Rewolucja powielaczy

Bibuła – czy historia ma przyszłość?

Witold Bereś

…to tytuł książki doskonale oddający romantykę czasów antykomunistycznej opozycji demokratycznej przed 1989. Ale sama książka jest tylko 50/50: w połowie świetna – drugą połowę o latach 80. powinien ktoś napisać barwnie i żywo

Tym terminem od początku wieku XX określali polscy demokraci książki i prasę wydawane niezależnie, bez ingerencji władzy, jak dziś powiedzielibyśmy – offowo.

Najbardziej mi żal zawsze było tego, że tymi czasami, pełnymi przygód, śmiesznych, ale i dramatycznych Polska nie potrafi się chwalić. Czemu tego nikt nie opisuje? – zastanawiałem się. Gdzie te seriale? Te filmy? Te komiksy? Powieści? OK – gdzie żywa historia książkowa?

Ale nareszcie coś drgnęło.

„Rewolucja powielaczy. Niezależny ruch wydawniczy w Polsce 1976-89”  Jana Olaszka to książka 50/50: opis niezależnego ruchu wydawniczego działającego do stanu wojennego jest super. Anegdoty. Historia. Oddanie sprawiedliwości wszystkim bohaterom. Lata 80. po stanie wojennym – to szkolne, poprawne, wypracowanie.

Zresztą – ta część pierwsza liczy ponad 200 stron, a ta druga – ledwie ponad sto. Bardzo powierzchowna – a ruch i skala – potężniejsze.

W sumie: jest to jednak doskonałe wprowadzenie do tematu, który czeka na swego twórcę.

*

Pisze autor w podsumowaniu:

„Polski czytelnik nie znałby wielu fundamentalnych dzieł zagranicznych autorów dotyczących świata idei czy oceny totalitaryzmów. Nie dotarłyby do niego emigracyjne dzieła tak ważnych autorów jak chociażby Czesław Miłosz, Józef Mackiewicz, Gustaw Herling-Grudziński czy Witold Gombrowicz. Zapewne w ogóle nie ujrzałyby światła dziennego niektóre książki Tadeusza Konwickiego, Marka Nowakowskiego i wielu innych. (…)

Wokół drugiego obiegu formował się cały ruch społeczny. Równie ważny, co treść nieocenzurowanych publikacji, był sam fakt ich istnienia. W niezależnym ruchu wydawniczym miejsce dla siebie znalazł każdy, kto był gotów do działania. Jeśli potrafił, mógł pisać, jeśli nie bał się ryzyka, mógł walczyć na „pierwszej linii frontu” i drukować, jeśli nie był w stanie tak bardzo ryzykować i poświęcać wiele czasu, mógł choćby raz na jakiś czas udostępnić mieszkanie jako skrzynkę kontaktową. Zwłaszcza w stanie wojennym istnienie podziemnych publikacji pozwoliło przetrwać „Solidarności”. Jej działacze po prostu mieli co robić, bo redagowali, drukowali i kolportowali. (…)

Czy wolne słowo obaliło komunizm? Na pewno nie, przyczyn jego upadku było znacznie więcej, ale drugi obieg miał pewien wpływ na erozję systemu. Niezależne publikacje delegitymizowały komunizm zarówno poprzez swoją treść, jak i przez sam fakt istnienia. Przenosiły do sfery publicznej krytykę systemu dotychczas pojawiającą się głównie w prywatnych rozmowach28. Wydawanie i rozpowszechnianie niezależnych publikacji nie było działaniem, które samo w sobie mogło obalić system. Pozwoliło jednak przeczekać represje, zgodne ze strategią długiego marszu organizować się w oczekiwaniu na odpowiedni moment, który w końcu nastał w latach 1988-1989. Wreszcie niezależny ruch wydawniczy ukształtował część elit politycznych dziennikarskich czy kulturalnych III Rzeczypospolitej. Wśród bohaterów tej książki pojawiły się nazwiska przyszłych prezydentów» premierów, ministrów, szefów największych gazet czy innych mediów. Z pewnością udział w „rewolucji powielaczy” stanowił ważne doświadczenie”.

Święta prawda – jak choćby i dla niżej podpisanego.

*

Powinno się jednak zastanowić nad czymś innym.

Bibuła – czy historia ma przyszłość? Cenzury w PL nie ma. Wolne słowo – niby jest. Ale czy wszędzie i zawsze? I jak z jego dystrybucją? Krzyknąć każdy może, ale kto to usłyszy? Czy dziś, w Polsce PiSowszczyzny, do bibuły trzeba będzie wracać?

Ale to temat na osobne rozważania.