Polska ma sens na Pol’and’Rock Festival

Małgorzata Żmudka

Metale i hipisi, katolicy i hare kryszna. A oprócz nich obrońcy puszczy białowieskiej, wszechświatowi autostopowicze, motocykliści Pana Boga, a nawet… poseł Prawa i Sprawiedliwości. Wszystkich łączą idee legendarnego, amerykańskiego Woodstocku: peace, love & happiness.

Choć właśnie zmieniła się nazwa festiwalu z Woodstock na Pol’and’Rock Festival, jego popularność pozostaje na niezmiennym najwyższym poziomie. W trzydziestopięciostopniowym upale bawi się pomiędzy 500 a 700 tysięcy ludzi. Różnią się wiekiem, wyznaniem, narodowością. Wielokulturowy ludzki tygiel. Przez trzy dni rozmawiałam z nimi, szukając odpowiedzi na pytanie: Kim są uczestnicy festiwalu Jurka Owsiaka?

Michał, 33 lata, ekolog, Wrocław
Przystojny, wysoki szatyn, wygląda na 10 lat mniej, niż ma. 190 cm wzrostu przydaje się na festiwalu. Michał góruje nad tłumem, dzięki czemu zawsze znajduje drogę do namiotu.
Pracę w firmie badań rynkowych łączy z działalnością ekologiczną. Brał udział w obronie Puszczy Białowieskiej przed wycinką. Cztery tygodnie obozowania w Puszczy, stawiania biernego oporu a czasem walki wręcz z drwalami i policją usuwających ich siłą z okupowanego terenu Puszczy. Bywało groźnie. Jednej nocy drwale ubrani w habity podobne do tych z Ku Klux Klanu podeszli pod ich obozowisko z latarkami podświetlającymi ich od dołu. Miał wrażenie, że chcieli im zrobić coś naprawdę złego.

Michał spodziewa się założenia mu sprawy sądowej za stawianie czynnego oporu. Nie da się jednak zastraszyć. – Będę dalej walczył wszelkimi środkami z władzą dewastującą środowisko naturalne – deklaruje.
Michał, podobnie jak Stanislaw, jest podróżnikiem autostopowiczem. Rozkochany w krajach bałkańskich, gdzie im większa bieda tym bardziej wylewna gościnność. Wojaże autostopem dostarczają przygód. Jednego razu, nocleg wraz z kolacją bezinteresownie zapewnili im mężczyźni, którzy, jak sami oświadczyli, byli zawodowymi złodziejami. Ani Michał, ani jego towarzysz nie stracili tej nocy nic ze swojego dobytku. Gość jest w tych stronach święty.
Michał jest na festiwalu po raz drugi. Zachwycony luzem, pozytywnym nastawieniem ludzi do siebie nawzajem, no i dziewczynami w bikini. Kiedy smaruję sobie usta pomadką dla ochrony przed słońcem, pytam, czy też chce.

Może później, jak będziemy się całować – odpowiada ze śmiechem.

Wasi politycy są popier…leni!

Elliot-Frank_Raul

Elio, Frank, Raul, 25-28 lat, ekspaci, Hiszpania

Trzech przyjaciół. Do Polski przyjechali 6 lat temu na studia. Kraj i ludzie na tyle im się spodobali, że postanowili tu zostać. Właśnie przeprowadzają się do miasta ekspatów – Krakowa.

Wszyscy reprezentują zdecydowanie śródziemnomorski typ urody. Najbardziej gadatliwy jest Elliot. Pochodzi z Wysp Kanaryjskich, gdzie studiował, zanim przeniósł się do Polski. Czekają przede wszystkim na Judas Priest, ale reszta też ujdzie, grunt to dobra zabawa.

Jeżdżą na wiele imprez muzycznych, jednak czegoś podobnego do tej w Kostrzynie nie doświadczyli nigdzie indziej. Nie są tu niczym skrępowani ani zestresowani, a równocześnie czują się superbezpiecznie. Nie spotkali się z agresją, nie zauważyli też, żeby komukolwiek działa się tu krzywda.

