Powstanie Warszawskie

Obserwacje Marka Jastrzębia

Mamy dwie historyczne szkoły na temat: miało, czy nie miało sensu?


Jedna, prowadzona przez dziejopisów z kalkulatorem, cyrklem i suwmiarką  zamiast wyobraźni, sądzi, że NIE. I powołuje się na ogromne straty wśród niewinnej ludności cywilnej.Druga uważa, iż było konieczne z empatycznego punktu widzenia. Pierwsza oskarża dowództwo AK o brak militarnego rozeznania i decyzje oparte na mylnych kalkulacjach. Wini za rozmyślne popychanie chłopców do walk i skazanej na klęskę. Akcentuje, że nie przyniosło korzyści, tylko niewyobrażalne spustoszenia. Według niej, było zbrodnią na narodzie.Celowym awanturnictwem określonych kół.

Drugauważa, że gdyby nie ono, Ojczulek Stalin postąpiłby z Polską o wiele okrutniej, że niezależnie od intencji AK, i tak by się rozpoczęło.Ponieważ nastroje wśród obywateli miasta były tak napięte, auporczywa niepewność o zagrożone życie, nieprzeparte pragnienie odwetu i powtarzające się wizje łapanek, egzekucjiczy tortur tak silne, żelada iskra mogła sprowokować wybuch. Byle przypadkowy strzał mógł doprowadzić do niekontrolowanej eksplozji.

Warschauer Aufstand, polnischer Soldat

Miało więc uzasadnienie. Tym bardziej, że w planach wojskowych zakładano, iż potrwa zaledwie parę dni, a nie parę miesięcy.
Ten sposób rozumowania jest argumentem przemawiającym za jego koniecznością; straceńczy bój ozachowanie szacunku do siebie, o narodową godność i honor (pojęcia nieznane sowietom), to dla mnie wystarczający powód do rozpoczęcia Powstania Warszawskiego;postanowiono je zapoczątkować w oparciu o dostępne informacje.

*

Z perspektywy dzisiejszej wiedzy przychodzi nam bardzo łatwo ferowaćarbitralne wyroki, bawić się w układanie militarnych scenariuszy.Szczególnie cywilom znającym wojenne realia tylko ze słyszenia, tylko z hipotetycznych rozważań.
Ówczesne informacje nie były aż tak jednoznaczne; Herling-Grudziński nie opublikował jeszcze swoich zapisków z innego świata, a Sołżenicyn miał dopiero w latach siedemdziesiątych ujawnić swój Archipelag GUŁag.

Wtedy mało kto na zachodzie Europy miał pojęcie o wschodniej mentalności. Wiedział o azjatyckiej, niewolniczej psychice radzieckich ludzi, o zbrodniach, łagrach, świadomym ukatrupianiu opornych narodów (np. o przymusowym wysiedleniu Tatarów, o głodzie i ludożerstwie na Ukrainie). Mało kto rozeznawał się w politycznych subtelnościach sowieckiej watahy. W jaszczurczej polityce barbarzyńców pragnących podbić Europę. Zniszczyć w niej wszystko to, czego im brakowało. A więc okrzesanie, inteligencję, pracowitość, solidność. Unicestwić tak, by nie było żadnego inteligenta, tylko same głupki, żadnych pracowitych, tylko same obiboki, żadnych bogatych, tylko sami biedacy(Grochowiak nazwał totosprawiedliwym podziałem nędzy).

powstanie1

Tak rozumieli komunizm i ten ustrój chcieli krzewić. To nas czekało i przed tym broniliśmy się wywołując Powstanie. Bo wiedzieliśmy, czym grozi przyjaźń z radzieckimi ludźmi. Znaliśmy z autopsji: mieliśmy we krwi podstępne zwyczaje Rosjan: z zaborów, krwawych rozpraw, branek i zesłań na Sybir.

Na dodatek istniała sowiecka propaganda; odbywały się intensywne zrzuty ulotek zagrzewających do oporu i namawiających mieszkańców Warszawy do podjęcia zbrojnej walki z hitlerowskim okupantem. Zapewniano w nich, że mogą liczyć na pomoc ze strony Armii Czerwonej.

A kiedy Powstanie wybuchło, nie było już mowy o pomocy. Zamiast niej było gorliwe wskazywanie winnych tego przedwczesnego i niepotrzebnego zrywu. Oskarżenia kierowano głównie od adresem przywódców AK. Mnożyły się insynuacje, że to oni doprowadzili do wymordowania mieszkańców.

Szkoda tylko, że w części społeczeństwa dalej tkwi rosyjska brednia o nieopłacalności Powstania: narzucona wersja historii wżarła się w nasz krwiobieg,  ciągle w niej pokutuje i uporczywie przedstawia się ją jako PEWNIK. Szkoda, że jakkolwiek stanowi dogmat drugiej kategorii, namiastkę dyskusyjnej prawdy o podejrzanej wartości, to nadal jest pokłosiem obalonego systemu i nie daje się wyrugować z niektórych, ekonomicznych serc.

