Porto do czytania

Jeśli lubisz porto, zwłaszcza półwytrawne tawny, przeczytaj „Portugalkę” – najpierw słodzi, potem wciąga, na koniec się zatracisz.

Witold Bereś

Jeśli lubisz porto, zwłaszcza półwytrawne tawny, przeczytaj „Portugalkę” – najpierw słodzi, potem wciąga, na koniec się zatracisz.

Iwona Słabuszewska-Krauze pisze nieczęsto, ale zawsze po jej książkę warto sięgnąć. To literatura kobieca i współczesna, bez sztafażu kiczu, którego łatwości niestety często ulegają współczesne polskie prozatorki.

Debiutowała bodaj pierwszą powieścią o polskiej współczesnej emigracji – „Hotel Irlandia”. Później napisała równie portugalskie i równie urzekające „Ostatnie fado”, dziejące się w Lizbonie. Teraz wyszła Portugalka, dziejąca się w regionie Douro, słynącym z najlepszego (zresztą – jedynego markowego) porto w świecie.

Ci, którzy raz w życiu pili zwykłe portugalskie, czerwone, słodkie Ruby, mogą się zdziwić wielością smaków i tonów porto, zwanego w Galicji austriackiej – portwajnem. Są i wytrawne vintage, i półwytrawne tawny, choć rzeczywiście, nuta słodyczy przebijająca się w smaku niemal zawsze jest wyczuwalna. Mówi się o porto niby jako winie, bo i powstaje z wina poddanego normalnej fermentacji, ale takiego do którego dodawany jest mocny spirytus winny. Efekt? Około 20 procent potrafiące w sposób zdradziecki powalić każdego.

Autorka ma w małym palcu porto, Portugalię i tamtejszą kulturę. Lecz to tylko wygodny (bo magiczny) sztafaż do opisania rodowej tajemnicy łączącej Anglię, Portugalię i Polskę. Jest i miłość, i rodzinny skandal, i tajemnica. No i smak życia, przy wszystkich jego trudnościach.

„Dobre obyczaje nakazywały, by czekać, aż seniorka rodu rozpocznie posiłek. Rozłożyć lnianą serwetę na kolanach, a potem wycierać nią usta niemal po każdym kęsie. Prowadzić niespieszną konwersację, pozwalając, by żołądek spokojnie trawił. Przestałam już dziwić się zasadom obowiązującym w quincie. Teraz wydawały mi się całkiem naturalne i logiczne. Co więcej, moje nowoczesne, londyńskie życie coraz wyraźniej jawiło mi się jako chaotyczne i pozbawione solidnych podstaw”.

 

I jeszcze zdanie, a może powiedzenie, zauważone na stronicach powieści: „Bóg jest właścicielem świata, ale wynajmuje go odważnym”.

Opowieść snuje się właśnie tak, jak snuje się życie, gdy wolno sączymy porto typu vintage z dobrego rocznika (te dobre niestety bywają potwornie drogie). Jest miło, po chwili magicznie, a na koniec nie jesteś pewien, czy ci śniło czy byłeś w dolinie rzeki Douro naprawdę.

I przedstawicieli portugalskich władz namawiam, by Słabuszewską-Krauze uhonorować jakoś za ten wielki kawał pracy na rzecz Luzytanii, jak nazywali Portugalię starożytni Rzymianie

Na koniec jednak się przyznam: mam absolutnego i pozytywnego fijoła na punkcie Portugalii, dziwnego kraju na peryferiach, który ma saudade, pojęcie nieprzetłumaczalne, opisujące stan dumy z przeszłości porównywalny tylko z polskim, opisywanym przez księdza Tischnera, sarmackim chochołem melancholii. Oba narody, niegdyś wielkie, swoje straciły i dziwnie się z tym czują…

Tak, przyznam się: bardzo, bardzo lubię Portugalię. Jej kuchnię. Kulturę. A nawet, podczas ostatnich Mistrzostw Europy, jej piłkarską reprezentację.

Za jedną rzeczą jednak nie przepadam, choć zawsze wypiję: za porto. Bo rozleniwia. Zdecydowanie bardziej wolę schłodzoną portugalską, pięcioletnią brandy Macieira. Bo daje kopa : )