– Ale wiecie, że festiwal ma status imprezy podwyższonego ryzyka – zauważam.

– Tak słyszeliśmy, to jest szalone, nie wiem, dlaczego politycy to robią festiwalowi – odpowiada Elliot.

Nie rozumieją, dlaczego festiwal stał się sprawą polityczną. Zorientowani w konflikcie wokół polskiego wymiaru sprawiedliwości i próbach zaostrzenia prawa aborcyjnego wykrzykują: „ Your politicians are fucked up!” [„wasi politycy są popier...i”].

Piękna hipisowska komuna

Marcin

Marcin, 35 lat, urzędnik, Warszawa

Pochodzi z Płocka, mieszka w Warszawie, pracuje w urzędzie wojewódzkim. Ma fizjonomię Jezusa – długie włosy spięte „w kucyk”, poprzetykane siwizną, chudy, brodaty. Każdego roku hoduje zarost z myślą o festiwalu w Kostrzynie.

To już jego dziesiąty raz na festiwalu. Po raz pierwszy przyjechał w 2004 roku, kiedy festiwal przeniósł się z Żarów. Później zrobił sobie pięć lat przerwy na „ogarnięcie się życiowe”: skończył studia z administracji, rozejrzał się za pracą.

Po pięciu latach przerwy wrócił na trochę inny festiwal. – Kiedyś była to impreza dla subkultur: punków, metalowców, reggaeowców, w większości młodych ludzi – mówi. – Teraz przyjeżdżają tu wszyscy, niezależnie od zainteresowań muzycznych i wieku. Pojawia się dużo starszych ludzi i rodzin z dziećmi. Każdemu jest tu dobrze. To jest taka fajna, współczesna hipisowska komuna.

W tym też Marcin upatruje popularności festiwalu Owsiaka. – Z jednej strony panuje tam wolność, bo nie trzeba rejestrować uczestnictwa, a z namiotem można się rozbić gdziekolwiek, a drugiej jest bezpiecznie. Wszyscy przestrzegają niepisanego regulaminu pokojowego współżycia międzyludzkiego – mówi.
Odpowiada mu wieloreligijność. – Kriszna, chrześcijanie, rastafarianie, wszystko żyjące obok siebie – zachwyca się. Choć sam jest katolikiem, a nawet bywa, że uczestnicy w pielgrzymkach, nie po drodze mu z Przystankiem Jezus. – Za smutna tam atmosfera jak na Woodstock – mówi.

Przystanek Jezus

Ojciec_Maciek_(po_prawej)

Ojciec Maciej Oblat od Niepokalanej Maryi, ok. 30 lat, zakonnik, okolice Warszawy

Młodo wygląda, choć szpakowaty. Uśmiech od ucha do ucha jest jego znakiem rozpoznawczym. Bezpośredni, od razu przechodzi na „ty”.

– Nie gorąco pod tą sukienką? – pytam. – Masz coś pod spodem?

Ojciec Maciek bez namysłu podciąga habit, pod którym widać płócienne spodnie.

– O wiele gorzej jest w czarnej sutannie – mówi.

Reprezentuje kościół otwarty, nastawiony na kontakt z człowiekiem, niezależnie od jego religii, poglądów, orientacji.
Zdaniem ojca Maćka, przystanek Jezus jest „najlepszą festiwalową miejscówką”: – Niby na uboczu, ale blisko do Lidla – śmieje się. Lekko peryferyjne położenie ma poza tym wybitną, pod kątem panujących tu upałów zaletę: namiot Jezusa jest wyjątkowo ocieniony i przewiewny. Można tam odpocząć. Faktycznie, namiot jest wypełniony ludźmi, którzy niekoniecznie przyszli tu po katolicką naukę, ale bardzo często po prostu wypocząć. Nauka sączy im się do ucha niejako przy okazji.

Ojciec Maciek relaksuje się nawet gdy spowiada festiwalowiczów. Przyznaje, że jest to forma terapii: – Niezależnie od wiary czy jej braku, zrzucenie z siebie ciężaru złych uczynków zawsze pomaga człowiekowi – mówi.

