Przypadek Marcina K.

Karolina Dzieniszewska

Koszałka narusza, a może wręcz przesuwa granicę tego, co może zostać pokazane na ekranie, co jeszcze jest przyzwoite. Jego prywatność nie zostaje sprzedana w komercyjnym znaczeniu tego wyrażenia, ale ma służyć wzbudzeniu refleksji oraz podważeniu dotychczas wypracowanych przez dokumentalistów zasad. Z drugiej strony, może człowiek znany z prowokowania wcale nie ujawnia swojej „prywatności” tylko ją kreuje, a cała dyskusja toczy się bezzasadnie?

Tekst pochodzi z czasopisma 16mm. 

Nietrudno zrozumieć, dlaczego o Koszałce mówi się jako o „pierwszym skandaliście polskiego dokumentu”. Sam fakt, że film dokumentalny nadal potrafi wywoływać społeczne dyskusje i rozdrażnić filmowe środowisko, można zaliczyć w poczet sukcesów.

Kariera Marcina Koszałki rozpościera się między upublicznionym home video, a reinterpretacją spuścizny dokumentu kreacyjnego, sygnowanego nazwiskami Wiszniewskiego czy Dziworskiego. Możliwe, że właśnie ta artystyczna wolność (czy może raczej stylistyczna niekonsekwencja?) sprawiają, iż każda następna premiera wzbudza zainteresowanie oraz dreszcz niepokoju. Najczęściej postać Koszałki przywołuje się w kontekście dokumentalnej etyki oraz wątpliwości odnośnie tego, czy jego twórczość jest pełnowartościową sztuką, czy może formą wizualnej pornografii obliczoną na szokowanie widza. Możliwe, że niektórzy chcieliby nałożyć na reżysera odgórny nadzór, skoro „brak mu wstydu”. Koszałka to bowiem twórca nieobliczalny.

Pytanie natomiast powinno być inne: kim jest Koszałka wobec własnych dokumentów? Zarówno reżyserem, jak i bohaterem, a może także ich ofiarą… Trudno rozgraniczać role wobec tak wymagającej emocjonalnie filmografii. O jego filmowym debiucie Marcel Łoziński mówił: „donos na własną matkę”. Oskarżał Koszałkę o katowanie, o znęcanie się kamerą. Natomiast Bartek Żurawiecki pisał, że skoro oglądanie takiego filmu boli, to znaczy, że nareszcie ktoś dotknął problemów przemilczanych, zafałszowanych, wypartych; że nareszcie ktoś miał odwagę. Pomiędzy tak sprzecznymi opiniami znajduje się cała „rodzinna trylogia”, która uczyniła Koszałkę jednym z najbardziej rozpoznawalnych dokumentalistów młodego pokolenia.

Wszystko o swojej matce

W ponowoczesnej rzeczywistości jedną z najatrakcyjniejszych form bycia-w-świecie jest bycie audiowizualne, stale rejestrowane i podłączone do internetu. Jednak nawet społeczne przyzwolenie na rejestrację ma swoje granice, za którymi rozciąga się szara strefa tego, co nielegalne, lub po prostu niesmaczne. Wydawałoby się, że obecnie nic już nie może zadziwić w odbiorze debiutu Koszałki. Jednak należy zmierzyć się z problematyką „tego jeszcze nie było” wobec filmu takiego, jak ten. Takiego pięknego syna urodziłam (1999) to swojego rodzaju film-manifest wobec poetyki Polskiej Szkoły Dokumentu i nie ma się co dziwić, że Marcel Łoziński mógł poczuć się nie tylko zagrożony, ale wręcz obrażony formą, jaką Koszałka przyjął. W warstwie wizualnej jest to film niedbały, o płaskim obrazie, przypadkowych kadrach, dający złudzenie braku jakiejkolwiek postprodukcji. Tylko kamera cyfrowa i „surowy” materiał o niezwykle kompromitującej sile.

