Sąsiady

Dominik Jedliński

Za to, że umiejętnie pokazuje całe to skomplikowanie i skonfliktowanie tamtejszych terenów; za żmudne portretowanie pogmatwanych relacji między sąsiadami – Polakami, Ukraińcami, Żydami.

Wojciech Smarzowski po raz kolejny pokazał, dlaczego nazywa się go współcześnie najlepszym (i zarazem najodważniejszym) polskim reżyserem. Jego „Wołyń” to nie tyle opowieść – jak głosi hasło reklamowe filmu – o miłości w nieludzkich czasach, ale przerażająca historia jej braku – pisze o WołyniuDominik Jedliński – autor bloga Filmbuk.

 

„Nigdy nie byłoby dobrego momentu, ani dobrej chwili na powstanie tego filmu” – mówił Smarzowski w jednym z wywiadów i trudno się ze słowami reżysera nie zgodzić. Przez dziesiątki lat rzeź wołyńska była bowiem na marginesie historycznym. W czasach PRL-u dominowała w naszym kraju przede wszystkim wizja męczeństwa poniesionego z rąk Niemców, współcześnie z kolei w sferze publicznej mówi się o przyjaźni i wspieraniu przez Polskę znajdującej się w trudnej sytuacji politycznej Ukrainy, w związku z czym tragedia chłopów na Wołoszczyźnie nigdy nie miała wystarczającej siły, aby przebić się do powszechnej świadomości. Za sprawą Smarzowskiego to się zmieniło.

Reżyser unika jednak taniego odmalowywania świata w czarno-białych brawach. To film zanurzony w gęstej, szarej mgle. Film, który unika pochopnych wniosków, jednostronnych oskarżeń i uproszczonego oraz niewyszukanego ukazywania tragicznych wydarzeń. I za to przede wszystkim cenię „Wołyń”. Za to, że umiejętnie pokazuje całe to skomplikowanie i skonfliktowanie tamtejszych terenów; za żmudne portretowanie pogmatwanych relacji między sąsiadami – Polakami, Ukraińcami, Żydami.

wolyn_plakat

Smarzowski nie dyskutuje jednocześnie nad rozkładem win. Te są bowiem bezsprzeczne. Pokazuje jednak, że tamtejsi ludzie, zmieleni przez nacjonalistyczne zapędy, stali się katami i ofiarami jednocześnie. I przez to ten film boli człowieka. „Wołyń” ukazuje bowiem ciąg zdarzeń, które prowadzą do tragicznego finału; uświadamia, w jakim barbarzyńskim i krwiożerczym bezsensie egzystowali (a raczej próbowali egzystować) ówcześni ludzie.

Ta destrukcja państwowości, przetoczenie przez wschodnie ziemie dwóch bestialskich totalitaryzmów (sygnalizowane w filmie symbolicznym przekazaniem władzy przez zarządców gminy) stworzyło w konsekwencji klimat społecznej obojętności dla przemocy i zbrodni. Film wznosi się więc na wyżyny próby zrozumienia straszliwej zbrodni. Ale przypisywanie okrucieństwa konkretnym narodom mija się tutaj z celem. Reżyser pokazuje bowiem, że zło nie zna granic; że zezwierzęcenie jest bezpaństwowe i jest pochodną przyzwolenia społecznego (Zimbardo nazwie to później „efektem Lucyfera”). I właśnie ten tragiczny w skutkach absurd tamtego czasu krystalizuje się w wizji Smarzowskiego.

wolyn_4

Bo reżyser „Wesela” i „Domu złego” kolejny raz ​próbuje rozszyfrować odwieczną tajemnicę zła; pojąć moment, w którym ludzie zamieniają się w krwiożercze bestie; stara się jakimś cudem odgadnąć warunki, w których zwykli ludzie stają się katami. A pytanie, które pozostanie z widzem na długo po seansie jest znamienne – jak można mordować w tak okrutny i pozbawiony skrupułów sposób?

Po raz kolejny Smarzowski tworzy kino szczere, bezkompromisowe. Śmiało można jednak powiedzieć, że czegoś tak dosadnego jeszcze w polskim kinie nie było i pewnie długo nie będzie. „Wołyń” przedstawia bowiem to, co w ludziach najgorsze. Co prawda nieraz głęboko skryte i uśpione, ale wciąż przypisane do ludzkiej natury. Świat przedstawiony na ekranie to więc obraz pozbawiony pozytywnych emocji,  brudny, wyprany z miłości  i  nadziei. Dlatego najnowsza produkcja twórcy „Drogówki” musi być brutalna. Gęsta atmosfera tylko potęguje napięcie zbliżającej się masakry, a uwolniona pod koniec nienawiść epatuje szczegółowymi wizjami okrucieństwa, brutalizmu i fatalizmu.

​Nie da się ukryć, że przytoczone przeze mnie wyżej słowo „uświadamia” staje się bardzo ważne w kontekście filmu. Bo mimo tego, że to film fabularny, daje nam swego rodzaju obraz skali tragedii. Wyczytywane niegdyś z przeróżnych artykułów (bo przecież nie ze szkolnych podręczników do historii) liczby i wykresy teraz urzeczywistniają się na ekranie. Ten stopień okrucieństwa, jaki został skondensowany w filmie, pomaga nam więc poczuć niemal na własnej skórze te przerażające wydarzenia. Wydarzenia, które do tej pory były tylko anemicznym zestawem znaków i cyfr, ukrytym między setkami innych bodźców i informacji.

Oglądanie tego filmu to niesłychane przeżycie, które pochłania, mieli i wypluwa. To doświadczenie, które niejednokrotnie przerasta ludzkie wyobrażenia. W końcu to dzieło wyjątkowe ze względu na rozmach – na bogactwo obrazów, scenografię, kostiumy, szeroki wachlarz opowieści (czytelne nawiązania do „Chłopów”). Widz, który pójdzie na ten film z całą pewnością dostanie więc solidną porcję emocji i wzruszeń. A pierwsze kilkanaście minut, które skupiają się na odtworzeniu tradycji zaślubin i wesela, to coś pięknego i niesłychanie cennego. Atmosfera przaśności i swojskości staje tutaj w szranki z kipiącym niezrozumieniem, radość zwiera się ze smutkiem, a nienawiść i egoizm z braterstwem i solidarnością.

​To wesele, które staje się swoistym preludium do morderczych wydarzeń, ma jednak znaczenie nie tylko jeśli chodzi o przeszłość, ale także o naszą przyszłość. Pokazuje bowiem, ile zła może wyrządzić człowiek, kiedy się go zarazi skrajnie nacjonalistycznymi hasłami. Bo czyż nie wydaje się Wam, że w jakimś stopniu mamy powtórkę z historii? Bo jak traktować incydent, kiedy ktoś dostaje w twarz za to, że ośmiela się mówić po niemiecku? Jak patrzeć na sytuację, kiedy (do niedawna) ksiądz z ambony zwraca się do ubranych w koszulki z husarią i hasłami „Bóg, honor, ojczyzna” ludzi, nawołując do braku „tolerancji dla żydowskiego tchórzostwa”? No jak?

 

Spodobała Ci się recenzja? Udostępnij i wejdź na stronę autora. Polecamy również recenzję filmu „Ostatnia rodzina”