Paul, 25 lat, ogrodnik, Holandia

To jego drugi festiwal. Dowiedział się o nim od swoich polskich sąsiadów w Amsterdamie. Na wyjazd dał się namówić z łatwością, bo często bierze udział w wydarzeniach muzycznych w Holandii czy innych europejskich krajach. Żaden z tych festiwali nie jest jednak podobny do tego z Kostrzyna.

Zgadza się, że Holandia to „kraj wolności”, bo legalna marihuana, tolerancja seksualna i religijna. – Ale na europejskich festiwalach ludziom ciągle coś nie pasuje, nie widać w ludziach takiego luzu jak tutaj – mówi. – Ci narzekają, że za gorąco, tamci, że za zimno, tym nie podoba się muzyka, a innym rodzaj serwowanego piwa. Tu wszystko ludziom odpowiada.

Paul chwali festiwal za wysoki poziom bezpieczeństwa. Przytacza historię z zeszłego roku, kiedy zgubił portfel, z pieniędzmi i dokumentami. Był załamany. – Wyluzuj, Paul. To jest Woodstock. Odzyskasz go – powiedzieli mu wtedy znajomi. Portfel wrócił do niego po kilku godzinach. Z całą zawartością. Ktoś przyniósł go do biura rzeczy znalezionych.
Dla Paula festiwal Owsiaka to „pięć dni wolności”. Wcielenie w życie ideałów hasła legendarnego, amerykańskiego Woodstocku: peace, love & happiness.

Z osiołka na Woodstock

Stanislav

Stanisław, 34 lata, informatyk, Słowacja

Stanisława zabieramy „na stopa” w Słubicach, po drodze do Kostrzyna. To idealna sytuacja na rozmowę o nim, ponieważ Stanisław od ponad 10 lat przemierza świat autostopem. Zaczął jeździć z przyjacielem, ale ten się ożenił i zostawił Stanisława samego z jego podróżowaniem. Zjeździł Skandynawię, północną Afrykę i Europę Zachodnią. Senegal przemierzył z zakupionym na miejscu osiołkiem. Lecz jeśli chodzi o transport to za „raj dla autostopowiczów” uważa Polskę, bo zawsze znajdą się tu ludzie chętni do podwózki.

Z zawodu Stanisław jest informatykiem, ale pracuje tylko tyle, ile musi, żeby mieć pieniądze na zwiedzanie świata. Tych nie potrzeba zbyt wiele, zważając, że cały ekwipunek Stanisława to kilka ciuchów na zmianę w niewielkim plecaku, karimata i moskitiera, dla zapewnienia minimum komfortu noclegu pod chmurką, pod którą sypiał nawet przy kilkustopniowym mrozie w Finlandii.
Stanislaw jest katolikiem, ale niezbyt gorliwym. Daleko mu do fanatyzmu religijnego i czarno-białego widzenia świata. Między innymi dlatego przyciąga go polski Woodstock, wyznaniowo kolorowy.
Na festiwal Owsiaka Stanislaw wybrał się w drodze powrotnej z Chorwacji. Od zeszłego roku, kiedy był tam po raz pierwszy, Kostrzyn nad Odrą stał się dla niego obowiązkowym punktem na mapie. Na do widzenia nagrywa nas na komórkę. Prosi, żebyśmy powiedzieli coś po słowacku. Filmik opublikuje na swoich podróżniczym kanale „Adventure Travel by Hitchhiking” na YouTube.

Motocykliści od Pana Boga

Boangers

Klub motocyklowy Boangers

Lejący się z nieba skwar za nic nie zmusi ich do zrzucenia ciężkich skórzanych kamizelek z barwami klubu – nieodłącznego atrybutu szanującego się motocyklisty zrzeszonego. Ta długowłosa brać co roku obozuje przy granicy pola festiwalowego, organizując się w pełnej symbiozie z przystankiem Woodstock.