Zdj.-2.-rodzice-Marcina-Koszałki-1024x686
Rodzice Marcina Koszałki (zdjęcie wykorzystane w Ucieknijmy od niej, 2010, reż. M. Koszałka)

Debiut Koszałki to przede wszystkim wielowarstwowy obraz przemocy w przydomowym piekle. Niekończąca się tyrada narzekań i przekleństw jego matki pod adresem syna, męża, całego świata, ale także dorównujące im odpowiedzi ojca. Pół godziny słownego oraz emocjonalnego katowania siebie nawzajem i pastwienia się nad widzem. Niektórzy się śmieją, inni krzywią, ale wciąż oglądają, kierowani jakąś niezdrową potrzebą usłyszenia, co będzie dalej. Poetyka bliska Dogmie 95 tylko wzmacnia naturalistyczny efekt tego, że wie się o czymś, co powinno pozostać w czterech ścianach, uczestniczy w dramacie, wobec którego jest się bezradnym, a przecież wystarczy wyłączyć film… Najbardziej oczywiste tłumaczenie zawierające w sobie słowo „wojeryzm” chyba przestaje wystarczać. Koszałka prezentuje film będący emocjonalnym obnażaniem swojej rodziny, najbardziej matki, ale przede wszystkim samego siebie. Pozornie to on jest najbierniejszy w tym układzie – leży na kanapie i się nie odzywa. Jednocześnie wyczuwa się, że sama jego obecność jest dla rodziców prowokująca. Później w wywiadach przyznawał, że wiele rzeczy robił i mówił „na złość”, byleby ich rozjuszyć.

I o rodzinie też

Zupełnie inne wrażenia towarzyszą seansowi drugiego filmu, Jakoś to będzie (2004). Znikają wszelkie pozory panowania Koszałki nad filmowaną materią. To już nie jest film o rodzicach i próbie podsumowania doświadczalnych warunków dorastania. Jakoś to będzie zostaje rozpisane na dwie sytuacje rodzinne, bowiem reżyser ma żonę i kilkuletnią córkę; znajduje się w samym centrum dramatów. Zmiana układu sprawia, że nie może zachować wcześniejszego, milczącego dystansu. Prawdopodobnie dlatego dokument pogrąża się w realizacyjnym i emocjonalnym chaosie. Nie jest już tylko domową rejestracją, bardziej przypomina powidoki z niekończącego się pola międzyludzkiej walki. Jest niczym nieuporządkowany zbiór „dobrych” i „złych” chwil, w którym brakuje jakiejkolwiek osi czy środka ciężkości. Koszałka wystawia się na bezpośrednie oglądanie i nie może ponownie schować swojej osoby za tematem przemocy. Jeżeli wTakiego pięknego syna urodziłam mógł sobie pozwolić na pozorną bezstronność, tak teraz zarówno krzywdzi, jak i tego doświadcza.

Wydawać by się mogło, że na bezpieczną, wycofaną pozycję wraca w ostatnim filmie z rodzinnej trylogii. Ucieknijmy od niej (2010) to tematyczna hybryda złożona z tego, co Koszałkę jako reżysera interesowało i czym później będzie się zajmował: problem cielesności, śmierci, rodziny. W tym filmie jest „wszystko”, jednak sposób opowiadania ogniskuje się wokół głównej bohaterki, starszej siostry reżysera. Ucieknijmy od niej to tylko pozornie portret Małgorzaty, czyli osoby żyjącej dla siebie i w zgodzie ze sobą, co oznacza dbanie o wygląd, podróżowanie, pozwolenie sobie na życie w luksusie. Znacznie bardziej jest to portret Małgorzaty-córki, osoby nieobecnej w poprzednich filmach. Koszałka nie tylko pokazuje, ale również uczestniczy w próbie rozplątywania rodzinnego węzła, którego dokonuje przed kamerą Małgorzata. Jej szczere, intymne wyznania to rozkładanie na czynniki pierwszych wspomnień o nieżyjących rodzicach oraz próba zapamiętania ich na nowo. Upływające od pogrzebów lata były dla niej czasem godzenia się z własną przeszłością, przyznawaniem do win i oswajaniem cierpienia. Pojawiające się w formie wstawek ujęcia z oddziału paliatywnego, kręcone w jednym z krakowskich szpitali, są przywołaniem bezpośredniego, fizycznego wymiaru tych nieutrwalonych cyfrowo śmierci rodziców; obrazem rekompensującym braki i podbudowującym wspomnienia. Koszałka milczy, schowany za obiektywem kamery, ale skierowane bezpośrednio na niego oczy siostry, jej personalne zwroty i pytania pozostające bez odpowiedzi sprawiają, że jest to film najbardziej osobisty ze wszystkich. Nareszcie ktoś otwarcie pyta, jakim człowiekiem w rodzinnych układach jest Koszałka. Ktoś „wypycha” go z roli reżysera, oskarża, ale także odejmuje część win, zmusza do milczenia, które przestaje zapewniać bezpieczeństwo.