*

Metoda sondowania wytrzymałości przeciwnika, to rosyjski sposób na osiągnie zwycięstw.Złośliwy  Stalin zacierał z radości ręce, natomiast łagodna, gruzińska twarz Wujaszka Joe, nie była dla aliantów buźką cynicznego rezuna. Przeciwnie, Wielcy Sojusznicy dawali się niejednokrotnie nabierać się na dobroduszne oblicze tego satrapy; ich postępowaniem kierowała naiwność. Lecz łatwowierność ich podszyta była wygodnictwem: woleli nie wiedzieć, nie widzieć, przymykać oczy na wstydliwą rzeczywistość. Uprawiać strusią politykę… z wyrachowania.

powstanie3
Przykładem – Jałta skazująca nas na długoletnią niewolę.
Lecz na przekór zniewoleniu istniało w nas buntownicze pragnienie wolności. Dzięki narodowej determinacji, dzięki prowadzeniu nierównego odporu jednocześnie dwóch wrogów, nie zdławiono w nas niepodległościowego ducha; uwidoczniliśmy, że jesteśmy narodem niepokornym, któremu nie można złamać kręgosłupa.  Mówię tu więc o obronie, o jej zaciekłości spowodowanej rozpaczą. O naszym jednoznacznym pojmowaniu słowa niepodległość wyrabiającym we wrogu przekonanie, że jesteśmy zdolni nie ulegać narzuconym opresjom. I to bez względu na koszt.

Powtarzając słowa Normana Daviesa: gdyby nie Powstanie Warszawskie, nie byłoby Poznania, Radomia, Gdańska, Solidarności. To ono utorowało nam drogę do wyzwolenia, to dzięki pokoleniu Baczyńskich walczącemu o wolność  w t e d y, mamy ją  t e r a z. To dzięki nieprawdopodobnemu bohaterstwu  AK i walce całego miasta, nie zostaliśmy wcieleni do reszty radzieckich republik, nie było kołchozów, wciąż istniał Kościół, a w karnym obozie demoludów zajmowaliśmy najweselszy barak. I z tej przyczyny ominęły nas radzieckie rozwiązaniaproblemów ze społecznymi protestami, jakie stały się udziałem Węgier i Czechosłowacji.

DOPISEK

Fachowcy od mataczenia chcą za wszelką cenę przeforsować pogląd, że lotniczy wypadek można postawić na tym samym poziomie, co Powstanie.W tym miejscu przypomina mi się powiedzenie z fredrowskiej Zemsty: „znaj proporcje, mocium Panie”. Wspólny mianownik dla tak odmiennych wydarzeń, pokrętne szukanie uzasadnień dla tych decyzji, umieszczenia w jednej płaszczyźnie –tysiąca ofiar dwumiesięcznych walk, miasta obróconego w perzynę,osamotnionych zmagań z hitlerowskim bandytyzmem i przeciwstawienie tej tragedii katastrofie samolotowej, to polityczny błąd, z którego trzeba się wycofać.Nie jest to zdanie oderwane od zasadniczej kwestii.  Podziela je wiele osób. W tym znajomi i krewni ofiar katastrofy smoleńskiej oponujących przeciwko łączeniu tych wydarzeń A już grubym nietaktem jest wzywanie ostatnich żyjących powstańców na ministerialny dywanik MON.

To równocześnie parodia w gombrowiczowskim stylu, bo nie da się ukryć, że celebrowanie smoleńskiej tragedii w tym właśnie miejscu, nie służy ani rodzinom, ani upamiętnieniu zmarłych. Zmarłych, a nie poległych. Poległymi byliby wówczas, gdyby został udowodniony zamach. Nie wcześniej.

DOPISEK II

Po „uzgodnieniach” z ostatnimi żyjącymi powstańcami doczekaliśmy się wspólnej ściemy prasowej i byliśmy świadkami jawnego robienia ludzi w konia. Co w języku dyplomacji nazywa się wychodzeniem z twarzą.
Okazało się bowiem, że MON nigdy nie chciał podłączyć się pod rocznicę PW i w żadnym wypadku nie narzucał smoleńskiej tragedii, nie wywierał presji na kształt obchodów, a jego wypowiedzi zostały zmanipulowane przez przeciwników teorii spiskowych.

Zdumiony ludek politycznych naiwniaków zainkasował więc kolejnego kopa w słabiznę; żal było widzieć niemal stuletnich żołnierzy AK, uczestników tej konferencyjnej farsy, jak stoją w smutnym szeregu i robią dobrą minę do złej gry. Smutnym, bo są już zmęczeni, bo ile lat można walczyć nie poddając się i w zamian za to, za każdym zrywem odnosić porażkę? Smutnym, bo co mieli za alternatywę? Zastrajkować?

Geopolityczna pogoda ich nie rozpieszczała; wiedli uboczny żywot w PRL-u. Z różnym nasileniem wiedli, a przeważnie – mniej niż skromny. Podobnie „doceniani” byli na emigracji. Ale PRL nareszcie poszedł w cholerę i mogłoby się wydawać, że niepodległa w końcu uhonoruje ich zasługi. Mogłoby, lecz nasz MON powiedział: zyg zyg, dowalimy wam paru zasłużonych. Co prawda są z innej parafii, ale czy warto sprzeczać się o drobiazgi?

Marek Jastrząb – felietonista portalu Polska ma Sens, autor cyklu „Obserwacje Marka Jastrzębia”. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował także w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,”Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u”,trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w „Polsce Ma Sens” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.

Marek Jastrząb

@ chcesz wyrazić swoje zdanie? Twój głos ma Sens! napisz: info@polskamasens.pl