Boangers mają swoje odrębne pole namiotowe, parking dla jednośladów, własne sanitariaty i gastronomię. Jednak wspólnie z niebieskim patrolem Owsiaka pilnują porządku festiwalowego oraz kierują ruchem na odcinku wjazdu na parkingi dla mediów.
Boangers to klub wyróżniający się na tle innych organizacji motocyklowych. Znani są z pokojowego nastawienia do świata i ludzi. Nie ma u nich rywalizacji z innymi klubami, konfliktów, akcji siłowych. Boangers to motocykliści od Pana Boga.

Misją klubu, jest wcielanie w życie wartości chrześcijańskich, warunkiem członkostwa, bycie chrześcijaninem – protestantem, prawosławnym, adwentystą lub katolikiem. – Nasze życie, spędzane na motocyklach, jest dość ryzykowne, dlatego dobrym pomysłem jest być blisko Boga – mówi jeden z nich.

Boangers mają swoją biblię („biblia motocyklisty”), a nawet kapelana – pastora, też motocyklistę. W ich obozowisku nie ma alkoholu. Ich zdaniem, zakrawałoby to na hipokryzję. Wśród Boangers działają terapeuci odwykowi, do dyspozycji festiwalowiczów.

Wiking z afro

Steven

Steven, 27 lat, kucharz, Islandia
Fryzura afro, czekoladowy kolor skóry, lenonki z pacyfą na szkłach i rastafariańskie ciuchy, idealnie pasujące do klimatu festiwalu, potrafią jednak mocno wprowadzić w błąd, jeśli chodzi o domysły dotyczące pochodzenia Stevena. Choć wyglądem przypomina pobratymca Boba Marleya, genetycznie zdecydowanie bliżej mu do Wikingów – po matce Islandce. Ojciec Stevena, Teksańczyk, przed 30 laty przybył na wyspę, zakochał się. – I tak się tu znalazłem! – śmieje się.

Steven jest szefem kuchni, uwielbia swoją pracę. Dzięki niej zresztą poznał swoją dziewczynę Anię z Rzeszowa, która zatrudniła się w jego restauracji w rybackim miasteczku Hvammstangi. Ania nie musiała długo namawiać ukochanego na przyjazd do Kostrzyna. O festiwalu mówi w samych superlatywach: – Jest wspaniale, ludzie są tacy przyjaźni!.

Znowu mam niebieskie oczy

Paweł

Paweł, 34 lata, kurier, Sochaczew

Obsypany od czubka głowy do pasa rozrzucanym pod jedna ze scen barwnym proszkiem, Paweł wygląda jak postać z kreskówki. Wielobarwny kamuflaż nie odwraca uwagi od jego oczu: przejrzystych, jasnobłękitnych.

Paweł pracuje w firmie transportowej, rozwozi przesyłki.

– Pracuję bardzo dużo, czasami za dużo. To zabawne, bo kiedy jestem przepracowany, oczy jakby tracą kolor, dopiero jak zaczynam wypoczywać, odzyskują ten błękit. Jak widać, festiwal doskonale mnie resetuje – mówi, dodając, że choć ludzi jest mnóstwo, a pole festiwalowe sięga aż za horyzont, ta masowość go nie męczy.

Paweł dopiero odkrywa festiwal Owsiaka. Jest tu po raz pierwszy. Początkowy szok skalą tego wszystkiego szybko zastąpiło poczucie, że jest u siebie. – Nie mam pojęcia, dlaczego tu wcześniej nie jeździłem – mówi, łapiąc się za kolorową od proszku głowę. – To miejsce jest po prostu niesamowite. Nikt tu nie robi z niczego problemu. Takiej atmosfery trzeba mi było jak powietrza.

Paweł docenia różnorodność muzyczną festiwalu.

– Słucham prawie wszystkiego, od popu przez punk po metal. Na festiwalu bardzo wpadło mi w ucho transsexdisco – mówi.

