogi z gazu, nieostre hamowanie, cały czas na biegu („bieg jałowy” pogarsza sytuację), ale bez przyspieszania na ostro, i to jeszcze zależnie od tego, czy auto jest nadsterowne czy nie, i tak dalej. Kierowcy nierajdowi tego nie wiedzą, i mają prawo, ale nieznajomość praw fizyki szkodzi. Podobnie z władzą: nie należy się dziwić, że po 1989, kiedy niedoświadczona opozycja doszła do władzy, szybko w 1992 rządzącą trzy lata centroprawicę, która miała zerowe niemal doświadczenie w rządzeniu 9-tym co do wielkości krajem w Europie, została skontrowana przez skompromitowaną co prawda, to fakt, ale zarazem „technicznie” przynajmniej zdolną do ogarniania rzeczywistości centrolewicę.

Teraz po prawie dziesięciu latach przerwy mocna prawica powróciła do władzy w zmienionym zupełnie świecie, podczas gdy resentymenty bycia „przeciw komuś/czemuś”, a nie „za czymś/kimś” pozostały. Przejście na drugą stronę barykady bywa bolesne, bo można zostać ściętym przez wcześniejszych kompanów, a przede wszystkim trzeba przestać być wiecznie „przeciw” i zacząć zamiast odwiecznej krytyki coś konstruktywnego proponować społeczeństwu. Nie mam pomysłu na Polskę – przyznaję. I opisuję tylko to, co – o ile się nie mylę w ogólności, bądź raczej w szczegółach – zachodzi tu i teraz, na naszych oczach. Nie wiem dokładnie, kiedy zaczęły się problemy z ostrym przechyłem na prawą burtę, ale na pewno nie wcześniej, jak przed wielkim kryzysem światowym z roku 2008, kiedy padła cała struktura finansowa Ameryki. Partia „banksterów”, jak się ją niezbyt słusznie do końca określa, rządziła podczas niesamowitego huraganu merkantylnego – nie było pieniędzy, a dodrukowanie ich pogorszyłoby sytuację tak, że dziś program ministra Morawieckiego nie miałby szansy zaistnieć. Rządzenie jest sztuką, nie nauką, z którą nikt się nie rodzi i najpierw trzeba umieć rządzić dobrze swoim własnym życiem, dlatego wcale nie dziwię się żadnej ekipie, jaką mieliśmy po 1989, że się nie udało. Oczywiście, zakładam, że wszyscy z każdej ekipy mieli co najmniej dobrą wolę i dobre intencje, żeby po prostu naprawić kraj, a tak na pewno nie musiało być. Ale też nie jest tak, że wszystkie ekipy przed obecną były „wraże”, krnąbrne oraz złe i dopiero teraz nastał dzień pierwszy, oddzielono ciemność od światłości. To nie tak.

Z jeszcze innej strony można założyć, że po prostu uczestniczymy w czymś większym, czymś, co nas przerasta, a nikt przecież w klasie jako nauczyciel nie powie dzieciom, że tak naprawdę to nic nie jest pewne w nauce, może poza fizyką i to klasyczną, żaden urzędnik nie powie petentowi, że niewiele może zrobić, żaden lekarz nie przyzna się, że czegoś nie wie, i żaden biskup nie powie nigdy publicznie, że są długie, samotne noce, kiedy czuje się, jakby go opuścił nagle Bóg. I to jest zrozumiałe, ale należy przynajmniej samemu sobie szczerze, przed lustrem takie rzeczy mówić, żeby nie trzeba było ich pisać. Bo problemem są też takie sprawy, że to, co dawniej było jakby oczywiste, w sferze „praw niepisanych”, przestało takie być. Czy znamy dziś choćby jakieś „niepisane” obyczaje, takie jak na przykład przedwojenne, np. żoliborskie, inaczej – czy gdybyśmy się znaleźli nagle powiedzmy w XIX wieku w jakimś salonie, umielibyśmy się tam jako tako zachować? Załóżmy, że zewnętrznie maskowalibyśmy ubiór, ale czy potrafilibyśmy z tamtymi ludźmi rozmawiać? Nie sztuka rozmawiać z podobnymi, ale całkiem innymi. Osobiście podziwiam pasję, siłę i wytrwałość prawicy, a nawet narodowców, uczę się od nich stałości, wytrwałości, ale nie podzielam kompletnie ich wizji kraju. To nie znaczy, że budowałbym od razu różne „berezy kartuskie”. Nie. To znaczy, że zapytałbym kogoś, kto krzyczy „śmierć wrogom ojczyzny”, czy mógłbym coś dla niego zrobić, gdyby on kiedy indziej i gdzie indziej potrzebował naprawdę pomocy. Bo nie sztuka jest krzyczeć (i pisać), jak się człowiek świetnie czuje, jest młody, silny. Dopiero, jak przychodzi kryzys, starość, zmniejszają się siły fizyczne, zmienia się też trochę światopogląd, perspektywa, horyzonty i cele oraz poszukiwania sensu. Czasem niestety dopiero na końcu tej drogi nagle widzimy, że się w czymś pomyliliśmy i, że na dobitkę każdy z nas mógł pomylić się w czymś podobnym lub zupełnie innym.