Zdj.-3.-Małgorzata-siostra-Marcina-Koszałki-1024x576
Małgorzata, siostra Marcina Koszałki (plakat Ucieknijmy od niej, 2010, reż. M. Koszałka)

O sobie samym

Kilkunastoletnia kariera reżysera to ciągłe mierzenie się z drugoplanowym bohaterem jego filmów, czyli samym sobą. Niemożliwym wydaje się odseparowanie filmów Koszałki od jego osobowości. Nawet w produkcjach poświęconych innej tematyce, nie-rodzinnej, czuć, że bardzo silnie przynależy do filmowanej rzeczywistości. Z czasem zmieniło się również oblicze prowokacji jako metody twórczej. W Całym dniu razem (2006) jest jednym z elementów wielkiego, kulturowego nieporozumienia. Kimś pomiędzy reżyserem zdarzeń i ich ofiarą. Film o nieudanym filmie w formie komedii jest raczej swobodnym spojrzeniem na swój zawód. Zupełnie inaczej jest chociażby w Deklaracji nieśmiertelności (2010) czy Zabójcy z lubieżności (2012), kiedy główni bohaterowie burzą iluzję czwartej ściany. Bezpośrednio zwracają się do Marcina-reżysera niejako demaskując jego poczynania, obnażając manipulację. Jednocześnie robią to bardzo niespodziewanie, naruszając strukturę filmu, i naprawdę trudno oprzeć się wrażeniu, iż zaskakują również Koszałkę.

Skandalizujące filmy Koszałki powoli wchodzą do kanonu polskiego dokumentu. Trzeba poświęcić całkiem sporo czasu, aby przeczytać chociaż część z tego, co o nim napisano. Zwykle jednak autorzy prac, filmoznawcy, krytycy, filmowcy, czują się zobowiązani, aby Koszałkę albo potępić, albo wybronić. Wydaje się, że mimo upływu lat od premiery Takiego pięknego syna urodziłam wciąż trzeba zająć jedno z tych dwóch stanowisk, opowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu. Filmografia Koszałki przywoływana jest najczęściej w kontekście etyki pracy dokumentalisty i na tym polu wciąż budzi najgorętsze dyskusje – zniszczył wszelkie zasady czy twórczo je zreinterpretował?

Koszałka często powtarza, że kamera jest dla niego również narzędziem obrony, a nie tylko katalizatorem konfliktów i gwarantem skandalu. Zrealizowanie „rodzinnej trylogii” można rozumieć jako formę psychoterapii: kilkuletni proces przysłowiowego odcinania pępowiny, dorastania, ale także godzenia się i akceptacji tego, co go ukształtowało. Jego twórczość nie zamyka się w najczęściej powtarzanym pytaniu: czy to jeszcze autobiografizm, czy już ekshibicjonizm? Problemy, jakich może przysporzyć odbiór tych dzieł, dotykają drażliwych strun w moralności widzów. Koszałka narusza, a może wręcz przesuwa granicę tego, co może zostać pokazane na ekranie, co jeszcze jest przyzwoite. Jego prywatność nie zostaje sprzedana w komercyjnym znaczeniu tego wyrażenia, ale ma służyć wzbudzeniu refleksji oraz podważeniu dotychczas wypracowanych przez dokumentalistów zasad. Z drugiej strony, może człowiek znany z prowokowania wcale nie ujawnia swojej „prywatności” tylko ją kreuje, a cała dyskusja toczy się bezzasadnie?

*Autorką tekstu jest Karolina Dzieniszewska, współpracowniczka miesięcznika 16mm.