Wie, że na festiwal Owsiaka przychylnie patrzą raczej środowiska liberalne polskiej sceny politycznej, ale nie zauważył, żeby na miejscu polityka była w jakikolwiek sposób uprawiana. Podkreśla, że jemu ani polityka ani politycy nie są do niczego potrzebni.

Przestańcie pomiatać świadomością młodych

Jacek_Kurzępa

Jacek Kurzępa, lat 57, poseł PiS, Zielona Góra

A jednak politycy są na festiwalu obecni. Niektórzy przybywają tu tylko na chwilę, próbując ugrać własne interesy. Inni są stałym elementem woodstockowego krajobrazu. Do tych drugich należy poseł Jacek Kurzępa. Chociaż należy do PiS-u, nie przeszkadza nikomu w miejscu, gdzie na porządu dziennym są przyśpiewki: „Kto nie skacze, ten jest z PiS-u, hej, hej!”. Poseł Kurzępa nie przyjeżdża tu jako polityk, ale jako uczestnik oraz socjolog. Wrażenie robi też jego festiwalowy staż. To już jego dwudziesta impreza.

Przyznaje, że jako socjolog powinien oceniać uczestników festiwalu w jak najbardziej obiektywny sposób. Nie może się jednak powstrzymać przed wyrażeniem wielkiej sympatii wobec nich, a nawet wdzięczności za to, że od kilku lat zachowują się coraz bardziej wstrzemięźliwie wobec pokus, jakie niesie ze sobą formuła festiwalu.

Nie zgadza się z tymi, którzy oceniają festiwal z bezpiecznego dystansu. – Denerwują mnie krytyczne wypowiedzi rozmaitych specjalistów w mediach, którzy nie posmakowali tego żaru z nieba, kurzu, różnych kłopotliwych zachowań, normalnych przy takim zagęszczeniu ludzi – mówi.

Bada festiwal poprzez to co nazywa fachowo obserwacją uczestniczącą. – Przesiaduję w różnych miejscach, nagabuję tych młodych ludzi, pytam tych, którzy są na festiwalu po raz pierwszy, co ich szokuje, co im przeszkadza – mówi.

Z perspektywy konserwatysty uważa, że zmiany idą w pozytywnym kierunku, na różnych polach. Jego spostrzeżenia wzmacniają też opinie ankieterów z przystanku Jezus. – Dawniej zdarzało się o wiele więcej zachowań, powiedzmy nieobyczajnych. Dało się zaobserwować swojego rodzaju ekshibicjonizm epizodyczny, obnażanie dla widowni, ale też rozwiązłość seksualną w znacznie większej skali niż obecnie. Lepiej jest też z językiem, używa się zdecydowanie mniej wulgaryzmów – mówi.

Stanowczo nie zgadza się z przyprawianiem festiwalowi gęby jako „wyspy szatańskiej i głębokiej patologii.”

Żałuje jednak, że blednie fantazja festiwalowiczów. – Coraz mniej przebieranek, happeningów. Gdzieś uciekła ekspresja i spontan tych młodych ludzi – mówi.

Przeraża go olbrzymia skala konsumpcji piwa i to, że w niekończących się kolejkach stoją przede wszystkim młodzi ludzie.

Te negatywy nie przysłaniają jednak ogólnie ciepłej opinii posła Kurzępy o festiwalu Owsiaka i jego uczestnikach. – Bez nadmiernej buńczuczności i bufonady, ośmielam się stwierdzić, że jest tam budowane społeczeństwo obywatelskie. Ludzi troszczących się o siebie nawzajem, organizujących się, dbających o bezpieczeństwo całej załogi i każdego z osobna – mówi.

Zadaje sobie jednak pytanie, czy młodzi ludzie nie rezerwują takich obywatelskich postaw jedynie dla festiwalu. – Boję się, że po zakończeniu imprezy te festiwalowe cechy gasną, nikną i tracą znaczenie. Ich utrwalenie jest jednak rolą nas, starszych – mówi. – Mój apel do dorosłych: przestańcie pomiatać świadomością młodych, używać ich jako narzędzia manipulacji.